Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
#81
OT - nie wspominając polskich Club Coli i Fru Coli. To był hardkor!
Odpowiedz
#82
7 lipca 2007
Poranek bardzo rześki, około 20 stopni - aż chce się podróżować. Na przejściu granicznym Komarno/Komarom pogranicznicy tylko machają, żeby jechać dalej. Łapiemy kierunek Székesfehérvár, następnie Szekszárd, jedziemy przez Sárbogárd (ładne miasteczko, hotel „Kovacs”, markety Lidl, Penny, Plus).
Madziarski handelek przydrożny zwraca uwagę dużą ilością arbuzów.
W Udvar, na granicy z Chorwacją, sprawdzają paszporty. Panienka z biura promocji turystycznej wręcza nam pakiet materiałów reklamowych włącznie z mapką swego kraju, w którym tym razem nie zamierzamy zbyt długo bawić. Tak jak na Węgrzech arbuzy, tu rzucają się nam w oczy nazwy miejscowości na tablicach o żółtym tle.
W Osijek odnotowujemy znajome ślady wojny.
Na kawę zatrzymujemy się pod Trpinja na parkingu przydrożnym, a właściwie w resztkach starego ogrodu jakiegoś byłego PGR-u, gdzie drzewa owocowe dają miły cień. Pijemy naszą kawcię z termosu, przeglądam mapy i gnamy dalej.
Vukovar - kolejne ślady strzelaniny sprzed lat, choć wiele budynków jest już ponownie otynkowanych.
W Sotin skręcamy ku granicy - mam dwie mapy, a każda pokazuje inny przebieg dróg, ale jedziemy.
W Tovarnik-Sid - wita nas Republika Serbska.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#83
Troszkę mi wspomnień powróciło po twoim poście, Osijek, Vukovar. Idąc niżej w dół mapy Sarajevo, Mostar też wiele śladów po wojnie pozostało. Oj dobre stare czasy mi przypomniałeś.
Odpowiedz
#84
i mi się przypomniało jak parę ładnych lat temu pierwszy raz będąc w Serbii zgubiliśmy się i trafiliśmy do wioski żywcem przeniesionej z planu filmu wojennego, nawet spalony czołg czy jakiś wóz pancerny był w polu, makabryczny widok , no nic czekamy na ciąg dalszy
ks. Tischner
„Prawdy są trzy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda”
Odpowiedz
#85
W kantorze wymieniam euro na dinary.
W Erdenik odbijam w prawo na Bingula, chcę chytrym zakolem uniknąć wjazdu na płatną autostradę, albowiem drogi lokalne są wystarczającej jakości.
W tym rejonie rzucają się w oczy bardzo charakterystyczne wysokie, zdobne, kute w żelazie bramy posesji, nieproporcjonalne w stosunku do przeciętnych ogrodzeń.
W Valjevie termometr wskazuje już 28 stopni.
Za miastem widzę przydrożną knajpkę "Kneżeva veczera", z rozpędu ją omijam, ale zawracam i zasiadamy.
Wybór dań z menu jest szybki i wkrótce na stole lądują flaczki (szkembiki) i zupka cielęca. Na drugie danie wybieramy mieszane mięsa plus kiełbaski z grilla - jedna porcja jest tak duża, że starcza nam na długo.
Do tego oczywiście sałatka w stylu szopskim i dwie gorące bułki.
Popas oceniamy jako bardzo sympatyczny i relaksujący, posiłek jest smaczny i pożywny, szemrzące oczko wodne luzuje...
W Kosjerić łapiemy nocleg w górskim moteliku "Nacionalna Kuća Izvo", płacąc za swój elegancki (trzyosobowy) pokoik 24 euro.
Przy recepcji zagaduje nas właściciel, Milijan, który szczyci się tytułem akademika Akademii Umiejętności (jeśli dobrze przetłumaczyłem) tudzież tytułem mistrza kulinarnego Jugosławii i ilomaś tam tytułami prezesur rozmaitych stowarzyszeń z tej branży.
Jego lokal jest obwieszony plakatami z jakiejś imprezy kulinarnej we Wrocławiu, Milijan prezentuje też swoją fotografię w towarzystwie Maćka Kuronia.
Szkoda, że wcześniej tego wszystkiego nie wiedzieliśmy!
Z restauracji Milijana nie skorzystaliśmy, bo byliśmy już po wieczerzy, ale siedząc na balkonie i popijając słowackiego „bażanta” ocenialiśmy bardzo wysoko aromaty dobiegające z kuchni, a właściwie z głównego tarasu, gdzie sporo przejezdnych wpadło na posiłek.
Przed 23:00 powoli zaczęło się wyciszać, kelnerzy posprzątali obrusy, więc i my poszliśmy spać.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#86
8 lipca 2007

Budzi nas poranek zadziwiająco ciepły jak na górskie już krajobrazy.
Odpalam rakietę i pożeram kilometry: Požega, Sevojno, Užice, Borova Glava, Kokin Brod...
Widząc punkty handlowe, a dokładnie pawiloniki typu GS, idziemy na zakupy.
Do torby wpada chlebek, serbskie piwo Jelen, no i domaszna rakija po 250 dinarów za literek.
W Velikej Župie robimy ostatnie zakupy, w przemyślany sposób pozbywając się dinarów. Nabywamy miejscowe przyprawy i lokalną wersję herbatki hibiscusowej, która pierwotnie zdawała się zmarnowanym groszem, ale w ostatniej fazie podróży, gdy dopadły nas bałkańskie upały, okazała się wyjątkowo smakowita i gasząca pragnienie lepiej niż tradycyjne napitki.
Z granicy serbsko-czarnogórskiej nic nie pamiętam, ale tego grzechu nie żałuję.
Notuję tylko, że w Montenegro non-stop jeździ się na światłach, zaś domy widziane przy drodze są skromniejsze i bez ogrodzeń.
Widzimy monastyr Moraca, ale niestety, odkładamy zwiedzanie „na zaśkę”.
Tunele i piękne górskie krajobrazy - choć kierowca widzi tylko 40% tego co pasażer(ka) - i tak cieszą oko.
Tak jak w rumuńskich Karpatach, nie chciałbym stracić takich krajobrazów przez nocną jazdę.
Późnym popołudniem zdobywamy Sukobin, gdzie po raz pierwszy pojawia się tablica "carina" – aha, to po ichniemu cło, czyli granica na horyzoncie.
Tymczasem droga robi się lokalna, bynajmniej nie sugerująca, że łączy dwa mocarstwa. Daje się jechać, tyle że trzeba mocno uważać przy mijaniu się z pojazdami z naprzeciwka. Nachodzi mnie wtedy refleksja, że przed dwudziestoma laty zlecaliśmy ówczesnym spedytorom jugosłowiańskim transport wina z Albanii, odbiór zaś następował w naszych 20-stopowych tank-kontenerach, więc teraz nie za bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie przejazd ciągnika z naczepą podkontenerową na tej trasie...
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#87
Nareszcie Albania.

Na samym przejściu mitrężymy kilkanaście minut, bo wprowadzanie naszych danych do kompów tamtejszych pograniczników zajmuje sporo czasu. Cóż, każdy z nich zna tylko połowę alfabetu i posługuje się tylko dwoma palcami...
Ponadto dostajemy ekstra dokument, czyli świstek papieru potwierdzający wprowadzenie na obszar celny Albanii naszego pojazdu.
Traktuję go bardzo poważnie i trzymam na honorowym miejscu aż do czasu opuszczenia terytorium tej republiki. Zasadniczo lepiej mieć taki papier, niż stempel i wpis do paszportu, jak to kiedyś czyniono w Rumunii, Bułgarii, Turcji i bodajże Grecji.
Przebywając pierwsze kilometry nowego dla nas kraju skupiam się na nawierzchni drogi. Jest normalna, to znaczy z lekka dziurawa. Domostwa przy drodze też nie stanowią wielkiej atrakcji wizualnej. Mijamy sklepik - nawet ciekawi nas, co można w nim nabyć, ale nie mamy ani jednego lokalnego pieniążka.
Skoder, Lezhe, no i nie widząc innej opcji skręcamy tamże do Shengjin, miasteczka - kurortu nad Adriatykiem, oznaczonego na mapach jako posiadające plażę publiczną. Tutaj przeżywamy pierwszy szok.
Oto jesteśmy na przedmieściu Lezhe. Droga do Shengjin jest podporządkowana, więc tamtejsza policja kieruje ruchem, wpuszczając na trasę główną powracających z plaży – oczywiście tych zmotoryzowanych...
Choć o tym słyszałem, to jednak stwierdzam, iż ujrzenie rzeczy na własne gały przerasta wszelakie wyobrażenia.
Jest niedzielny wieczór, więc koniec weekendu.
Według mapy odległość od tego skrzyżowania do plaży w Shengjin to circa 9-10 kilometrów, proszę więc sobie wyobrazić tak długi sznur samochodów ciągnących jeden za drugim w tempie żółwiowym, jako że dystrybutor ruchu na skrzyżowaniu w Lezhe wpuszcza na trasę po 5 pojazdów co 3 minuty.
Ale na tym nie koniec szoku.
Okazuje się, że zator tworzą głównie autka marki mercedes z całego przekroju modeli i roczników produkcyjnych - i bynajmniej nie samych staroci sprzed dwudziestu lat... Takiego skomasowania merców to ja nawet na prospektach reklamowych producenta nie widziałem! (Gwoli dokładności dodam, że co dziesiąte autko pochodziło z innej fabryczki - lecz i tak głównie z Bundesrepubliki, czyli jakieś tam „audice”, „beemki” i „samochody ludowe”.)
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#88
Zaintrygowani, udajemy się wzdłuż tego najdłuższego na świecie szlaku mercowego na sam jego koniec, tam gdzie plaża w Shengjin przechodzi w słone rozlewiska.
Potem zawracam, wlokąc się za ostatnim mercem, i wjeżdżam w boczną uliczkę, gdzie zatrzymuje mnie napis reklamujący kwatery prywatne w brzmieniu "DHOMA ME QUERA".
Załapujemy się do sympatycznego pensjonaciku rodzinnego, negocjując cenę apartamenciku z 20 do 15 euro za dobę przy deklaracji zamiaru spania tam dwóch nocy.
Po zagospodarowaniu lokalu spożywamy posiłek z posiadanych wiktuałów i z pomocą telefonii komórkowej informujemy rodzinę, gdzie nas diabli donieśli.
Pisanie SMS-ów umila nam konsumpcja piwka słowackiego i serbskiego, jak również instalacja siatki antykomarowej w wejściu na werandę.
A weranda ta – w chwilkę po nieudanej próbie uruchomienia telewizora – ujawnia przed nami niesamowite ugwieżdżenie nieboskłonu.
Niestety, śląska atmosfera znakomicie filtruje obraz, toteż dopiero tutaj aż tyle gwiazd widzimy.
Cudnie jest... ale zaraz uciekamy, bo komary tną jak cholera, a gospodyni nie sprezentowała gościom elektrycznej wkładki „anty”.
Ratują nas wyprodukowane w ojczyźnie preparaty "Off".
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#89
9 lipca 2007

Rankiem wychodzę nad morze. Jest już sporo osób, pewna grupka wygląda nawet tak, jakby całą noc spędziła na plaży. Dokonuję drobnych zakupów w narożnym straganie, między innymi kawałek sera typu feta, pieczywko, tomaty i 10 jajek na ulubione danie śniadaniowe – jajecznicę.
Wymieniam też w kantorze 10 euro.
Zaraz po śniadaniu wybieramy się w nieznane z całym rynsztunkiem, czyli parasolem plażowym, składanymi leżakami i wałówką. Nad morze mamy niedaleko. Rozbijam plażowe "obozowisko" i podchodzę do wody.
Ogarnia mnie tu uczucie trudne do zdefiniowania, słowo szok - to za mocne określenie, ale zaskoczenie - to już za słabo powiedziane, bo temperatura nasuwa i mnie, i Maryli skojarzenie z wodami termalnymi u Madziarów.
Czy to aby na pewno woda morska? Chyba tak, bo jest słona... Pierwszy raz w życiu wchodzę do morza bez dreszczy, jakie niejednokrotnie trzepały mną nie tylko nad Bałtykiem, ale też i nad Morzem Czarnym. Trudno dać wiarę, że jesteśmy nad Adriatykiem.
Sama plaża jest piaszczysta, choć nie od razu przyzwyczajamy się do koloru piasku przywodzącego na myśl ziemię z podwórka.
Nie specjalnie rajcuje nas też pewien widoczek: hełmy bunkrów betonowych, miejscami pogrupowanych po parę sztuk. Tyle już lat od rządów Envera Hodży upłynęło, a one stoją jak wojsko, w odstępach 100-200 metrów od siebie.
Czytałem, że w czasach reżimu zbudowano ich w całym kraju ponad 750 tysięcy, żeby zapewnić schronienie na wypadek inwazji radzieckiej każdej rodzinie albańskiej.
Dziś bunkry porasta trawa. W przypadku tych nad Adriatykiem solanka morska też swoje uczyniła, lepiej więc do nich nie podchodzić, z piasku wystają jakieś resztówki prętów zbrojeniowych. Ale po jakimś czasie i one wzrokowi nie wadzą.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#90
Jacky, bunkry w Albanii powstały przede wszystkim przeciwko atakowi z zachodu Europy i USA. ZSRR to tak na dokładkę.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 4 gości