Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
17 czerwca 2006, sobota
Od południa aż do zamknięcia basenów moczymy się non stop, bierzemy bicze i masaże wodne, zjadamy langosza z piwkiem. W sieci można spotkać trochę fotek z tego kąpieliska.
Potwierdzają one nasze obserwacje, że gospodarze dla podniesienia atrakcyjności organizują bardzo często rozmaite imprezki na tamtejszej scenie.
Muzykantów i rozmaitych sztukmistrzów nie brakuje.
Wracamy na kwaterę dokonując uzupełniających zakupów w przykąpieliskowym sklepie skoligaconym z siecią makro cash & carry.
Drzewiej owe kurorcisko szczyciło się ponoć nawet większą popularnością aniżeli Hajdusoboszlo.
Na kempingu połączonym z kąpieliskiem spotykamy i rozmawiamy z 2 śląskimi familiami.
Przyjechali tutaj i bawią całe 2 tygodnie w bungalowach popijając kupioną po drodze słowacką śliwowicę.
Wieczorem popijamy winko w zielonej altance, jest upalnie, nie chce się wierzyć, że to jeszcze wiosna.
I nie chce się wierzyć, że kończymy nasze słodkie urlopowanie.
Jutro ostatni skok...
Pocieszam cierpliwych czytelników - do końca mojej relacji jeszcze bardzo długa droga.
Ale o tym jeszcze będzie gadka.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
18 czerwca 2006, niedziela
O 10:35 wybija godzina wyjazdu z Berekfürdö.
Teraz już tylko rutyna - Kunmadaras, Poroszló, Miszkolc (tu temperatura wzrasta do 31 stopni!), dalej przejście graniczne Bánréve-Král i tradycyjne zatrzymanko w cieniu pogranpunktu na kawusię z termosu.
Słowacja – Coltovo, Plešivec (tu spostrzegamy drogowskaz do basenu termalnego, trzeba będzie go sprawdzić przy innej okazji), przed Rożnawą odbijamy w kierunku Popradu, ale nie korzystamy z autostrady Poprad – Żilina, toczymy się starą „osiemnastką” za darmo. „Osiemnastka” jest stara, ale malownicza, po drodze mijamy zabytkowe parkingi, które teraz straciły na randze, ale mają potencjał konsumpcyjno-noclegowy.
A na wysokości Dedinek – no, no! - odcinek specjalny zawodów samochodowych. Wcześniej zatrzymuje nas policja, pokazuje na mojej mapce którędy mam zrobić objazd, więc jedziemy przez Hnilec, Dedinky i Mlynki. W Vernár naszym oczom ukazuje się zadziwiające zjawisko: kwitnące bzy! A cóż w tym dziwnego? Ano to, że w tym roku widzę to zjawisko już po raz trzeci! Pierwszy raz był w Vel’kým Mederze na początku maja, drugi w Dąbrowie, jak zwykle w połowie maja, a teraz jeszcze w drugiej połowie czerwca, ponownie w górskiej Słowacji...
Poprad Kvetnica - ależ te Tatry ośnieżone, piękne! Nazwy miejscowości migają jak w kalejdoskopie, Hybe, Liptowski Mikulasz, wreszcie – Korbielów. Pomimo masowego powracania rodaków z "bożeciałowego" weekendu odprawa leci szybko, bez przestojów.
O 21:50 wjeżdżamy na własne podwórko. Zerkam na licznik – przejechaliśmy ponad 3600 kilometrów. Znajomy zgrzyt klucza w zamku, wchodzę do domu...
Moja pierwsza myśl wyrywa się jak Filip z konopi: „To kiedy znów do Bułgarii?”
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Pora na podsumowanie: jak wypadł ten wyjazd w porze przedsezonowej?
Ano, nie najkorzystniej.
Co prawda kwatery stały puste (i w ogóle brano nas za poszukiwaczy miejscówek na sezon letni), lecz knajpki były albo jeszcze nieczynne, albo zaludnione przez ekipy miejscowych robotników, przychodzących na skromny posiłek i piwko...
Owi robotnicy to bynajmniej nie wyrobnicy lokalnych zakładów pracy ale remontujący stare obiekty lub budujący nowe.
Ich praca bardzo często bardzo głośna potrafiła dokuczyć nam nieźle w godzinach zwanych o porannym świcie.
Jednym słowem, brakowało nie tylko lokali, ale także kurortowej atmosfery.
Jeszcze w weekendy przybywała lokalna wiara ale w niedzielę wieczór znów panowała błoga cisza.
Pogoda, owszem, pozwalała na plażowanie, tyle że bez kąpieli morskich – woda była o wiele za zimna.
Nawet owoców i jarzyn było na rynku co kot napłakał, więc w przyszłości takiego wyczynu już raczej powtarzać nie będziemy.
Co nie znaczy, że jeszcze tego samego roku...
Ups...
Rozpędziłem się.
Cierpliwym będzie wynagrodzone.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
odcinek x-nty...
czyli...
BUŁGARIA ZAMIAST SŁOWACJI LUB WĘGIER
sierpień 2006
3 sierpnia 2006, czwartek
Tak się szczęśliwie złożyło, że dostałem 13 dni urlopu nakazowego od dyrekcji, zatem postanowiliśmy z Marylą zrobić wypad do Vel’kego Mederu w Słowacji.
Tymczasem pogodynka netowa pokazała brzydką prognozę, więc dołączyłem do terenu rozważań mapkę Węgier i wyszedł mi kierunek do Bogácsa.
Różnie to w życiu bywa, ale byłem wtedy w okresie wymówienia w pracy, gdyż główny profil mojej działalności zdołował i „moja” część firmy zmierzała do punktu zerowego.
Przyjąłem ofertę nie do odmówienia - jak na owe czasy czyli pół etatu.
Znaczy się głównie w domku, do biura raz na dwa tygodnie ...
Główny Księgowy wskazał zatem konieczność zastosowania programu oszczędnościowego. Podejmując decyzję wyjazdu przejrzeliśmy wszystkie zapasy domowe i do bagażnika samochodowego wrzuciliśmy prawie całą zawartość lodówki, wszelakie jarzyny, warzywa z spiżarki, zamknęliśmy nasz kurnik, podlaliśmy ogródek i w trasę!
Z uwagi na względy praktyczne, a także na tradycję, obraliśmy kierunek Korbielów.
No i jedziemy sobie, jedziemy, aż tu na wysokości tych, no... Tych pada znienacka pytanie:
-„A co by było, gdybyśmy tak pojechali nie na Węgry, tylko... do Bułgarii?"
Zanim znaleźliśmy się w Żywcu, mieliśmy wszystko przekalkulowane, nawet dietę wegetariańską.
Minusem był brak medycznego ubezpieczenia dla turystów, no i - co śmieszniejsze – map Bułgarii oraz Rumunii.
Ratuje nas za to dziennik pokładowy, któren w ostatnim momencie wylądował w kieszeni bocznej drzwi.
Karty ECUZ (zdrowotne ubezpieczenie europejskie załatwione w NFZ) wozimy już od kilku lat, ale to inna para kaloszy.
Tym razem pojechaliśmy bez ECUZów ale jakoś zdrowotnie nam się upiekło...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
16.06.2015 09:50:06
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2015 22:37:56 przez peter.)
Dalej wszystko toczy się gładko: Poprad, Bánréve-Král, wieczorem mijamy Bogács, w niesamowitej burzy docieramy do Gyula, gdzie po półtorej godziny poszukiwania stajenki życzliwa dusza uchyla przed nami wrót gospody przy stacji benzynowej.
Już po północy, ale nic to. Jesteśmy prawie na granicy węgiersko-rumuńskiej.
Przy okazji powracam do poprzedniego postu.
Otóż napomknąłem tam, że do luku bagażowego wrzuciliśmy prawie całą zawartość lodówki i spiżarni. Musieliśmy tak uczynić, bo zapasu w owych szafkach zawsze mamy sporo a decyzję wyjazdową podjęliśmy może z 3 dni przed wyjazdem.
Dalsza i bliższa rodzinka też była na wyjazdach, więc nie było kogo "obdarować".
Jesteśmy oszczędni na tyle, że mamy świadomość nie wyrzucania dóbr na które się ciężko zapracowało ale sensownego wykorzystania.
Lodówkę postanowiliśmy na czas wyjazdu wyłączyć, po co ma przez prawie 2 tygodnie żreć energię i to nie małą.
Natomiast dla równowagi mogę podzielić się swoją obserwacją o Bułgarach przyjeżdżających z głębi kraju nad morze i to w nieźle wypasionych brykach.
Przywożą z sobą bardzo dużo domowej rakii ale w oryginalnych flaszkach markowych zachodnich napitków. Znaczy się każdy ma swój sposób na szpanowanie.
Ja wolę swój, owe ziemniaki były nadzwyczaj smaczne z połączeniu z lokalnym "kisiałym mliakiem", więcej, nadzwyczaj zdrową kuracją "antymięsną".
No i jeszcze raz ta Gyula.
Jest jedną z miejscowości na pograniczu madziarsko - romkowym, posiadającą jeden z najładniejszych w tej części Europy kompleks basenów termalnych.
Polecam ją - szczególnie dla rodzin z małymi dziećmi jako miejsce i stałego pobytu jak też i na przykład 2 noclegów na trasie.
Brakuje mi ilustracji z tamtego okresu i miejsca.
Więc dla urozmaicenia opisu bułgarskich widoczków dokładam jeden obrazek z prowincji.
Klasyczna retro zabudowa małomiasteczkowa, wręcz wioskowa.
Żeby "cuś" takiego ujrzeć trzeba nieraz zjechać z głównej drogi.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 14,443
Liczba wątków: 28
Dołączył: May 2015
Reputacja:
407
W Sozopolu też takiego Ziła obfociłem!
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
16.06.2015 22:21:38
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2015 22:39:27 przez peter.)
4 sierpnia 2006, piątek
Ledwieśmy przekroczyli granicę w Gyula i ujechali po ziemi rumuńskiej kilkanaście kilometrów, a już by się skończyło nasze podróżowanie – i być może nie tylko w tym roku, ale w ogóle...
Na prostej drodze jadąca przed nami półciężarówka nagle zaczęła dziwnie hamować. Trzymałem co prawda bezpieczny dystans, lecz zerkałem w lusterko wsteczne z głębokim niepokojem - jechała za nami dacia z przyczepką wyładowaną jakimiś trzcinami.
Dacia owa, jak widziałem, nie miała zbyt wielkiej przyczepności i czułem, że lada ułamek sekundy wjedzie mi „w garaż".
Podjąłem lekko ryzykowną decyzję zatrzymania się za ciężarówką bliżej osi jezdni, a nawet lekko się wychyliłem za tę oś.
Było to chwalebne - ułamek sekundy później dacia poszła na prawo, a ponieważ zabrakło dla niej miejsca na jezdni, salwowała się ucieczką na pobocze.
Ci z dacii mieli szczęście, bo akurat był tam zasypany rów.
Zobaczyłem przerażone oczy Rumunki kierującej tym pojazdem – Ojcze Nasz, keryś jest w niebie, zbaw nas ode złego – ufff... zatrzymali się prawie równolegle do nas. Odetchnąłem z ulgą jeszcze z pięć razy i odjechaliśmy.
Kątem oka dostrzegłem, że przyczepka z trzcinami całkiem się rozsypała.
Dobrze, że mam nawyk jazdy asekuracyjnej, czyli utrzymywania znacznej odległości od jadącego przede mną pojazdu – dzięki temu kierowca jadący szybciej i wyprzedzający mnie ma szansę wskoczyć w zatoczkę, ja zaś mam szansę spokojnego zahamowania i ewentualnej ucieczki przed gościem wjeżdżającym mi w bagażnik.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 2,242
Liczba wątków: 1
Dołączył: May 2015
Reputacja:
44
A chce sobie kiedyś Dacie kupić
...:::Bbbuuulllgggaaarrriiiaaa Rrruuullleeezzz:::...
96 97 98 99 00 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
(16.06.2015 22:31:27)Wawo napisał(a): A chce sobie kiedyś Dacie kupić
![[Obrazek: 240px-AutoDaciaBucarest.jpg]](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/1/1d/AutoDaciaBucarest.jpg/240px-AutoDaciaBucarest.jpg)
były takowe drzewiej nawet 4 biegowe - sam się w latach 90 - tych przymierzałem :-)
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Jazda przez Rumunię nie jest monotonna. Podziwiamy widoki Karpat, kątem oka rejestrując duże zagęszczenie pensjonatów i moteli na odcinku od Aradu do Piteşti.
W Deva tankowanie i kupno jednodniowej winietki, i wreszcie wjeżdżamy na autostradę. Konotuję zwężenie tudzież długi korek stworzony przez wyjeżdżających z Bukaresztu – symptom letniego piątkowego wieczoru.
Takie obrazki może nie są już częstym widoczkiem ale oznaczają, że jeszcze pracuje się nad poprawą romkowych dróg.
Znaczy się jest ruch wahadłowy. Trzeba swoje odstać.
Marzenia o rekordzie prędkości na trasie biorą w łeb.
Jedna z lepszych sieci dostawców siana dla smoków pod maską naszych autek.
Ceny są z roku 2009, bieżące należy aktualizować.
Ale jak widać na obrazku - płatność plastykiem nie jest tam nieznajomą formą.
Zaczyna się obwodnica stolicy i zespoły moteli. Pora rozglądać się za noclegownią.
W pierwszym moteliku za pokoik z klimą chcą „jedyne” 180 lei, chyba oszaleli!
Nachodzi mnie zmęczenie i niechęć do dalszej jazdy. Nie ma sensu dalej pruć, przecież do wybrzeża rumuńskiego jest jeszcze ze 4 godziny jazdy, a za godzinkę będzie się "zmrokać"...
Znów dostrzegam zespół motelowo-kempingowy, rzut oka w lusterko wsteczne i wjeżdżam na podwórko. Facet z recepcji już biegnie do mnie, ale nie wygania, potwierdza, że są wolne pokoje, więc przemieszczam się przed właściwą recepcję i rozpoczynam negocjacje.
Oglądamy kilka rodzajów domków, od „psich budek” w stylu retro po „full wypas” wyposażony w klimę.
Dostępne są tylko te lepsze, ale cena znów 180 lei, zawracam zatem w negocjacjach do „psich budek” i okazuje się, że jednak są wolne.
Cena 50 lei, idziemy oglądać – jakoś da się przespać na dwuosobowej pryczy z pościelą, umywalką, stolikiem, krzesełkiem i wentylatorem.
Płacąc widzę uśmieszki kelnerki i recepcjonistki.
Z czego mogą się śmiać, z mojej brody?
Zabieramy z samochodu najpotrzebniejsze zabawki i lokujemy się w budce, a raczej przed - urządzamy sobie wieczerzę zakończoną drinkiem.
Znad Bukaresztu nadciąga burza, powoli zapada zmierzch.
Obserwujemy życie na kempingu. Obok naszej budy stoi kilka tych lepszych domków. Z jednego wychodzi jakaś para, idzie chyba na kolację do restauracji. Ale za chwilę przychodzą dwie pokojówki, jedna z naręczem świeżej pościeli, druga z wiadrem i szczotkami.
Sprzątają.
Po kilkunastu minutach przychodzi następna para ludzi.
Po niespełna godzinie wychodzi. Te same obrazki dotyczą dwóch innych domków w sąsiedztwie.
Pokojówki latają jak parowe młyny, ino pucują, pościele zmieniają.
Aha... no tak... zaczynam się domyślać, w czym rzecz...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
|