<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Forum Bulgaricus - Bałkany szeroko rozumiane]]></title>
		<link>https://bulgaricus.pl/forum/</link>
		<description><![CDATA[Forum Bulgaricus - https://bulgaricus.pl/forum]]></description>
		<pubDate>Tue, 11 Aug 2026 09:03:47 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Parki rozrywki na Bałkanach]]></title>
			<link>https://bulgaricus.pl/forum/showthread.php?tid=1038</link>
			<pubDate>Fri, 20 Apr 2018 10:39:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://bulgaricus.pl/forum/member.php?action=profile&uid=25">wkrak</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://bulgaricus.pl/forum/showthread.php?tid=1038</guid>
			<description><![CDATA[Myślałem o tym temacie od dłuższego czasu i w końcu trzeba się sprężyć. <br />
Więc sprężamy się wszyscy! <br />
<br />
Większość pewnie jeździ z dziećmi, ale przyda się też dorosłym. Piszemy tu o:<br />
- parkach rozrywki, <br />
- parkach wodnych, <br />
- parkach linowych, <br />
- parkach miniatur, <br />
- itp. <br />
<br />
To nie musi mieć w nazwie słowa „park”, ale ważne, żeby można było „się rozerwać”, a nie tylko pozwiedzać (co pewnie też jest fajne). <br />
<br />
Dajemy tytuł postu<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">kraj – miasto – nazwa obiektu</span><br />
<br />
i piszemy i focimy …<br />
<br />
Wrzucamy tu też atrakcje Bułgarii czy ktoś założy oddzielny wątek w dziale bułgarskim?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Myślałem o tym temacie od dłuższego czasu i w końcu trzeba się sprężyć. <br />
Więc sprężamy się wszyscy! <br />
<br />
Większość pewnie jeździ z dziećmi, ale przyda się też dorosłym. Piszemy tu o:<br />
- parkach rozrywki, <br />
- parkach wodnych, <br />
- parkach linowych, <br />
- parkach miniatur, <br />
- itp. <br />
<br />
To nie musi mieć w nazwie słowa „park”, ale ważne, żeby można było „się rozerwać”, a nie tylko pozwiedzać (co pewnie też jest fajne). <br />
<br />
Dajemy tytuł postu<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">kraj – miasto – nazwa obiektu</span><br />
<br />
i piszemy i focimy …<br />
<br />
Wrzucamy tu też atrakcje Bułgarii czy ktoś założy oddzielny wątek w dziale bułgarskim?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Ukraina]]></title>
			<link>https://bulgaricus.pl/forum/showthread.php?tid=276</link>
			<pubDate>Wed, 22 Jul 2015 20:42:13 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://bulgaricus.pl/forum/member.php?action=profile&uid=85">Philodendron</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://bulgaricus.pl/forum/showthread.php?tid=276</guid>
			<description><![CDATA[Może i Ukraina z Bałkanami nie za wiele ma wspólnego, ale dostęp do Morza Czarnego i najkrótsza (chociaż praktycznie nieprzejezdna) droga do Bułgarii pozwala mi umieścić relacje z mojej ostatniej wyprawy właśnie w tym dziale.<br />
Jeszcze będąc młodym, przystojnym (no dobra – głównie młodym<img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/wink.png" alt="Wink" title="Wink" class="smilie smilie_2" />) studentem historii marzyłem o zobaczeniu na żywo terenów dawnej Rzeczpospolitej. Lwów, Żółkiew, Chocim, Zbaraż czy Kamieniec – te nazwy rozbudzały wyobraźnię do granic możliwości. Niestety jakoś nie dane mi było spełnić swojego pragnienia. Raz przegapiłem studencką wyprawę organizowaną przez nasz wydział, kolejny raz wybrałem Hiszpanię. Później już standard – żona, dzieci, śmieci…<br />
Proza codziennego życia nie przesłoniła jednak całkowicie moich marzeń, a dodatkowym bodźcem do ich realizacji stał się fakt, iż zbliżam się do lat związanych z kryzysem wieku średniego. Na ten dość przykry okres można podobno zaradzić na kilka sposobów - motocykl, tatuaż lub kochanka to najpopularniejsze z nich. Jako, że motor ma o dwa koła za mało, tatuaż jakoś mnie nie przekonuje, a kochanka wychodzi za drogo to wybrałem czwartą opcję – spełnienie młodzieńczych fantazji <img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" /> Bo jak nie teraz to kiedy!? Jednak łatwiej postanowić, trudniej zrobić. <br />
Zawsze lubiłem zwiedzać na własną rękę (nie cierpię wyjazdów „biurowych”) i o takiej właśnie formie myślałem w kontekście Ukrainy. Niestety w dzisiejszych czasach nasz wschodni sąsiad kojarzy się głównie z konfliktem zbrojnym i raczej niestabilna sytuacją wewnętrzną, więc chętnych na wspólną wyprawę nie mogłem znaleźć. Nieważne, że armaty grzmią 1300 kilometrów od naszej granicy…<br />
Na szczęście od czego są koledzy z lat studenckich. Luźna rozmowa, potem kolejna i jest - mam pierwszych chętnych! <br />
Początkowo wyprawa miała polegać na objazdówce swoim samochodem po interesujących nas miejscowościach zachodniej Ukrainy. Wydawało się to najrozsądniejszą i w sumie najtańszą opcją. Oczywiście plan ten zakładał co najmniej 4 osoby w pojeździe… I tu zaczęły się schody. Po wstępnych rozmowach uzbieraliśmy taką ilość chętnych (a nawet większą), ale im bliżej wyjazdu i konieczności ustalania konkretów, tym kolejne osoby się wykruszały. Koniec końców zostałem tylko ja i mój serdeczny przyjaciel, którego znam jeszcze z ławki licealnej. <br />
No i co robimy? Samochód odpadał (co w późniejszym czasie błogosławiłem), bo koszty rozłożone na dwie osoby były za duże. Rafał zaczął naciskać na kogoś kto nam taką wyprawę zorganizuje (w okolicach Przemyśla jest sporo jednoosobowych firm świadczących takie usługi). Mi takowy pomysł nie do końca odpowiadał, ale byłem na tyle zdesperowany, że przystałem nawet na taką formę. Na szczęście pięciodniowy plan podróży wysłany przez „przewodnika”, który obejmował wszystkie nasze wymarzone miejsca zdecydowanie przekraczał założony budżet (planowaliśmy zmieścić się w kwocie do tysiąca złotych na głowę). Piszę na szczęście bo jak się później okazało fizycznie nie był możliwy do realizacji. <br />
Tak więc stanęło na samodzielnej wyprawie i poruszaniu się transportem publicznym. Wymagało to ograniczenia miejsc, które mieliśmy odwiedzić, ale trudno – będzie pretekst do powtórki wyprawy – tak zgodnie stwierdziliśmy. Stanęło na ikonach  – Lwowie, Chocimiu i Kamieńcu Podolskim.<br />
Wyprawę rozpoczęliśmy 3 lipca o 06.17. Bezpośredni pociąg z Włocławka do Przemyśla jechał bagatela 10 godzin (oczywiście spóźnił się o 40 minut). Na szczęście było w miarę luźno. <br />
W Przemyślu szybki obiad i lokalny autobus wiozący do granicy (koszt 2 złote za osobę). Takie autobusy odchodzą z Przemyśla co kilkadziesiąt minut.<br />
20 minut później jesteśmy już „w klatkach” wiodących do odprawy celnej. Szliśmy razem z całą masą Ukraińców i mieliśmy obawę, czy uda nam się szybko przedostać na drugą stronę. Na szczęście Polaków traktują trochę inaczej i właściwie kontrola sprowadza się do odpowiedzi na pytanie o cel podróży.<br />
<img src="https://lh3.googleusercontent.com/4U78fN8iiV6OLg_rJ4kRFMxW3V6yTQlxTEkQOF4dqeI=w724-h711-no" loading="lazy"  width="400" height="400" alt="[Obrazek: 4U78fN8iiV6OLg_rJ4kRFMxW3V6yTQlxTEkQOF4d...24-h711-no]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Tak więc w miarę sprawnie przedostaliśmy się na drugą stronę. Od razu dopadło nas kilkunastu naganiaczy taksówkowych oferujących podróż do Lwowa za 80 hrywien od osoby. Na szczęście wiedzieliśmy, że niedaleko jest przystanek ukraińskich marszrutek (tak się nazywa najpopularniejszy miejscowy transport autobusowy), więc delikatnie zbywaliśmy natarczywych taksówkarzy.<br />
Na przystanku czekało kilkanaście osób i dwie żółte marszrutki – małe autobusiki marki TATA na 20-25 osób. Koszt 30 hrywien za osobę. Fajnie wygląda sytuacja z czasem odjazdu. Samochody stoją tak długo, aż kierowca stwierdzi, że ma już wystarczająco dużo podróżnych i opłaca mu się wyjazd. Co ciekawe jak jest mniejsza ilość osób, a facet chce już jechać to cena „biletu” może podskoczyć. Ekonomia jest nieubłagana <img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" /><br />
Czekaliśmy pół godzinki. W pewnym momencie kierowca po prostu krzyknął, że można wchodzić i po zajęciu miejsc przez podróżnych obszedł wszystkich i zebrał kasę. Żadnych biletów i podobnych, zupełnie niepotrzebnych rzeczy.<br />
Ruszyliśmy. Droga była nad wyraz dobra (pozostałość po Euro2012). W pewnym momencie zaczęliśmy zastanawiać się, gdzie te fatalne, pełne dziur drogi z filmików na youtubie. Okazało się, że były… <br />
Marszrutki to nie jest typowy transport publiczny w naszym polskim rozumieniu. To są prywatne busiki i od kierowcy i jego chęci zarobku zależy jaką trasą pojedzie do celu. Zatrzymuje się praktycznie przy każdym przystanku na którym stoją ludzie i machają ręką (chociaż potrafi też bez żadnych przyczyn nie zareagować na sygnały i pojechać dalej). Taka polityka skutkowała tym, że po 20 minutach mieliśmy masakryczny tłok w środku. Dodatkowo kierowca zaczął objeżdżać miejscowości leżące wzdłuż głównej trasy na Lwów. To tam poznaliśmy ich prawdziwe drogi, a właściwie dziury w drodze. I tu właśnie po raz drugi (pierwszy był jeszcze na granicy, gdzie widzieliśmy kilometrowe kolejki samochodów stojących do odprawy) podziękowałem, że nie wypalił pomysł z własnym pojazdem. <br />
<br />
<iframe width="560" height="315" src="//www.youtube-nocookie.com/embed/-L3UW_tZyu8" frameborder="0" allowfullscreen="true"></iframe><br />
<br />
Do Lwowa dojechaliśmy po 21. Spanie wyznaczone mieliśmy dość daleko od dworca na ulicy Kozelnickiej, która mieści się na południowym krańcu Parku Stryjskiego. Wsiedliśmy w autobus nr 16 i płacąc 4 hrywny od osoby ruszyliśmy na kwaterę. <br />
<br />
<img src="https://lh3.googleusercontent.com/0dLVg10qND6-5TzLgrb85K760aNZSOJsjGq9DmCJbOM=w999-h668-no" loading="lazy"  width="500" height="400" alt="[Obrazek: 0dLVg10qND6-5TzLgrb85K760aNZSOJsjGq9DmCJ...99-h668-no]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Tutaj należy się kolejne wyjaśnienie. Transport publiczny podzielony jest na tramwaje i trolejbusy (nazwijmy je państwowymi) i prywatne autobusy (zarówno takie same busiki jakimi jechaliśmy od granicy, jak i normalne miejskie „przegubowce”). W tych pierwszych należy kupić bilet u kierowcy (2 hrywny) i skasować go w przedpotopowym kasowniku, w drugich – też u kierowcy płaci się odpowiednią kwotę nie dostając żadnego pokwitowania (koszt 4 hrywny). W jednych i drugich nie ma limitu czasowego, ani kilometrowego tak popularnego w naszych miastach. <br />
Z płaceniem za przejazd wiąże się też dosyć egzotyczny dla nas zwyczaj. Otóż można wejść drzwiami przy kierowcy i płacić od razu, albo wsiąść z tyłu. Obydwie metody nie są jednak wolne od wad. Pierwsza ma słaby punkt w postaci częstego braku miejsca przy przednich drzwiach. Druga – jak kuśka dopchać się do szofera w samochodzie pełnym ludzi?! Na szczęście nic prostszego – dajesz pieniądze osobie znajdującej się przed tobą i na zasadzie głuchego telefonu docierają one do kierowcy, a w powrotną drogę wędruje bilet lub też reszta (jeśli nie mieliście równej kwoty). I to bez żadnych kantów, kradzieży pieniędzy „po drodze”, czy fochów kierowcy, który podczas jazdy musi przyjąć kasę wydać bilet i resztę. Szok.<br />
Na początku nie wiedzieliśmy co się dzieje - stoimy sobie i nagle ktoś podaje nam kasę mówiąc coś niewyraźnie. Nigdy nie zapomnę miny Ukraińca jak oddaliśmy mu pieniądze nie przekazując ich dalej - pełna konsternacja. Na szczęście osoba stojąca obok nas wytłumaczyła, że my inastrancy, więc nie doszło do większego zgrzytu. Jaja jak berety.<br />
Lwów nocą sprawia raczej przygnębiające wrażenie (oczywiście poza Starym Miastem) głównie z powodu słabego oświetlenia. Jechaliśmy niewiele widząc i gdyby nie młody człowiek, który powiedział gdzie powinniśmy wysiąść to pewnie byśmy przegapili nasz przystanek. Na szczęście udało się opuścić autobus i z drobnymi perturbacjami odnaleźć naszą kwaterę.<br />
Warunki świetne. Koszt 77 złotych za noc. Jedyny mankament to odległość od Starego Miasta – pieszo pół godziny z okładem. Niestety mieliśmy tam zarezerwowaną tylko jedną noc. Później czekała nas przeprowadzka w pobliże dworca. <br />
Mieliśmy ruszyć jeszcze na piwo do pobliskiej knajpki, ale padliśmy. Na szczęście bo rano czekała nas wyprawa na Cmentarz Łyczakowski, przeprowadzka na inną kwaterę, Stare Miasto i nocny pociąg do Wiśniowca. Napięte terminy jednym słowem <img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" /><br />
<br />
CDN...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Może i Ukraina z Bałkanami nie za wiele ma wspólnego, ale dostęp do Morza Czarnego i najkrótsza (chociaż praktycznie nieprzejezdna) droga do Bułgarii pozwala mi umieścić relacje z mojej ostatniej wyprawy właśnie w tym dziale.<br />
Jeszcze będąc młodym, przystojnym (no dobra – głównie młodym<img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/wink.png" alt="Wink" title="Wink" class="smilie smilie_2" />) studentem historii marzyłem o zobaczeniu na żywo terenów dawnej Rzeczpospolitej. Lwów, Żółkiew, Chocim, Zbaraż czy Kamieniec – te nazwy rozbudzały wyobraźnię do granic możliwości. Niestety jakoś nie dane mi było spełnić swojego pragnienia. Raz przegapiłem studencką wyprawę organizowaną przez nasz wydział, kolejny raz wybrałem Hiszpanię. Później już standard – żona, dzieci, śmieci…<br />
Proza codziennego życia nie przesłoniła jednak całkowicie moich marzeń, a dodatkowym bodźcem do ich realizacji stał się fakt, iż zbliżam się do lat związanych z kryzysem wieku średniego. Na ten dość przykry okres można podobno zaradzić na kilka sposobów - motocykl, tatuaż lub kochanka to najpopularniejsze z nich. Jako, że motor ma o dwa koła za mało, tatuaż jakoś mnie nie przekonuje, a kochanka wychodzi za drogo to wybrałem czwartą opcję – spełnienie młodzieńczych fantazji <img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" /> Bo jak nie teraz to kiedy!? Jednak łatwiej postanowić, trudniej zrobić. <br />
Zawsze lubiłem zwiedzać na własną rękę (nie cierpię wyjazdów „biurowych”) i o takiej właśnie formie myślałem w kontekście Ukrainy. Niestety w dzisiejszych czasach nasz wschodni sąsiad kojarzy się głównie z konfliktem zbrojnym i raczej niestabilna sytuacją wewnętrzną, więc chętnych na wspólną wyprawę nie mogłem znaleźć. Nieważne, że armaty grzmią 1300 kilometrów od naszej granicy…<br />
Na szczęście od czego są koledzy z lat studenckich. Luźna rozmowa, potem kolejna i jest - mam pierwszych chętnych! <br />
Początkowo wyprawa miała polegać na objazdówce swoim samochodem po interesujących nas miejscowościach zachodniej Ukrainy. Wydawało się to najrozsądniejszą i w sumie najtańszą opcją. Oczywiście plan ten zakładał co najmniej 4 osoby w pojeździe… I tu zaczęły się schody. Po wstępnych rozmowach uzbieraliśmy taką ilość chętnych (a nawet większą), ale im bliżej wyjazdu i konieczności ustalania konkretów, tym kolejne osoby się wykruszały. Koniec końców zostałem tylko ja i mój serdeczny przyjaciel, którego znam jeszcze z ławki licealnej. <br />
No i co robimy? Samochód odpadał (co w późniejszym czasie błogosławiłem), bo koszty rozłożone na dwie osoby były za duże. Rafał zaczął naciskać na kogoś kto nam taką wyprawę zorganizuje (w okolicach Przemyśla jest sporo jednoosobowych firm świadczących takie usługi). Mi takowy pomysł nie do końca odpowiadał, ale byłem na tyle zdesperowany, że przystałem nawet na taką formę. Na szczęście pięciodniowy plan podróży wysłany przez „przewodnika”, który obejmował wszystkie nasze wymarzone miejsca zdecydowanie przekraczał założony budżet (planowaliśmy zmieścić się w kwocie do tysiąca złotych na głowę). Piszę na szczęście bo jak się później okazało fizycznie nie był możliwy do realizacji. <br />
Tak więc stanęło na samodzielnej wyprawie i poruszaniu się transportem publicznym. Wymagało to ograniczenia miejsc, które mieliśmy odwiedzić, ale trudno – będzie pretekst do powtórki wyprawy – tak zgodnie stwierdziliśmy. Stanęło na ikonach  – Lwowie, Chocimiu i Kamieńcu Podolskim.<br />
Wyprawę rozpoczęliśmy 3 lipca o 06.17. Bezpośredni pociąg z Włocławka do Przemyśla jechał bagatela 10 godzin (oczywiście spóźnił się o 40 minut). Na szczęście było w miarę luźno. <br />
W Przemyślu szybki obiad i lokalny autobus wiozący do granicy (koszt 2 złote za osobę). Takie autobusy odchodzą z Przemyśla co kilkadziesiąt minut.<br />
20 minut później jesteśmy już „w klatkach” wiodących do odprawy celnej. Szliśmy razem z całą masą Ukraińców i mieliśmy obawę, czy uda nam się szybko przedostać na drugą stronę. Na szczęście Polaków traktują trochę inaczej i właściwie kontrola sprowadza się do odpowiedzi na pytanie o cel podróży.<br />
<img src="https://lh3.googleusercontent.com/4U78fN8iiV6OLg_rJ4kRFMxW3V6yTQlxTEkQOF4dqeI=w724-h711-no" loading="lazy"  width="400" height="400" alt="[Obrazek: 4U78fN8iiV6OLg_rJ4kRFMxW3V6yTQlxTEkQOF4d...24-h711-no]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Tak więc w miarę sprawnie przedostaliśmy się na drugą stronę. Od razu dopadło nas kilkunastu naganiaczy taksówkowych oferujących podróż do Lwowa za 80 hrywien od osoby. Na szczęście wiedzieliśmy, że niedaleko jest przystanek ukraińskich marszrutek (tak się nazywa najpopularniejszy miejscowy transport autobusowy), więc delikatnie zbywaliśmy natarczywych taksówkarzy.<br />
Na przystanku czekało kilkanaście osób i dwie żółte marszrutki – małe autobusiki marki TATA na 20-25 osób. Koszt 30 hrywien za osobę. Fajnie wygląda sytuacja z czasem odjazdu. Samochody stoją tak długo, aż kierowca stwierdzi, że ma już wystarczająco dużo podróżnych i opłaca mu się wyjazd. Co ciekawe jak jest mniejsza ilość osób, a facet chce już jechać to cena „biletu” może podskoczyć. Ekonomia jest nieubłagana <img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" /><br />
Czekaliśmy pół godzinki. W pewnym momencie kierowca po prostu krzyknął, że można wchodzić i po zajęciu miejsc przez podróżnych obszedł wszystkich i zebrał kasę. Żadnych biletów i podobnych, zupełnie niepotrzebnych rzeczy.<br />
Ruszyliśmy. Droga była nad wyraz dobra (pozostałość po Euro2012). W pewnym momencie zaczęliśmy zastanawiać się, gdzie te fatalne, pełne dziur drogi z filmików na youtubie. Okazało się, że były… <br />
Marszrutki to nie jest typowy transport publiczny w naszym polskim rozumieniu. To są prywatne busiki i od kierowcy i jego chęci zarobku zależy jaką trasą pojedzie do celu. Zatrzymuje się praktycznie przy każdym przystanku na którym stoją ludzie i machają ręką (chociaż potrafi też bez żadnych przyczyn nie zareagować na sygnały i pojechać dalej). Taka polityka skutkowała tym, że po 20 minutach mieliśmy masakryczny tłok w środku. Dodatkowo kierowca zaczął objeżdżać miejscowości leżące wzdłuż głównej trasy na Lwów. To tam poznaliśmy ich prawdziwe drogi, a właściwie dziury w drodze. I tu właśnie po raz drugi (pierwszy był jeszcze na granicy, gdzie widzieliśmy kilometrowe kolejki samochodów stojących do odprawy) podziękowałem, że nie wypalił pomysł z własnym pojazdem. <br />
<br />
<iframe width="560" height="315" src="//www.youtube-nocookie.com/embed/-L3UW_tZyu8" frameborder="0" allowfullscreen="true"></iframe><br />
<br />
Do Lwowa dojechaliśmy po 21. Spanie wyznaczone mieliśmy dość daleko od dworca na ulicy Kozelnickiej, która mieści się na południowym krańcu Parku Stryjskiego. Wsiedliśmy w autobus nr 16 i płacąc 4 hrywny od osoby ruszyliśmy na kwaterę. <br />
<br />
<img src="https://lh3.googleusercontent.com/0dLVg10qND6-5TzLgrb85K760aNZSOJsjGq9DmCJbOM=w999-h668-no" loading="lazy"  width="500" height="400" alt="[Obrazek: 0dLVg10qND6-5TzLgrb85K760aNZSOJsjGq9DmCJ...99-h668-no]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Tutaj należy się kolejne wyjaśnienie. Transport publiczny podzielony jest na tramwaje i trolejbusy (nazwijmy je państwowymi) i prywatne autobusy (zarówno takie same busiki jakimi jechaliśmy od granicy, jak i normalne miejskie „przegubowce”). W tych pierwszych należy kupić bilet u kierowcy (2 hrywny) i skasować go w przedpotopowym kasowniku, w drugich – też u kierowcy płaci się odpowiednią kwotę nie dostając żadnego pokwitowania (koszt 4 hrywny). W jednych i drugich nie ma limitu czasowego, ani kilometrowego tak popularnego w naszych miastach. <br />
Z płaceniem za przejazd wiąże się też dosyć egzotyczny dla nas zwyczaj. Otóż można wejść drzwiami przy kierowcy i płacić od razu, albo wsiąść z tyłu. Obydwie metody nie są jednak wolne od wad. Pierwsza ma słaby punkt w postaci częstego braku miejsca przy przednich drzwiach. Druga – jak kuśka dopchać się do szofera w samochodzie pełnym ludzi?! Na szczęście nic prostszego – dajesz pieniądze osobie znajdującej się przed tobą i na zasadzie głuchego telefonu docierają one do kierowcy, a w powrotną drogę wędruje bilet lub też reszta (jeśli nie mieliście równej kwoty). I to bez żadnych kantów, kradzieży pieniędzy „po drodze”, czy fochów kierowcy, który podczas jazdy musi przyjąć kasę wydać bilet i resztę. Szok.<br />
Na początku nie wiedzieliśmy co się dzieje - stoimy sobie i nagle ktoś podaje nam kasę mówiąc coś niewyraźnie. Nigdy nie zapomnę miny Ukraińca jak oddaliśmy mu pieniądze nie przekazując ich dalej - pełna konsternacja. Na szczęście osoba stojąca obok nas wytłumaczyła, że my inastrancy, więc nie doszło do większego zgrzytu. Jaja jak berety.<br />
Lwów nocą sprawia raczej przygnębiające wrażenie (oczywiście poza Starym Miastem) głównie z powodu słabego oświetlenia. Jechaliśmy niewiele widząc i gdyby nie młody człowiek, który powiedział gdzie powinniśmy wysiąść to pewnie byśmy przegapili nasz przystanek. Na szczęście udało się opuścić autobus i z drobnymi perturbacjami odnaleźć naszą kwaterę.<br />
Warunki świetne. Koszt 77 złotych za noc. Jedyny mankament to odległość od Starego Miasta – pieszo pół godziny z okładem. Niestety mieliśmy tam zarezerwowaną tylko jedną noc. Później czekała nas przeprowadzka w pobliże dworca. <br />
Mieliśmy ruszyć jeszcze na piwo do pobliskiej knajpki, ale padliśmy. Na szczęście bo rano czekała nas wyprawa na Cmentarz Łyczakowski, przeprowadzka na inną kwaterę, Stare Miasto i nocny pociąg do Wiśniowca. Napięte terminy jednym słowem <img src="https://bulgaricus.pl/forum/images/smilies/mniejsze/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" /><br />
<br />
CDN...]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>