Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak to bujam się po Bałkanach rok po roku i przestać nie mogę.
#11
(06-07-2015, 21:30:47)mastika_fan napisał(a): fakt, jest tam przepięknie. Frytowski, a jedź Big Grin Swoją drogą, na podobnym zadupiu, ale bodaj w Czarnogórze spotkaliśmy kiedyś rodaków, zmotoryzowanych. Staliśmy sobie, jakoś tak blisko siebie, podszedł koleś i wywiązał się taki mniej więcej dialog
- sorry for disturbing
- nie ma problemu (zobaczyłem wcześniej blachy z PL)
- O, rodacy?
- Tak.
- A gdzie zaparkowaliście?
- W sumie, nigdzie. Na nogach tu przyszliśmy.
- Z Polski?!
-...

Dobre Smile Smile Smile
Odpowiedz
#12
Piknie!
Odpowiedz
#13
Powisiało na projekcie, może trafić też tu, bo czemu nie? Smile

Często na Bałkanach spotyka się kręcące się bez nadzoru psiaki. Część się wyleguje, część ma całkiem sporo na głowie. Dziś domniemana historia jednego z nich.

Bałkański Ziomek. Historia domniemana.
Jak co rano, trzeba wstać, obiec parę razy najbliższą kuchnię, może coś zostało z wieczornych imprez, posilić się i lecieć załatwiać sprawy. Dziś warto spróbować przy tej knajpce nad samą wodą. Duża grupa dwunożnych siedziała całą noc, domawiali mięsa, domawiali ryby. Coś się znajdzie. Godzinę później jestem po posiłku. Czas na sprawy. Muszę podejść do Golubaca, mam tam kilka rzeczy do załatwienia. Moja knajpka jest przed twierdzą, patrząc w stronę miasta. Muszę pobiec wzdłuż drogi.  Biegnę obok starych wież zamku, mijam wiekową bramę. Łapa za łapą lecę do miasta, bliziutko lewej krawędzi asfaltu, pysk przed siebie, sto procent czujności. Trzeba uważać na te dziury, które chyba miały robić za odpływy do rzeki. Mogli je czymś przykryć, ale tu, na Bałkanach dwunożni uważają to za detal. Są rozmieszczone regularnie i regularnie głębokie. Nie chciałbym tam wlecieć, ze dwa metry w dół, jak na mój nos. Dobrze, że w nocy widzę nieźle, poradzę sobie na z powrotem. Ale dwunożnym radziłbym nałożyć na górną łapę świecącą łapę. Nieistotne, trzeba lecieć dalej. Mijam piaszczystą odbitkę w lewo. Fajna droga, cały czas pod górę, aż dobiegasz do miejsca, z którego widać całą tę kałużę Dunaju, twierdzę, statki wpływające w wąskie gardło rzeki… Ślicznie, ale nie dzisiaj, bo gorąco. Skręca tam parka dwunożnych. Niegłupio, choć powinni to zrobić jak jest nieco chłodniej. Teraz przejdą przez mękę. Ale to ich sprawa. Ja mam swoje do załatwienia. Słyszę tylko za sobą

- popatrz, ten pies jest jak taki Bałkański Ziomek, sunie równo przed siebie, jakby miał w Golubacu jakiś interes.

Pewnie kurde, że mam. Dzień jak co dzień. Nic dziwnego. Dobiegam do Golubaca. Najpierw promenada wzdłuż rzeki. Miejscowi jak zwykle moczą kije w wodzie, w nadziei, że w magiczny sposób ten mały robak na końcu kija zamieni się w rybę. Co ciekawe, czasem się to udaje, ale chyba zbyt rzadko, żeby uważać to za regułę. Klawo, ci z kijami odfajkowani. Co dalej? Tak, miałem sprawdzić czy stado młodych dwunożnych pływa w małych, białych łupinkach po rzece. Słyszałem, że mieli być. Kumpel mówił, że po poprzednim stadku zostało sporo jedzenia. Faktycznie są, całą masą wylegli na wodę. Trzeba zapamiętać i wrócić jak odjadą. Nie jest źle, południe a już odbębniłem tę część miasta. Teraz biegiem w górę. Uważać na szerokiej ulicy. Wielkie auta są tak wielkie, że mnie nie zobaczą, a już na pewno nie zwolnią. Sprawa kolejna, już w wąskich uliczkach. Gdzieś był kranik, z którego non stop płynie rześka woda. Tu trzeba wzmóc czujność. Jestem na terenie kotów. Generalnie nie wchodzimy sobie w drogę, taki pakt o leniwej nieagresji, ale nie chcę znów między nie trafić, jak będą wyginać ogony i skakać wokół siebie bokiem. Raz mi się zdarzyło, dziękuję, postoję, ślad na nosie jeszcze nie zszedł. Kluczę wąskimi uliczkami pustego miasta. Dwunożni zamykają się o tej porze w domach, bo niby chłodniej. Jak pobiegnę od cienia do cienia, i trochę za każdym razem odsapnę, to spokojnie daję radę. Duzi też mogliby tego spróbować. Ok, namierzyłem kranik. Dookoła spokój, kocia ekipa gdzieś się wyniosła, ale ostrożnie. Są tu psiaki, które zdecydowanie nie mają spraw do załatwiania. Leżą, nic nie robią, tylko łapią pchły, warczą na przechodniów i obszczekują chłopaków takich jak ja. Takich co mają sprawy do załatwienia . Je warto omijać.

Kranik, woda, ochłoda. Trzeba szybciutko przejrzeć co dzisiaj jeszcze zostało w rozkładzie.

Sprawa na odbitce z głównej drogi w stronę Monastyru Tuman. Będzie ze cztery kilometry w pełnym słońcu. Może jednak? Fajnie stamtąd popatrzeć jak ostatnie promienie słońca grzeją Golubac. Dobra, lekkim truchtem, znów pysk przed siebie, tu mniej trzeba uważać na dziury, bardziej na traktory. Po lewej ciekawa scenografia. Na jednym końcu długiego pagórka stoi chata. Na drugim końcu też stoi chata. Po środku, no prawie idealnie, kępa drzew i krzaków. Już sobie wyobrażam jak Marko z pierwszej chaty mówi do swojej Jovanki, że on do sąsiedniej chaty musi się przejść. Oddać Zoranovi osełkę, którą pożyczył miesiąc temu. Zoran już opowiada swojej Lili, jak to musi się do Marko przespacerować, oddać mu osełkę, którą pożyczył miesiąc temu. Powiem, że dwunożni mają co najmniej dziwny zwyczaj oddawania osełek. Raz to widziałem z bliska. Weseli Marko i Zoran spotykają się w połowie drogi, wyciągają ser, chleb, bukłaczek wina i oddają sobie tę osełkę kilka godzin. Aż zasną i przyjdą po nich Lili i Jovanka.

Dobra, już dobiegam do skrzyżowania. Miałem tu coś ważnego do załatwienia. A, fakt, ja się miałem załatwić. Jest tu drzewo, które bardzo lubię. No, robota skończona. Czas wracać do Golubaca. Ciemno się robi, więc pysk przed siebie i skupiony do swojej knajpy,  tam za twierdzą. Jak to mówili Ci dwunożni? Bałkański Ziomek? Chyba tak.
Odpowiedz
#14
Między jednym a drugim domem, jakiś dobry tysiąc kilometrów od trzeciego domu.

- A czort z tym, jedziemy nad morze – zapadła decyzja. Trzeci czy czwarty dzień siedzieliśmy w czarnogórskim Gusinje znajdującym się w Prokletje – górach przeklętych. Pogoda była raczej nie wyjściowa, urządzaliśmy sobie długie spacery po okolicznych wioskach, co samo w sobie jest piękne, ale w góry iść się nie dało. Gusinje to miejsce wspaniałe. Dawny tygiel, w którym krzyżowały się szlaki handlowe, religie i kultury. Lata swej świetności ma już za sobą, ale można znaleźć ślady po okresie rozkwitu. Stare domy, minarety, przeurocze źródła nazwane imieniem Ali Paszy i piękny skansen przy nich. Idzie się tam zapomnieć. Przy źródłach jest też ławeczka, trzeba się kawałek wspiąć, by przy punkcie oznaczonym czerwoną farbą zasiąść i z papierosem w gębie podziwiać ten kawałek czarnogórskiego raju.
Niestety rokowania nie były dobre. „Stary, jesteśmy w kącie Czarnogóry. Z jednej strony Kosowo, z drugiej Albania. Możesz sprawdzić jak idą fronty burzowe?” Razem z deszczem poruszaliśmy się od samego początku, jeszcze na półwyspie apenińskim. Tym razem zasięgnąłem po radę niezawodnej pogodynki w postaci któregoś kumpla spędzającego siedemdziesiąt procent życia przed komputerem. „Do dupy. Z lewej macie deszcze, z prawej cholerne deszcze, u Serbów też pada”. No to kapota. Postanowiliśmy się ewakuować. Skoro wszędzie przed nami pada, trzeba nam jechać na zad. Po tych kilku dniach, kończonych zazwyczaj długimi posiedzeniami nad piwem w knajpie należącej do hoteliku, z szefem byliśmy jak rodzina. Zeszliśmy się pożegnać, klamoty na plecach, już nic tylko wsiadać w busa i na Podgoricę! W szynku zastaliśmy prawdopodobnie całą starszyznę miejską, była niedziela i szykowali się na jakąś uroczystość. Szef krzyknął do bywalców, czy aby na pewno autobus o 12:00 jest o 12:00. No i rozgorzała dyskusja. Wyraźnie wydzieliły się dwa obozy, jeden był święcie przekonany, co też głośno artykułował, że jako żywo w południe będzie transport. Drugi obóz, zdecydowanie „anty”, wołał, że tamci to g*wno wiedzą, bo autobus będzie o 12:05. Kiedy już doszli do konsensusu, zgodziwszy się, że i tak raczej nie będzie o czasie, rozpoczęła się dyskusja, w którym miejscu będzie nam najlepiej stanąć, żeby ową podwózkę złapać. Też było grubo. Grupa zwolenników przyjazdu o pełnej godzinie obstawała przy czekaniu tuż przy bramie knajpy. Malkontenci z kolei, głośno sugerowali, że tamci to g*wno wiedzą, bo trzeba się ustawić kilka metrów dalej… Ot Bałkany.
Rzeczony transport zjawił się kwadrans po 12:00. Z szefem ucałowaliśmy się i wyściskaliśmy życząc sobie nawzajem szczęścia i zobaczenia co najmniej raz jeszcze. Potem podszedł do kierowcy. Podali sobie dłonie, po czym wciąż trzymając rękę szofera, szef zbliżył się do niego mówiąc:
- To są moi przyjaciele z Polski. Są dla mnie jak rodzina. Za Kolasinem masz jechać niezwykle ostrożnie. Twoja w tym głowa, żeby oni bezpiecznie dojechali do Podgoricy.
Jeśli jechaliście kiedyś tą trasą Podgorica – Kolasin – Mojkovac, wiecie jak to wygląda. Serpentyny, przy których bieszczadzkie to takie niewinne króliczki a te czarnogórskie są jak, no nie wiem, stado nosorożców w pędzie.
Kierowca pomny ostrzeżeń jechał wybitnie uważnie. Sprawnie dotarliśmy do stolicy, tam szybciutko złapaliśmy transport do Budvy. O 19:00 zameldowaliśmy się przy campingu Jaz. Nie przypadł nam do gustu, więc po szybkiej i króciutkiej debacie postanowiliśmy jechać w miejsce sprawdzone. Buljarica to spokojna przystań. Byliśmy tam w ubiegłym roku i gdyby nie grupy naszych rodaków przegrywających ciężki bój z alkoholem i resztką człowieczeństwa, mógłbym powiedzieć, że spędziliśmy tam kilka idealnych dni. Tym razem było grzecznie, więc zacumowaliśmy tam i porządnie wypoczęliśmy. Na camping Maslina (który szczerze polecam) zajechaliśmy gdzieś około 21:00, w każdym razie było już ciemno. Podchodzimy do recepcji, pytam czy miejsca na namiot mają.
Gość mi się przygląda chwilkę
- e brate, a ja cię znam – stwierdza – i ciebie też – dodaje w kierunku mojej lepszej połowy. Uśmiechamy się, no tak, pamiętają, jakże by inaczej. W tym momencie z kanciapki wyszedł drugi chłopak z obsługi.
- oo Legia Warszawa za uvek! – krzyczy radośnie na mój widok. Fakt, deliberowaliśmy poprzednim razem na tematy piłkarskie, głównie lżąc UEFĘ za wykluczenie Legii z eliminacji do LM. A na Bałkanach piłkę nożną przecież kochają. Przywitaliśmy się serdecznie.
- No to camping znacie, nie muszę was oprowadzać.
- Pewno, poradzimy sobie.
Ruszyliśmy w stronę placu namiotowego, za nami chłopak jeszcze krzyknął -
- I już mamy piwo, spokojna głowa!
Przypomniałem sobie, że suszyliśmy im głowy o lodówkę przy recepcji i żelazny zapas piwa. To też pamiętali. Rozłożyliśmy majdan i poszliśmy nad morze. Tam na plaży są ze trzy knajpki – restauracje. Zasiedliśmy w tej, w której zwykliśmy, przyszedł kelner, zamówiliśmy po zimnym Niksicko Pivo, graliśmy w kości i oddychaliśmy jednym z naszych ulubionych miejsc na Bałkanach.
Restaurację zamykają o godzinie 23:00. Za pięć jedenasta zjawił się kelner pytając, czy chcemy zamówić coś jeszcze, bo rachunek musi zamknąć.
- Tak, można by zamówić jeszcze tak po piwku posiedzieć tutaj, na tarasie?
- Ne ma problem be brate, możecie siedzieć ile chcecie. Tak jak rok temu, przyniosę wam parę piw, zostawię jedną lampkę i sobie siedźcie do woli.
Też pamiętał. I do Czarnogóry powinienem jeździć na co najmniej cztery tygodnie. Żeby tych wszystkich cudownych znajomych odwiedzić. Bo potem żal, że nie było kiedy skoczyć do naszego druha Kicia w Żabljaku, z którym śmialiśmy się z francuzów zabierających się do Kacemaka jak do trucizny, czy do serdecznych kelnerów w knajpie przy parkingu w Ulcinj, od których mam najlepsze na świecie mini rozmówki albańskie. Zawierają:
Dzień dobry.
Dziękuję.
Do widzenia.
Poproszę jeszcze dwa piwa.



a zdjęcia będą w zakątku czarnogórskim kilka pięter niżej Smile
Odpowiedz
#15
Chyba już czas na podsumowanie tegorocznej wyprawy. Na szczegółowe wspominki też znajdzie się chwila, na zdjęcia również. Obiecuję. Ale zacznijmy tego, co lubię najbardziej czyli od podróżowania. Na dzień dobry pociąg Warszawa - Budapeszt. Towarzystwo w przedziale? Wyjątkowo miłe. Dyrektor jednego z ważniejszych warszawskich muzeów wraz z dwoma synami w drodze do Rumunii na wycieczkę rowerową. Po rozmowach czuć, że jedziesz z człowiekiem wykształconym. Czysta przyjemność intelektualna. Budapeszt. Kilka godzin czekania na przesiadkę. Graty do przechowalni i na spacer. Przetartymi szlakami, ale o innej godzinie niż zazwyczaj. Rano też jest ciekawie. Lubię obserwować budzące się do życia miasto. Lubię widzieć, jak życie przyspiesza z każdą godziną. A najbardziej lubię być obok tego. Obserwować, ale nie uczestniczyć. To mam na co dzień w domu. Chyba po 14:00 meldujemy się na Keleti. Następny etap to Budapeszt - Zagrzeb. Węgierscy kolejarze (których ulubioną angielską frazą jest "we have a problem") na dzień dobry kasują trzy młode Brytyjki po 81 euro, ponieważ czeski kolejarz coś pochrzanił w ich kartach InterRail, i według Węgra nie miały ważnych biletów. Taki urok tych konduktorów. Problem wymawiają częściej niż hello.
W czasie ekstremalnie nudnego przejazdu do Zagrzebia jedynym urozmaiceniem była zmiana środka transportu z pociągu na autobus w jakiejś nieznanej nam z nazwy miejscowości, przejazd pojazdami zastępczymi (godzinka) i załadowanie się abarot do pociągu w kolejnej nieznanej nam z nazwy miejscowości. Dalsza podróż pociągiem przebiegła bez niespodzianek, do Zagrzebia zajechaliśmy jakoś po 21:00 i pierwszy, dwudziestoczterogodzinny przejazd łączony można było uznać za zakończony. Zakończony piwem w knajpie w pobliżu hostelu, w którym się zatrzymaliśmy. Dzień później w tej samej knajpie oglądaliśmy z miejscowymi olimpijski finał zawodów w piłkę wodną rozgrywany pomiędzy Chorwacją a Serbią. Chorwaci nie byli zachwyceni.
Zwiedzanie Zagrzebia to raczej temat na zdjęcia. Poza jednym wyjątkiem. Nudzisz się na starówce? Masz dosyć kręcenia się między turystami, którzy absolutnie nie patrzą jak idą? Mam dla ciebie rozwiązanie sprawdzone. Wsiądź w byle jaki tramwaj i pojedź na pętlę. Zobaczysz prawdziwe miasto i jego codzienność.
Kontynuując podróż. Następny etap, Zagrzeb - Lublana. Pociąg, choć spóźniony 45 minut, jedzie sprawnie, szybko i przez przyjemną okolicę (to zweryfikowaliśmy w drodze powrotnej do Zagrzebia. "Na tam" była paskudna pogoda i bardzo słaba widoczność). W Lublanie krótka przerwa i autobus do Bohinjskiej Bistricy. Alpy Julijskie są przecudowne, polecam z czystym sumieniem odwiedzenie tego zakątka Słowenii. Weryfikacja tej cudowności również musiała trochę poczekać. W dniu przyjazdu lało jak cebra.
Tu przerwa. Bohinj zasługuje na swój osobny wątek. Albo nawet dwa.
Koniec przerwy. 26 sierpnia Anno Domini 2016. Wasz oddany mastika świętuje urodziny (jeszcze raz dziękuję za życzenia). Prezent jaki dostałem? Chyba jeden z najlepszych możliwych. Podróż z Bohinjskiej Bistricy do Podgoricy. Czas trwania prezentu? Trzydzieści jeden godzin (w przybliżeniu). Etapy? Bistrica - Lublana - Zagrzeb - Belgrad - Podgorica. Środki przeznaczone na realizację? Autobus, sztuk jeden. Pociągi, sztuk trzy. Po kolei. Z Bistricy wyruszyliśmy około 13:00, w piątek. Późnym popołudniem zameldowaliśmy się w Lublanie. O 18:30 (chyba) wsiedliśmy w pociąg do Zagrzebia. Na miejsce dotarliśmy około 21:30, w międzyczasie weryfikując uroki linii kolejowej łączącej te dwie stolice. W Zagrzebiu był mały dylemat. Czy iść na autobus, który o 22:30 odjeżdżał do bośniackiego Neum, czy też może nie męczyć się w autobusie, tylko poczekać do 23:44 i uderzyć do Belgradu. Pociąg wygrał w przedbiegach. Dworcowa knajpa stała się świadkiem pierwszych toastów. Za kwadrans północ ruszyliśmy do stolicy Serbii. Towarzysz podróży? Po raz kolejny, bardzo udany. Młody jazzman wracał z wypadu do Włoch, gdzie ze znajomymi urządzali jam sessions. Kolejne piwa i niemożliwe ilości papierosów utylizowaliśmy przy magicznych dźwiękach Duka Ellingtona, Elli Fitzgerald czy samego Satchmo. I tak do trzeciej czy czwartej rano. O szóstej z minutami przyturlaliśmy się do Belgradu, pierwsze kroki? Oczywiście w stronę odjazdów. Trzeba wybrać kolejny cel. Podgorica, odjazd za jakieś dwie godziny? Pewnie, teraz to już z górki. Czas przejazdu? Jakieś dwanaście godzin, wliczając dwugodzinne opóźnienie. Towarzystwo? Wyborne. Nobliwy starszy pan w wieku lat dziewięćdziesięciu sześciu oraz dwie siostry w okolicach przedemerytalnych, odbywające epicką podróż z samego Las Vegas do Podgoricy. Pierwszą, po kilkunastu latach na obczyźnie.
21:00 z lekkim okładem i lądujemy w Podgoricy, meldujemy się w pierwszym lepszym motelu i idziemy na piwo.
To tyle na dziś Smile
Odpowiedz
#16
dawaj to kolejowe szwendanie

ks. Tischner
„Prawdy są trzy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda”
Odpowiedz
#17
Chwilunia, moment. Przecież ja się dorobiłem mądrego telefonu! Winien wam jestem kilka zdjęć by uzupełnić powyższą szwędaninę.

Tu się wszystko zaczęło
[Obrazek: l_15584131abae7dcDSC_0083.jpg]

Rankiem na Keleti
[Obrazek: l_1558664faf8013bDSC_0085.jpg]

Rzeczone Keleti od strony rzadziej oglądanej przez podróżnych
[Obrazek: l_15586651666a616IMG_2186.jpg]

W temacie pojechania sobie na koniec linii tramwajowej w Zagrzebiu. Nad rzekę, pod mostkiem, na kamiennych schodach
[Obrazek: l_15589735d6d9054IMG_2221.jpg]

Jako się rzekło, Bohinj dostanie swój własny post, ale tym widokiem żegnały nas Alpy i ten właśnie rozpoczynał długą drogę do Podgoricy
[Obrazek: l_15590121c9ea90dDSC_0119.jpg]

Na peronie w Lublanie...
[Obrazek: l_1559017f0823156DSC_0120.jpg]

...Zagrzebiu...
[Obrazek: l_15590258a3e1d24DSC_0121.jpg]

...Belgradzie...
[Obrazek: l_1559026a8300f1aDSC_0122.jpg]

...i wreszcie w górach, gdzieś przed granicą Serbii i Czarnogóry.
[Obrazek: l_15590275c303400DSC_0123.jpg]

Smile
Odpowiedz
#18
Cosik moderni te pociągi! Polecam pociąg z Craiova do Celofat! Fajna strychnina ))) Lub pociąg Beograd -Sofia )))
Арка беееее .... зашто ми не вдигаш ?! :-)))))
Odpowiedz
#19
Gdzie tam, dobre stare graty, tylko wyglądają ładnie Big Grin Z Belgradu jechaliśmy tym po prawej, to nowe, to do połączeń lokalnych. Ten w Lublanie, to też lokalna linia (chyba do Mariboru, o ile dobrze pamiętam).
Odpowiedz
#20
arka: wrażenia z przemierzania kolejnych kilometrów za pomocą wehikułów CFR to jest niekończąca się opowieść Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości