Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Żeglarstwo
#11
Wracamy na dożynki.
Jak się okazało jedna z 2 lodówek na Bavarii padła na amen i to chyba już na początku rejsu więc mięso zaczyna żyć własnym życiem. Chłopaki pod pokładem smażą je na potęgę. Jest gorąco, zapach gorącego oleju i mięsa utrudnia alkoholizację. Niemalże na trzeźwo idziemy spać. Chyba jesteśmy trochę zmęczeni.
Rano będziemy musieli podjać decyzję co dalej?
Pozdrawiam, Hary.
Odpowiedz
#12
Rano czeka nas niespodzianka. Z miasta wraca Kiro i niesie pompę zęzową i wielką sałatę.
On montuje pompę, my robimy posiłek - zdrową sałatkę z sałaty, baraniny, wieprzowiny, sosów i wszystkiego co wpadło w ręce. Żarełko jest nawet smaczne i sycące.
Wychodzimy w morze. Musimy zdecydować co dalej. Działa pompa zęzowa (podłączona na sztywno) a do Grecji mamy już blisko, ale pogoda robi się niewyraźna. Nie działa wiatromierz, głębokościomierz i wskaźnik poziomu paliwa. Nawigacja gaśnie przy każdym otwarciu schowka w stoliku na pokładzie i kończy nam się woda. Jedna lodówka nie działa a mięso ma coraz bogatsze życie wewnętrzne.
Właściwie to wszystko nie działało od samego początku.
Wracamy.
Droga do Stambułu jest spokojna. Urozmaica ją  spora ilość statków i jednostek marynarki wojennej a nawet łódź podwodna, która wynurzyła sie nie daleko. Turcy chyba nie chcą u siebie zielonych ludzików.
Morze Marmara jest mocno zanieczyszczone. Co chwila mijamy stery śmieci i długie smugi oleju zrzuconego przez płynące statki. Wiatr wieje, pompa działa, płyniemy do Stambułu. Pompa jest podłączona na sztywno więc pompuje cały czas, a jak nie ma wody w zęzie to chodzi na sucho. Chodzi tak długo aż się spali, co oczywiście nastąpiło dość szybko.
Bladym świtem dopływamy do Stambułu. Na wszelki wypadek dobieramy 50l. ropy bo nie mamy pojęcia ile jej zostało.
Wstaje dzień. Nie jest to jednak taki słoneczny poranek jak w Bułgarii. Z trzech stron budują się silne fronty i wcale nie robi się jaśniej. Bosfor jest dobrze osłonięty od wiatru ale na ręcznym wiatromierzu notujemy prędkość 45 węzłów.
Będzie się działo.
Pozdrawiam, Hary.
Odpowiedz
#13
Jakoś tak wypadło, że gdzieś od 2 w nocy do 8 rano byłem na pokładzie, więc w połowie Bosforu walnąłem się do koja.
W ogóle podczas całego rejsu nie dzieliliśmy się na żadne wachty. Zawsze był ktoś chętny żeby popilnować steru i jeszcze ktoś, żeby z nim pogadać i podać herbaty.
Po pewnym czasie zaczęło mocno bujać, ale to w spaniu nie przeszkadzało. Obudził mnie brak bujania.
Wychodzę na pokład.
Stoimy w porcie rybackim. Przed sobą widzę pylon nowego mostu przy Bosforze i duży kuter rybacki do którego jesteśmy przycumowani. Kumple opowiadają że wyszliśmy w morze ale fale miały ze 4 metry i wiało jak diabli. Po godzinnej walce trzeba było się poddać. W mordewind był za silny żeby ko pokonać. Schowaliśmy się w porcie rybackim.
Dobrzy rybacy za 3 browarki pozwolili przycumować się do ich kutra. Trochę gadamy ze sobą, oczywiście każdy po swojemu. Proponują nam świeże ryby za flaszkę. Savoy whisky momentalnie znajduje się na pokładzie i błyskawicznie, tak żeby Allach nie widział, ląduje w sterówce kutra. Za 15 minut dostajemy miednicę oprawionych świeżutkich ryb. Mąka do reklamówki + 4 rybki do środka i potrząsnąć, olej na patelnię i mamy smażalnię pod pokładem. Jako że za rybami to też jakoś nie przepadam to cały czas podawałem dalej. W końcu musiałem i ja spróbować.  
No coś niesamowitego. Ja nie miałem pojęcia że ryby mogą być takie smaczne. Zjadałem łączne z chrupiącą skórką, pierwszy raz w życiu. Po godzinie szaleństwa wszystkie ryby zostały zjedzone.
I co tu robić z takim dniem??? Dzwonimy do znajomych żeby ściągnęli nam prognozę pogody i idziemy zwiedzać miasto. Własnie sprawdziłem. Nazywa się Rumelifeneri. Jako że nasze pieczywo to już prawie sama penicylina idziemy do piekarni. Oczywiście nikt  z nas nie ma miejscowych futrzaków więc próbujemy kupić pieczywo za dolary lub euro. To jednak za mała mieścina na takie skomplikowane operacje finansowe. Dopiero w 2 albo 3 sklepiku gościu drapie się w głowę i po oberwaniu po łbie od jakiejś dziewuszki za 5 dolarów ładuje nam całą siatę świeżego chleba (taki biały, jak horwacki kruch), dokłada jeszcze jakieś rogaliki i ciastko. Pycha, chociaż ciastko takie słodkie że szok. Nie daliśmy mu rady w dziewięciu.
Dostajemy prognozę pogody. Jutro, koło 15 ma się poprawić i siła wiatru zmaleje znacząco.
Snujemy się po mieście. Nie goleni ot tygodnia, ogorzali słońcem, wiatrem i brakiem wody nie bardzo różnimy się od tambylców. Wieczorem, zachęcony porannym sukcesem kolega bierze 5 dolców i wali po świeży chlebek na resztę rejsu. Ustalamy, że jutro, chciał nie chciał musimy płynąć.
Resztę wieczoru spędzamy niszcząc zapasy Savoy'a na tyle jednak dyskretnie żeby nie obrazić Allacha.
Ale z tego co pamiętam, to jak jest ciemno to Allach nie widzi.
Pozdrawiam, Hary.
Odpowiedz
#14
Jest sobota rano. Godzina 7 i wszyscy są już na nogach. Darujemy sobie nawet słodką wodę i wychodzimy w morze. Allach chyba jednak podglądał nas w nocy jednym okiem, bo chociaż wiatr osłabł, to morze jest mocno zafalowane. Fale mają 2-3 metry a wiatr zmienił kierunek z północnego  na  północno  wschodni. Stawiamy genuę i płyniemy w stronę Bułgarii. Żeby utrzymać w miarę rozsądny kurs musimy iść ostro na wiatr i lekko skosem do fali. Bavaria ma 15 metrów długości ale płaskie dno więc każda fala podnosi nas wysoko a potem walimy dnem w dolinę. Następna fala rozbryzgując się wściekle na dziobie podnosi nas do góry, żeby za 3-4 sekundy walnąć dnem o wodę. Sztag i achtersztag pracują na granicy wytrzymałości. Cała łódka aż trzeszczy i to się po prostu czuje.
I te cholerne pylony nowego mostu u wejścia do Bosforu. Są tak wielkie, że jeszcze po godzinie płynięcia dobrze je widać.
Przez jakąś godzinę jesteśmy wszyscy na pokładzie, ale nie jest to już przyjemne. Pomału nikniemy pod pokładem. Nie dajemy rady. Nie da się jeść, pić, nie chce się rozmawiać. 
Pod pokładem też nie jest wesoło, ale można się chociaż położyć, nie bryzga woda, nie jest zimno i wystarczy się trzymać jedną ręką. Na górze zostali Paweł i Piotrek. Płynęli ciągiem. 
Sami. 
Do Carewa dowieźli nas na 1.30 w nocy.
Oczy mieli napuchnięte i ledwo stali na nogach. Szacunek dla nich. 
Powściekać się na falach można przez godzinkę, góra dwie, ale walczyć 18 godzin to nie jest przyjemne. Zdecydowanie. Ja miałem DOŚĆ.
Szybka odprawa celna, wreszcie prysznic (nawet bez tradycyjnego lania się szlauchem),  śniadanio-obiado-kolacja (każdemu wystarczyło po kilka kęsów) i szybko spać. Bo o 6 rano wychodzimy już do Sozopola zatankować łódkę i do Pomorie, gdzie kończymy rejs. Po drodze karmimy rybki 4 wędzonymi kurczakami, wiadrem serdelków, 10 chlebami, wędliną, mięsem mielonym, pieczarkami, ogórkami, arbuzem, stekami, baraniną. Do portu dopływamy około 10. Jest piękna, słoneczna pogoda. Robi się gorąco. Jesteśmy w ciepłych ubraniach a trzeba szybko wyładować graty z łódki do samochodu. Pot płynie po tyłkach, jesteśmy raczej zmęczeni a przed nami 24 godziny jazdy do Lublina. Wpadamy jeszcze do Metro uzupełnić Savoy'a i w drogę. O 15 wyjeżdżamy przez Karnobat w stronę Ruse. Z "zakupami" możemy wracać tylko przez Rumunię. Jesteśmy w Unii. Asfalt w Rumunii jest coraz bardziej zużyty, ale przybyło sporo nowych autostrad i nie jest tak monotonnie jak w Serbii. O 14 jesteśmy w Lublinie. Rejs zakończony.
cdn
Pozdrawiam, Hary.
Odpowiedz
#15
To była przygoda życia. Ale mam nadzieję że ostatnia tego typu.
Podobno człowiek uczy się na własnych błędach. To chyba nie prawda. Rok temu płynęliśmy tą samą Bavarią. Też wiele rzeczy nie działało, ale wtedy to było takie kręcenie się w kółko, zawsze w pobliżu jakiejś mariny i przy ładnej pogodzie. Teraz okazało się, że nic nie zostało naprawione a nawet radio nie ma zakodowanej nazwy jachtu i nie jest podłączone do nawigacji. W razie sytuacji kryzysowej wciśnięcie przycisku Distress wyśle sygnał alarmowy, tyle że SAR nie będzie wiedział kto wzywa pomocy i gdzie jest.
Tak samo zakupy w Merto. Rok temu kupiliśmy przynajmniej o połowę za dużo. A teraz zrobiliśmy dokładnie to samo. Tyle że kupiliśmy chyba więcej.W sumie cała wyprawa kosztowała nas za wszystko, łącznie z wynajęciem busa, alkoholem, żarciem itp. trochę poniżej 2 tys. na osobę. To taniej niż rok temu.
To było duże wyzwanie i byłem mocno zmęczony, ale nie żałuję tego wyjazdu.
Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócimy. Kiedyś. Chętnie z Kiro, niekoniecznie na tę Bavarię.
Z morzem nie ma żartów i teraz wiemy, że każdą jednostkę trzeba wcześniej dokładnie sprawdzić. Dopóki nie jest za późno.
A teraz czas iść spać, jutro bladym świtem wyjazd na Mazury. No, łódki przeczeszemy dokładnie. To pewne.
Jak by ktoś miał jakieś pytania na temat żeglowania w Bułgarii to się polecam.
Pozdrawiam moich kolegów z rejsu. I Kiro.  Zgrana załoga to więcej niż połowa sukcesu.
To by było na tyle naszej Przygody. Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was na amen.
End.
Pozdrawiam, Hary.
Odpowiedz
#16
Świetne Smile Dzięki za opowieść.
Odpowiedz
#17
Super się czytało, tak jak poprzednia relacja na starym forum.
Pozdrawiam i czekam na fotki Big Grin
Odpowiedz
#18
Dziękuję za plusiki i ciepłe słowa. 
Trochę odpoczywaliśmy na Mazurach.
Tak właściwie to oprócz pogody, opis niewiele różni się od ubiegłorocznego. 
No i oczywiście jak rok temu znowu wbiliśmy się do Turcji  bez żadnych papierów. Fakt, wizy nie są już wymagane, ale z tego co mówili Bułgarzy, Turcy są dość mocno uczuleni na punkcie odprawy paszportowej i celnej. Ale my zrobiliśmy to za pierwszym razem zupełnie bezwiednie, za drugim jakoś tak odruchowo, a za trzecim, było nam już wszystko jedno. 
Chociaż faktycznie, jak część z nas szła w miasto, Kiro starał się nie opuszczać łódki. Podobnie rok temu. 
Jednak większa świadomość nie pomaga w spokojnym zwiedzaniu świata.
Pozdrawiam, Hary.
Odpowiedz
#19
Harry, ale wiza cały czas od Polaków jest wymagana!
Odpowiedz
#20
Dżek ma rację jak na razie wizy obowiązują.

WIZA, PRZEPISY WJAZDOWE
W związku z deklaracją premiera Republiki Turcji o zniesieniu obowiązku wizowego wobec obywateli polskich, złożoną w dniu 8 grudnia 2014 r. podczas oficjalnej wizyty w Warszawie informujemy, że do momentu przyjęcia przez rząd turecki odpowiednich aktów prawnych w mocy pozostają dotychczasowe przepisy wjazdowe opisane poniżej.

Wiza turystyczna i biznesowa:
Wiza turystyczna lub biznesowa upoważnia do wielokrotnego wjazdu i pobytu na terenie Turcji przez łącznie 90 dni w okresie 180 dni jej ważności (licząc od daty pierwszego wjazdu) bez prawa wykonywania pracy. Oznacza to, że po wykorzystaniu prawa do trzymiesięcznego pobytu nie można wjechać na teren Turcji do czasu wygaśnięcia nabytej wizy, tj. pół roku po dacie pierwszego przekroczenia granicy.

Informacja zaczerpnięta ze strony MSZ
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości