Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Rankiem, gdy pakujemy bambetle do auta, podchodzi do nas nieznajomy rodak, pracownik włoskiej firmy budowlanej, która wynajęła na tym samym kempingu kilka "apartamentów" dla swojej grupy.
- „Panie” – powiada – „tutaj jest po prostu burdel, te domki są wynajmowane na godziny”.
Dopiero teraz rozumiem, dlaczego podśmiewała się ze mnie recepcjonistka.
Śmieszne było dla niej to, że zamiast przyzwoitszego lokum wziąłem mini-burdelik. Ale co tam, pomimo nocnej burzy wyspaliśmy się z Marylą słodko, pośniadaliśmy, zaparzyliśmy w termosach kawę i herbatę.
Ruszamy w dobrych humorach.
Kończy się obwodnica, wjeżdżamy na autostradę. Już czuję Morze Czarne, już byłaby radość, gdyby nie ci śmigający na swoich dwukołowych bolidach młodzieżowcy... Ja mam na liczniku 150 kilometrów na godzinę, w porywach nawet więcej, a oni tylko śmigają...
Przed Konstancą zaczynają się zatory na drodze. Skojarzenie proste - połowa co bogatszej Rumunii ciągnie pomoczyć się w Czarnym.
Pomimo włączonej klimy napojów chłodzących ubywa. Mając w pamięci kranowaty smak bułgarskich wód, zwanych niezbyt słusznie mineralnymi (a jak powinny być słusznie zwane nie określam, coby nie być podanym do Sądu Grodzkiego), postanawiamy uzupełnić swój magazynek w przydrożnym markeciku. Kupujemy pięć butli, po opróżnieniu będą jak znalazł jako tymczasowe opakowanie na czas przemytu domasznej rakijki do kraju.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Wjeżdżamy do centrum Konstancy, kolejne zatory, dalej aż do granicy jest to samo. Tracimy prawie godzinę, ale taki już jest urok pełni sezonu.
Podciągamy pod przejście graniczne Vama Veche-Durankułak i... szczęka zaczyna mi opadać.
Co to znowu za pieroństwo?
Widzę kolejkę chyba 90 aut, zupełnie jak 10 lat temu! Ustawiam się na końcu i idę na zwiady. Sprawa wyjaśnia się szybko: w całym tym tłoku 98% pojazdów ma rejestrację bukareszteńską.
No jasne, połapali się, że w Bułgarii taniej.
Dlaczego mam takiego pecha?
Pozostałe 2% autek to Ukraińcy, Mołdawianie i Rosjanie.
Stoimy.
Kolejka rozładowuje się w partiach po 5 bryczek, takie limity ustanowiła najwyraźniej komisja przygraniczna. Spaceruję sobie, klnąc z cicha, szkoda mi silnika, więc w aucie nie mam chwilowo klimy, ale wieje zbawienny (a nawet bardzo silny) wiatr od pobliskiego morza.
Wreszcie stajemy przed szlabanem.
Bokiem przebijają się dwa autka, chyba na lubelskich rejestracjach, i od razu w powietrzu zawisa rzucone z poczuciem wyższości pytanko do Maryli:
„Hej, dlaczego nie korzystacie z bramki dla obywateli Unii?”
O, ludzka głupoto! Komunikacja z Lublinianami za pośrednictwem CB-radia powoduje, że cóż, muszą jak niepyszni wycofać się i ustawić na końcu kolejki (która w międzyczasie urosła już do 120 pojazdów).
Żal mi ich, ale niestety, nie ma szansy na wciśnięcie ich przed moje autko z uwagi na wyjątkową aktywność komisji kolejkowej, pracującej z gorliwością większą niż za czasów wojny polsko-jaruzelskiej.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
No i po co się było tak denerwować, już po formalnościach - tylko dwie godzinki i 20 minutek...
Na powitanie Bułgarii kupujemy sobie na przydrożnym mini targowisku smaczne melony, znacznie tańsze niż w kurortach, a i lepsze - bo prosto z pola. Nabywamy też pierwsze lokalne produkty, warzywa i jajka, bowiem na wyposażeniu mamy patelnię teflonową, a przecież nie ma nic smaczniejszego na śniadanie niż byrkani jajca (czyli w języku Wiślan: jajecznica) na bułgarskich pomidorach i czuszce.
Gdzie zarzucimy kotwicę? Najpierw zaglądamy do Kranewa, łoj-pfuj, kolorowe jarmarki, może i raj, ale dla rodzin z małolatami.
Swojski widok ulicy w Kranevie zobrazowany fotką z lipca 2010. Być może teraz jest już lepiej.
Jedziemy dalej - jest Warna.
Za dworcem wyczuwam obecność bankomatu - trzeba zjechać na stację benzynową i 200 „lewych” ląduje w kasie podręcznej. Przy wyjeździe z miasta muszę uważać, bo zawsze się tam mylę, szczególnie w nocy. Ale teraz jest wczesne popołudnie, a mój nawigator satelitarny, czyli słoneczko nigdy nie zawodzi.
Wpadamy do Szkorpiłowci.
Dziura, nawet solidnych domków nie widzę, tylko jakieś lokalne bazy - domy wczasowe dla pracowników firm państwowych z poprzedniej epoki (wciąż jeszcze). Teraz po latach kojarzę, że być może to były inwestycje Victora.
Żołądek się odzywa, zatem parkujemy.
Menu małej restauracyjki jest nadzwyczaj bogate, ale kelnerka lojalnie wymienia po kolei potrawy, których nie ma – schodzi na to trochę czasu. Zamawiamy klasykę: nasze ulubione zupki i nieśmiertelną cacę z patelni a raczej z oleju, czyli smażone jak frytki - szprotki.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Do Czernomorca wjeżdżamy tuż przed zmrokiem i ooo... zdziwienie, tak dużo autek w centrum?
Walimy prosto do Tranułki - gospodyni, u której gościliśmy ostatnimi laty.
Gospodyni w pierwszej chwili jest cała rozradowana, ale zaraz robi się jakaś przygaszona...
Aha, przed pięcioma godzinami do "naszego" apartamenciku wprowadzili się goście.
Gospodyni pyta z odcieniem pretensji: „Dlaczego nie SMS-owaliście, albo nie dzwoniliście z Durankułak?” Ba! Żebyśmy to wiedzieli... Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
Przemieszczamy się zatem do Koli - gospodarza, u którego bywaliśmy w latach dziewięćdziesiątych.
Od tego czasu zdążył wyposażyć swój domek w większą ilość łazienek i kibelków, wprawdzie nie w pokojach, ale zawsze jest gdzieś wolne i ciepła woda non stop, co jest istotne, jako że mam zwyczaj spłukiwać z siebie pot od trzech do czterech razy na dobę.
Nawet ogródek został pomniejszony na rzecz parkingu dla trzech autek.
Teraz jak na złość wszystkie trzy miejsca zajęte, ale gospodarz szybko wyprowadza swoją „seniorę ładzinę” z garażu (pamiętam, mówił o tym pojeździe w roku 1995, że ma już kilkanaście lat).
Jego żonka Zlatka już robi dla nas szopską sałatkę, zaś on udaje się do swojego "warsztatu" po pół literka nadzwyczaj smacznej domasznej rakii.
Przepijamy Zagorką.
Organizm chłonie napoje jak gąbka.
Siedzimy w jadalni "zadaszonej" winogronami, zasłużone „dobre doszli”...
Od jutra plażowanie!
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 336
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
19
(19.06.2015 08:33:26)jacky6 napisał(a): ...
Gdzie zarzucimy kotwicę? Najpierw zaglądamy do Kranewa, łoj-pfuj, kolorowe jarmarki, może i raj, ale dla rodzin z małolatami.
Swojski widok ulicy w Kranevie zobrazowany fotką z lipca 2010. Być może teraz jest już lepiej.
... No niezłe dziury w środku sezonu. Wydaje mi się, że to ulica Szipka. W 2011 roku ta ulica była całkiem OK.
Mieszkańcy Kraniewa generalnie narzekają, że ich podatki od lat odpływają do Balczika, a w Kraniewie zostają same dziury w jezdni. W 2012 roku też były podobno niezłe wykopaliska.
Jacky, gdybyś chciał wypocząć w Kraniewie, polecam hoteliki w okolicy ulicy Primorskiej, czyli tak jak stoisz autem, do góry i prawo.
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
20.06.2015 21:05:06
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2015 21:05:34 przez jacky6.)
owszem , swego czasu nocowałem tam - po prostu chciałem przetestować walory Kraneva...
6 sierpnia 2006, niedziela
Słoneczny ranek uświadamia nam, że weszliśmy w szczęśliwy okres wegetariańsko-piwno-winno-rakijkowego byczenia się w Czernomorcu.
Brak klimy w pokoju wcale nam w nocy nie wadzi, po prostu śpimy na golasa, i to bardzo głębokim snem.
Plan dnia zasadniczo przyjmujemy taki sam jak w czerwcu - o 9:00 rozruch organizmu pod prysznicem i zakup świeżych baniczek - oczywiście dymam ja.
Potem śniadanko, bazujące na jajecznicy albo na sałatce szopskiej zmodyfikowanej co nieco pod nasze żołądki.
Po śniadanku chwila lektury, refleksji, komentarzy i planów, następnie dobra kawusia parzona w klasycznym, bałkańskim tygielku zwanym ponoć dżezwe.
Około południa solidne smarowanie się filtrami, kompletowanie wałówki i wyjazd na Plażę Carską.
Tamże kopanie solidnego doła pod parasol, rozkładanie leżaków i można lygnąć. Jak miło! Tym razem bardzo często sprawiamy sobie frajdę wskakując do wody morskiej. Jest ciepła i nie szczypie w oczy.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 14,443
Liczba wątków: 28
Dołączył: May 2015
Reputacja:
407
Jacky, spanie na goalasa, niezły hardcore! Ale daliście radę jak myślę! A klimy nie było?
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
(20.06.2015 21:20:26)dżek napisał(a): Jacky, spanie na goalasa, niezły hardcore! Ale daliście radę jak myślę! A klimy nie było?
W takich starych czasach dopiero były początki klimy w prywatnych kwaterach.
Nieraz bywało tak, że najprzyjemniejszymi miejscami do spania były lokale na poziomie płytkiej piwnicy.
...
Plaża Carska, zwana też „Gradiną”, to chyba najsłynniejsza plaża w okolicy.
Rozciąga się pomiędzy Czernomorcem a Sozopolem i można na nią dotrzeć tylko autem (własnym lub gospodarzy swojej kwatery, którzy poproszeni o pomoc na pewno nie odmówią). Od strony miasteczka nie jest zbyt zadbana, być może wskutek działalności klientów wybudowanego na niej motelu „Lithoral”, ale że ciągnie się daleko, aż po horyzont, można zawsze znaleźć jakieś miłe miejsce.
Miałem fotkę z roku 2010 ale mi ją wcięło. Na zboczu pagórka od strony Czernomorca powstał olbrzymi kompleks apartametowców - a może i hoteli.
Nawet nie chciałem się bliżej zapoznawać. W każdym bądź razie owa plaża owa plaża traci kameralność z dnia na dzień...
Kilometr za Czernomorcem robi się już luźniej.
Tam też jest kemping Gradina. Sporo na nim przyczep kempingowych, przywleczonych na rozmaitych rejestracjach. To dla lubiących nieprzerwany kontakt z morzem raj na ziemi.
A ceny - cóż, co roku sprawdzam, tyle samo ( prawie ) co na tańszych kwaterach w miasteczku.
Silne fale morskie oczyszczają naturalnym sposobem piasek, jest mniej klienteli, więc spotkanie tam „beztekstylnych” nie dziwi.
Obecnie Plaża Carska powoli się zagospodarowuje, na jej obrzeżach powstają prymitywne co prawda, ale funkcjonalne punkty gastronomiczne, więc w razie potrzeby jest co na ruszt wrzucić... poza tym w sezonie kursują po niej sprzedawcy gotowanej kukurydzy i obwarzanków.
W odróżnieniu od brzydkiej i brudnej plaży miejskiej, Plaża Carska jest naprawdę „carska”, choć nie ma tam hoteli i czyszczących maszynek.
Jednak widoki są przepiękne i oboje z Marylą uważamy, że warto tam codziennie dojeżdżać.
Wyczytałem kiedyś w necie, że pod koniec właśnie minionego wieku Plaża Carska była używana jako poligon lotniczy i okresowo zamykana, przynajmniej na pewnych odcinkach.
Sowieckie, bułgarskie i – uwaga - polskie lotnictwo miało tam ćwiczenia z wysadzania desantu na plaży, a nawet z bombardowania!
Człowiek, który pewnego razu był tego świadkiem, widział wysokie na kilkadziesiąt metrów ściany wody idące do brzegu wskutek bombardowania przez eskadry lotnicze linii odległej o parę kilometrów od plaży.
Następnego dnia plaża była ponoć zasłana ciałami delfinów, fok, żółwi i ryb, martwych bądź dogorywających. Wojsko sprzątało wtedy plażę przez cały dzień.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Po powrocie z plaży bierzemy kolejny prysznic i wsuwamy lekki, domowy obiadek, którego podstawą jest zazwyczaj wspominane już kiseło mljako Na baba, 4,5% tłuszczu, najlepsze na świecie. Do tego ziemniaczki z koperkiem lub magdanozem - pardon - pietruszką po naszemu... mogą być też jajca na oczi, to znaczy jaja sadzone, jakiś soczysty domat i chrupiąca krastawica (znaczy się, pomidor i ogórek)...
I wcale nam się to nie nudzi!
Tak samo wcale już się nie obrażam na wyśmiewających się z tego, żeśmy przywieźli do BG polskie ziemniaki.
Nasze krajowe, sierpniowe kartofelki nabierają tam innego smaku...
Dni w Czernomorcu są podobne do siebie, ale to się nam też nie nudzi.
Bystry obserwator zawsze odłowi unikalne szczegóły z otoczenia.
Co wieczór robimy obchód deptaka - w dół i do góry, czasem z przysiadem na ławce z kubkiem lodów, czasem z wdepnięciem gdzieś na piwko i porcyjkę usmażonej na chrupko cacy (czyli naszej poczciwej szprotki)...
Tym razem nie wodzimy się po elegantszych przybytkach gastronomii, gdyż po pierwsze - większość jadłospisów znamy już lat poprzednich, a po drugie – jesteśmy przecież na wyjątkowo oszczędnym budżecie.
Teraz po latach muszę się przyznać - nie chciałem zepsuć nastroju maryli - wszak byłem na czymś w rodzaju wymówienia z pracy.
Minęło, przeminęło z wiatrem, dobrze się skończyło.
Nawet zaprzyjaźniony forumowicz kilka dobrych tygodni później cieszył się, gdy dowiedział się, że dostałem nową pracę.
A tak w między czasie, to nie gardzimy wizytami z poczęstunkiem.
Gościmy się nawet u byłej gospodyni, która zaprasza nas na domową kolację i serwuje pyłneni czuszki, do dzisiaj wywołujące odruch oblizywania paluszków...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Zresztą rozrywka nawija się sama pod rękę.
Czwartego dnia przyłącza się do nas towarzyski sąsiad z kwatery, Bułgar, przyznający się do 61 rocznicy urodzin.
Nadajemy mu pseudo „Mr. Cholera”, jako że nadzwyczaj chętnie popisuje się znajomością tego słowa.
Okazuje się, że Mr. Cholera bawił kiedyś w Katowicach jako zawodnik na Mistrzostwach Europy w zapasach. Oj, dawno temu to być musiało...
Spostrzegamy też, że prawie co wieczór wyrusza gdzieś ze swoją gitarą.
Maryla żartuje, że może by tak poprosić go, coby nam zagrał, ale nie trzeba prosić – Mr. Cholera ochoczo jedzie z nami na plażę, gdzie odwala aż cztery koncerty klasyki gitarowej.
Klasyka przechodzi w parafrazy, na przykład „Yesterday” Beatlesów, jest i zadedykowane Maryli „Ave Maria” z delikatnym przyśpiewywaniem, a potem pęczek „własnych improwizacji” - jak powiada wirtuoz – „takich od serca, jednorazowych”...
Poprzysiadali się do nas ludziska, chłopak od wynajmu rowerków wodnych wpatrzony w Mr. Cholerę jak sroka w gnat, ratownik też dobiega zdyszany na każdy z koncertów...
Niesamowite, do dzisiaj mam w uszach to brzmienie, nakładające się na szum fal morskich.
Nie ukończył Mr. Cholera konserwatorium muzycznego w Płowdiw, ale nam zagrał fest.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
|