24.05.2015 21:15:56
jacky, wklejaj fotki do swojej relacji!
|
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
|
|
24.05.2015 23:46:17
(24.05.2015 21:15:56)dżek napisał(a): jacky, wklejaj fotki do swojej relacji! niestety - przed laty nie miałem aparatu - dopiero za jakiś czas ponownie pojawią się fotki :-)
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
25.05.2015 08:55:04
Pisz dalej, super się czyta.
(25.05.2015 08:55:04)aekzal napisał(a): Pisz dalej, super się czyta. właściwie to są fragmenty z moich dzienników pokładowych rozrzucone po necie... kiedyś zamieszczałem je na starym bulgaricusie, jak jeszcze kilka miesięcy temu sprawdzalem - niektóre zapiski jeszcze tam były... ... odcinek dziesiąty... Przed zaśnięciem podsumowuję dzień. Byłoby nieźle, gdyby nie to, że w Racaciuni namierzył mnie radar z jadącego naprzeciw autka policyjnego. Droga była szeroka, po dwa pasy w każda stronę, ale teren zabudowany, więc ograniczenie do sześćdziesiątki. Już nadjeżdżając z naprzeciwka radarowiec zamigotał mi długimi. Jechałem dalej niby nic, ale we wstecznym zobaczyłem, że zawrócił i goni mnie z włączonymi kogutami. No cóż... zjazd na pobocze, dokumenty proszę, po chwili zaproszenie na seansik kina objazdowego - "Mr. Jacky, przekroczenie prędkości o 20 kilometrów na godzinę". Picowanie, że niby to filmik pokazuje prędkość ambulansu, któremu siadłem na dupsku nic nie daje - dostaję mandacik kredytowy na 30 lei z dwutygodniowym terminem płatności i zleceniem opłaty w Eforie, gdzie jest – jak powiedziałem radarowcom - mój rzekomy punkt docelowy. (To w celu utargowania niższej kary.) Po tym incydencie dopiero zauważyłem, że rumuńscy kierowcy zmienili ostatnio taktykę jazdy. Przejeżdżając przez obszar zabudowany ustawiają się w rządku i jadą kodeksowo, dopiero za wsią dają po garach... Tego w poprzednich latach roku nie było! Skądinąd mi wiadomo, że rumuńska policja dostała ostatnimi czasy dużo dobrych autek z ruchomymi radarami. No cóż, zapłaciłem pierwszy od 7 lat mandat zagraniczny... ( zapłaciłem w drodze powrotnej u burmistrza w małym miasteczku przed Aradem - ale mi dołożyli opłatę karną za przekroczenie terminu ). Mądry jacky po szkodzie...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
26.05.2015 21:35:46
odcinek jedenasty...
28 maja 2006, niedziela Śniadanko i rzut oka na termometr – jest 15 stopni. Przed 10:00 jesteśmy na granicy w Vama Veche. Chociaż właśnie wyjeżdżamy z kraju, Rumuni każą płacić 10 lei taksy ekologicznej i sprawdzają, czy mam rowinietę! Po bułgarskiej stronie, w Durankułak, znowu opłaty. Dezynfekcja 2 euro - co jest, miało jej już nie być w Bułgarii! Za bułgarską winietę płacę 9 euro i podaję czas 10 dni. Wkurzające jest, że ja chcę płacić w lewach, a te pierony mówią, że pokwitowanie wystawiane jest już teraz w euro, więc jak chcę, to mi mogą euro przeliczyć na lewa. Nooo... taki głupi, żeby dwa razy dać się skasować na nożyce kursowe, to ja nie jestem! Ale cóż mogę zdziałać... reklamacje w rządzie, tyle że ministerstwo dzisiaj nieczynne. Po opuszczeniu pogranpunktu zaglądamy do wsi letniskowej Krapec. Podjeżdżamy do znajomych Goszo i Danczeto Żurnałowych (i Georgi i Jordanka ) mojej przyjaciółki Joasi, którzy prowadzą sklepik i niewielki bar. Ów sklepik i bar godny polecenia, skromnie a też i odowiednio cenowo. Żarełko smakowite. Prawie na prawach monopolu, konkurencji nie jest za wiele. Natomiast jak oglądamy ich domek z pokojami do wynajęcia, pytamy tak sobie o cenę... Trochę mina spada. No cóż, 22 lewa za dzień na takim zadupiu to chyba przesada, albo też cena zaporowa, bo warunki lokalowe co najmniej dyskusyjne. Gospodarze mówią, że do morza blisko, ale nie weryfikujemy, żegnamy się i jedziemy dalej. Dopiero z opóźnieniem otrzymuję grzecznościowo od Joanny fotografię plaży w Krapcu. Od "centrum" Krapca jest ca 2 km - dojechać trzeba - ale taka swoboda miejsca daje sporo do myślenia. Fotografia jest jednak wykonana w sierpniu a więc miesiącu mocno "zagęszczonym" przez miejscowych. Więc jeśli ktoś lubi ciszę, relaks i brak "kuracjuszy" - wioska godna polecenia. W baku mam już od dawna rezerwę paliwa, ale zatankuję dopiero pod Bałczikiem, znam tam od dwóch lat jedno miejsce. Gut tanksztela, można płacić kartą. To pierwsza nowoczesna stacja od pogranpunktu.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
28.05.2015 07:39:40
odcinek dwunasty...
Podczas przejazdu przez Warnę jak zwykle mam kłopoty, gubię drogę - jak dla mnie oznakowanie jest fatalne, tablice kierunkowe zarośnięte są częstokroć drzewami i krzewami. Przebijam się przez centrum, tradycyjnie łapiąc kierunek według słońca, ale mam „wątpia”, więc zaczepiam przechodnia. Dobrze, że to nie noc - wtedy nie ma słońca i nie ma kogo zaczepić. W Obzorze oglądamy plażę i idziemy na obiad (na pierwsze danie zupki: pileszka supa i szkembe czorba, a na drugie faszerowane papryki, czyli pyłneni czuszki - mniam, mniam). Tu ugadujemy sobie kwaterę na za tydzień. Najpierw gospodarze prowadzą nas do apartamentu za 20 euro, lecz widząc nasze kwaśne miny pokazują jeszcze własny pokoik w głównym budynku, cena 16 lewa. Akceptujemy. Po południu docieramy do celu pierwszego – Łozenca. Poszukujemy kwatery, ale wybór niewielki, gospodarze nieprzygotowani, jest jeszcze przed sezonem. W pensjonacie znanym nam z któregoś z poprzednich wyjazdów negocjujemy cenę. Staje na 25 lewa za dwójkę, czyli nietanio, ale że standard jest wysoki, zatrzymujemy się na 5 nocy. Oto widok klasycznego klocka budowlanego, czyli domku dwurodzinnego zamienionego na pensjonat... Nieźle zresztą dochodowy, skoro w sezonie gospodyni uruchamia oszklony pawilon handlując kosmetykami i tekstyliami plażowymi... Interes kręci się na okrągło... To, że jeszcze nie sezon, ma także inne wady. Wieczorami w restauracyjkach siedzą tylko robotnicy budowlani. Dlatego sami sobie pichcimy. Nasz kombik połknął maszynkę elektryczną (dwupalnikową), więc nie ma problemu. Na obiadek mamy kiseło mljako z tutejszego sklepu (krojone nożem) i ziemniaczki posypane świeżutkim koperkiem i pietruszką wprost z ogródka gospodyni (za zezwoleniem, oczywiście).
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
28.05.2015 08:34:04
Jacky 25 lv za dwójkę to przeca dobra cena, chyba że pomyłka i cena jest za osobę?
Jacky, kiedyś też mieliśmy problemy z Varna. Odkąd jeżdżę sam, poznałem ją na tyle że nie mam problemów z poruszaniem. Dla jadących pierwszy raz najlepiej kierować się na centrum obojętnie z której strony jadą, aż do cerkwi. Tam w zależności czy na Bałczik, Burgas czy Ruse. Później już cały czas prosto (z małym wyjątkiem w kwestii Bałczika) ...:::Bbbuuulllgggaaarrriiiaaa Rrruuullleeezzz:::...
96 97 98 99 00 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22
28.05.2015 23:17:30
(28.05.2015 08:34:04)Wawo napisał(a): Jacky 25 lv za dwójkę to przeca dobra cena, chyba że pomyłka i cena jest za osobę? yes, to jest dobra cena za dwójkę ... tyle, że bez klimy... choć ja pamiętam czasy, gdy za dwójkę płaciło się 15 leva tzn ca 8 DM... odcinek trzynasty... I mam nadzieję, że bynajmniej nie pechowy !!! Kiseło mljako to nic innego jak właśnie ten słynny, bułgarski jogurt produkowany przez nie występujące nigdzie indziej na świecie bakterie kwasu mlekowego Lactobacillus bulgaricus. Wielu Bułgarów wyrabia go samodzielnie w domach, zakwaszając (czyli szczepiąc jogurtem) słodkie, przegotowane mleko o temperaturze „palca” (znaczy takiej, że zanurzony w nim palec wytrzyma przez minutę) i przykrywając je kocem, coby stygło powoli, dając szlachetnej florze bakteryjnej czas na rozmnożenie. To właśnie ów jogurt jest podstawą bułgarskiego chłodnika – taratora. Potrawę tę można zjeść praktycznie w każdej knajpie. Czasem bywa dosmaczona koperkiem, czasem posiekanymi orzechami – ale zawsze i wszędzie jest doprawiona świeżym czosnkiem. A czosnek to przyprawa wyjątkowa. Zajadali się nim ponoć Tracy, może dlatego się tak szeroko przyjął w narodzie znad Maricy. Bułgarzy wierzą nie tylko w leczniczą, ale i w magiczną moc czosnku. Noszone na piersi ząbki czosnku odpędzają jakoby złe moce, a szczególnie niejakie karakondżuły – dawniej wampiry grasujące pomiędzy północą a szóstą nad ranem, obecnie zaś osoby mające zwyczaj wczesnego wstawania. Ale tak czy inaczej, jeżeli w bułgarskiej potrawie jest czosnek, to jest go na pewno słuszna porcja. Dlaczego? Bo nie istnieje tu pojęcie: „trochę czosnku”. Bułgarzy wiedzą doskonale, że ich jogurt znany jest na cały świat i – jak się wydaje - są z niego dumni. Opowiadają nawet pewien dowcip na jego temat. Otóż pewnego razu człowiek spacerujący brzegiem Morza Czarnego ujrzał Bułgara dzierżącego w garści dużą łyżkę i wykonującego dziwne ruchy, jakby coś przelewał i mieszał. Gdy podszedł bliżej, zobaczył setki poprzewracanych, pustych kubeczków po kisełym mljaku. „A cóż ty robisz?” – zapytał zdumiony. Odpowiedź brzmiała: „Próbuję zakwasić morze”. Jeszcze bardziej zdumiony człowiek stwierdził, że to absolutnie niemożliwe, na co Bułgar odparł: „Wiem, ale panie... gdyby się udało, to ile by tego było!” A gdy już znudzi się samodziałowe jedzonko - wtedy zawsze można wyjść na konsumpcję gotowca.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
30.05.2015 00:03:13
odcinek czternasty...
Pomidory i inksze produkty rolne w początkach czerwca są jeszcze drogie, ale nic to - codziennie na śniadanko Maryla robi szopską sałatkę, której podstawą jest, oczywiście, sirene. Sirene to kolejna magiczna pozycja bułgarskiej kuchni. Robi się je z mleka najczęściej owczego, ale bywa, że i z koziego, krowiego, lub bawolego. Białko z podgrzanego mleka ścina się podpuszczką, a potem sprasowuje ścięte grudki w dosyć twardy blok wielkości cegły. Bloki sera zanurzone w solance przechowuje się w beczkach w „piwnicznej” temperaturze, żeby dojrzały. Taki ser ma bardziej kremową konsystencję niż podobnie wyrabiana grecka feta i jest przepyszny. Bułgarzy mają na jego punkcie istną manię. Jest dodawany do sałatek, frytek i zapiekanek, ale także jadany jako danie główne, polany olejem i posypany przyprawami. Dane statystyczne mówią, że przeciętny Bułgar zjada kilogram tego sera tygodniowo, a jego pojawienie się na stole podczas śniadania jest obowiązkowe. Bułgarzy tak lubią swój ser, że konsumują go nawet... z arbuzem... alebo winogronami... My z Marylą, acz nie gardzimy nowościami dla podniebienia, poprzestajemy na szopskiej. A sałatka szopska to prawdziwy poemat. Pachnące tomaty, chrupiące ogórasy, słodka cebula, pyszna oliwa, ocet winny, sól, pieprz i sirene. Sirene musi być koniecznie starte na tarce – wtedy miesza się po pewnym czasie z sokiem, który wydobywa się z posolonych warzyw i można w powstałej w ten sposób smakowitej paciajce maczać bułkę. Bułgarzy natomiast popijają szopską rakiją. Niestety, Maryla wyeliminowała z tej mikstury ogórki, bo się naczytała w swoich kolorowych magazynach, że ogórek połączony z pomidorem niszczy cenne składniki sąsiada. Może to i prawda, może nie... ale jak jemy razem, to dla świętego spokoju ustępuję.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
30.05.2015 01:27:12
To ja się przyznam, że niejaki "jacky" był moją inspiracją bałkańską. Od 2010 jeździmy w tym kierunku 3-5 dni w jedną stronę, później półtora tygodnia na miejscu i na powrót do domu znowu parę dni. Dzięki temu można sporo pozwiedzać na kierunku rumuńskim, a nawet bułgarskim, jeżeli pojedziemy na Vidin.
A teraz trzeba będzie sobie odświeżyć jacky'ego wspomnienia! |
|
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
|