Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
#91
(02.07.2015 21:07:25)dżek napisał(a): Jacky, bunkry w Albanii powstały przede wszystkim przeciwko atakowi z zachodu Europy i USA. ZSRR to tak na dokładkę.

w latach 70 i 80 tych słuchałem dla zgrywy radia tirana...
a tam nawijali non stop o imperializmie z Moskwy ...
bez dokładek ...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#92
 Idę na rekonesans po plaży.
W okolicy ulokowane kioski z fast-foodami, lecz jakieś nieapetyczne, mocno prymitywne, mnie przynajmniej nie gromadzą ślinki pod językiem.
Widywałem swego czasu takowe w Bułgarii, dziś już się ich nie spotyka, ale cóż - tutaj i teraz mają swoją klientelę.
A Mc Donaldów podobno jeszcze w Albanii nie posiadają.
Uwagę przykuwa niesamowita ilość obnośnych sprzedawców, na plaży można kupić nie tylko sprzęt wypoczynkowy, ale także wiele innych artykułów roznoszonych na plecach, rozwożonych na wózkach rowerowych podobnych do "naszych" rikszy, załadowanych na wózki motorowe, alebo osiołki...
W sprzedaży są nawet firany i zasłony.
Plażowanie upływa nader miło, nie chce się odchodzić.


Wracamy jednakże do pensjonatu na posiłek, po czym wybieramy się na spacer po okolicy.
Oglądamy pokoje pensjonatowe znacznie gorszego standardu i w znacznie wyższej cenie niż nasz.
Cała plaża ciągnie się dosyć daleko, widać nawet solidne, właśnie powstające obiekty hotelowe.
Przy drodze-pożal-się-Panie-Boże, czyli nędznym pasku betono-asfaltu szerokości circa dwa metry, napotykamy sporo fast-foodów i prymitywnych stragano-sklepików. 


 Maryla jednak szybko pasuje, bo przejeżdżające co chwila pojazdy albo wzniecają tumany kurzu i piachu, albo chlapią błotkiem wytworzonym z mieszaniny owego piachu i wody, którą właściciele straganów polewają otoczenie, coby zminimalizować "kurzenie".

Bez większego żalu wracamy do swojego pensjonatu. 

Znowu próbuję majstrować przy odbiorniku TV.
Po godzinie wytężonej pracy uzyskuję obraz z lokalnej stacji, nawet wiadomości udaje mi się obejrzeć.
Zapamiętuję reportaż z usuwania awarii wodnej w mieście wojewódzkim i mnóstwo reklam propagujących zakupy sukien ślubnych włoskiego kroju. 


 Po kolacji wychodzimy na werandę, oglądamy pokazy laserów i słuchamy muzyki z pobliskiej dyskoteki.
No, pora spać... jutro kolejny dzień wędrowania po Europie.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#93
No to czekamy na kolejny dzień wędrówki.
Odpowiedz
#94
(03.07.2015 13:07:41)Bulgaricus napisał(a): No to czekamy na kolejny dzień wędrówki.

się czyni...

10 lipca 2007

Na dziś mamy zaplanowany przejazd do Himare. Pałaszujemy klasyczne śniadanko domowe. Gospodyni podaje nam przez werandę pomidory i paprykę z przydomowego ogródka. (Tak na marginesie, tenże ogródek, pomimo wielu starań gospodyni, nie ma wyglądu zbiorowiska zdrowej roślinności - ale to pewnie skutek suszy i być może nie najlepszej pod uprawy gleby...
W tych warunkach zwykły trawnik powinien sprawować się przyzwoicie.)
Gdy Maryla pracuje nad kanapkami i upycha w sakwy podróżne swoje stroiki, ja porywam wąż wodny i lecę spryskać... nie, nie ogródek gospodyni, tylko swoją „cytrynkę”, pieszczotliwie zwaną „Ksarcią”.
Pomimo wczesnej godziny porannej słońce zdrowo wali, więc po przetarciu szyb chemią jestem tak zlany potem, że jedyne gatki, jakie miałem na doopie nadają się tylko do prania, zaś ja sam nadaję się tylko pod natrysk.

Wkrótce sadowimy się na przednich siedzeniach i startujemy.
Wracamy na drogę wojewódzką.
Trzeba zatankować, podjeżdżam zatem na kilka stacji, na których umieszczono logo Visa lub Maestro, ale na logo się kończy...
Jest to reklama bez pokrycia. (Do końca dni naszych w Albanii widziałem wiele tamtejszych CPN-ów z plakietkami plastykowych płatności - ale w praktyce jest to śpiew przyszłości.)
Gdy trafia się bankomat, okradam go na kwotę 10.000 leków. Wracając do autka widzę siedzącego w cieniu ochroniarza bankowego.
W Preže wjeżdżam na autostradę, ale wskutek braku oznakowania wybieram niewłaściwy kierunek, na Tiranę.
Po analizie żyrokompasu słonecznego zawracam i kieruję się ku Durrës, wielkiemu miastu z hotelami na plaży i nie tylko.
Gdy odjeżdżamy zeń na południe, dostrzegam parking hotelowy, niczego sobie, w sam raz na kubeczek kawci termosowej.
Pijemy ją w cieniu cyprysów, obserwując siedzących na tarasie hotelowych gości.
Kelner też nas obserwuje, powiedziałbym nawet, że patrzy jakoś znacząco, więc idę na zwiady.
Co byśmy mogli stracić na pobycie u nich?
Kelner pokazuje nam pokój - dwójka ze śniadaniem, ale bez lodówki i telewizora, za „jedyne” 25 euro, nie warto.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#95
Brniemy zatem przez piach na plażę, mijając po drodze superwieżowce-hotelowce-siedmiopiętrowce w budowie, stan – głównie surowy.
Teraz w Albanii buduje się na potęgę, aczkolwiek wykończeniówka posuwa się falami, w zależności od tego, czy inwestor zdobył kolejną porcję funduszy, czy nie.
Zaczynają nam się już nudzić te betoniarki i robotnicy, kiedy wreszcie po kilkudziesięciu metrach docieramy do plaży - jest PIĘKNA!
Wchodzimy do wody na głębokość kolan i tu znów szok termiczny - temperatura wody kojarząca się z termami madziarskimi.
Ale to tylko sonda, wymoczymy się, kiedy będziemy tędy wracać. Teraz pora ruszać w dalszą drogę, do Vlorë.
We Vlorë jedziemy obwodnicą, szukam najazdu na szacowne ruiny starożytnego miasta Orikum, lecz nie znajduję. Droga wiedzie w głąb lądu, nawierzchnia dobra, ale zaczynamy piąć się ostro pod górę, na zakrętach redukcje do jedynki...
Droga się kręci, jesteśmy już na wysokości 1000 metrów. Nie mogę patrzeć poza część jezdną drogi, bo widok jakby dla lotniarza - tylko wystartować ku płaskiej, niebieskawej powierzchni morza.
Teraz widzę, jak przydatne jest szkolenie jazdy w dół na biegu, nie tylko na samym hamulcu.
W Dhermi, miasteczku przyklejonym do zbocza górskiego, nawierzchnia psuje się. Nie jest dziurawa, ale ma ewidentnie długą historię, i nie wiadomo, czego więcej: łat czy lat.
Uliczka w mieście jest tak wąska, że minięcie się samochodów wymaga zatrzymania się zjeżdżającego, co ten powinien uczynić natychmiast w chwili ujrzenia autka pnącego się pod górę.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#96
w Dhermi zostaliście na noc ? znajomi parę lat temu tam byli i chwalili
ks. Tischner
„Prawdy są trzy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda”
Odpowiedz
#97
(04.07.2015 15:35:24)peter napisał(a): w Dhermi zostaliście na noc ? znajomi parę lat temu tam byli i chwalili

jeszcze wtedy taki "mondry" nie byłem...
teraz żałuję, bo ponoć druga plaża jest tam i kameralna i piękna ..
pojechaliśmy do Himare o czym wkrótce ...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#98
Około 18:00 dojeżdżamy do Himare.
Upatrzyłem sobie to miasteczko na podstawie opisów doczytanych gdzieś w necie, więc rezygnuję z dojazdu do rozreklamowanej Sarandy leżącej już nad Morzem Jońskim.
Himare - jako kurort kameralny - powinien zaspokoić nasze gusta. Szukając kwatery przejeżdżamy przez coś w rodzaju deptaka, ale znów widzimy same hotele, których nie lubimy, więc wyjeżdżamy z centrum w kierunku południowym, gdzie w pensjonatach oglądamy pokoje i brzydkie, i ładne, ale tak czy siak – daleko od plaży, 12 minut per pedes to nie dla nas.
W końcu na północnym brzegu zatoki, z widokiem na szumnie zwany "port", znajdujemy pensjonat prowadzony chyba przez spółkę dwóch szwagrów. Po negocjacjach cenowych (w języku wyspiarzy), w których udział brać muszą władający językami Europejczycy, jakaś młoda mężatka i jej małoletni kuzynek, dobijamy targu - za dwie noce tracimy za sympatyczny pokoik aż 30 euro, i jeszcze 2 euro za parking dla naszego autka na podwórku u jednego ze szwagrów.
Po rytualnej ablucji i wrzuceniu czegoś "na ruszta" idziemy "w Himare".
Pierwsza rzecz to, rzecz jasna, zakupy spożywcze. Zaglądamy do kilku sklepików, zaopatrujemy się w podstawowe produkty od chleba po ser (słynny fetopodobny jest tutaj zwany djathe), rozglądam się też po półkach z procentażem - i co widzę? Same zagraniczne trunki, nic lokalnego!
Zadziwiające... przecież w każdym serbskim sklepiku kupuje się domaszną rakiję, a tutaj żadnego tubylczego odpowiednika?
Zagaduję sprzedawców, a choć rękawów nie zawijam, robią dziwną minę, gdy pytam o ten pospolity trunek. Uparcie proponują rozmaitości unijne.
Wreszcie w jakimś sklepiku młoda klientka, widząc moją dociekliwość w omawianej dziedzinie, zagaduje po angielsku:
- Ile pan chce kupić tej rakii?
Odpowiadam bez chwili namysłu, że jeden litr. Klientka sygnalizuje sprawę sprzedawcy. Teraz dzieją się dwie rzeczy jednocześnie: Maryla wybiera kilka pomidorów i prosi ekspedientkę o zważenie, po czym ta na karteluszku wypisuje należną kwotę.
Natomiast małżonek ekspedientki wyciąga spod lady dwie półlitrowe butelki po wodzie mineralnej z jakimś płynem. Szybko orientuję się, co jest grane, bo dostrzegam, że są to butelki z odzysku i nawet mają korki nie skompletowane kolorystycznie.
Lecz Maryla tego nie łapie i głośno protestuje, że nie chcemy wody mineralnej.
Tu do akcji wkraczam ja (w języku polskim):
- Cicho babo, bo to gorzołka...
Teraz już wszystko jest w porządku. Cena jednej półlitrowej flaszki - 250 leka, smak - klasyczna bałkańska domowa.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#99
Na deptaku spacerowym sporo młodzieży nastoletniej, ubranej normalnie, tak jak u nas w pierwszym lepszym kurorciku. Moją uwagę przykuwa niski wzrost i dziewczyn i chłopaków. Sam uważam się za średniaka, 178 cm bez kapelusza, ale tamtejsze 20-latki nie sięgają mi nawet ramienia. Ani jeden.
W kafejce zaanonsowanej na szyldzie jako internetowa stoją tylko monitory... ale telewizyjne. W liczbie dwa. Czyli zwykły barek.
Wracamy do pensjonatu.
Sąsiedzi obok nas, małżeństwo w wieku na oko 40 lat, zaczęli przygotowania do wieczerzy. Niespodziewanie zapraszają nas do siebie - widać, że są nas ciekawi. On ma na imię Angel, ona Elena.
Przysiadamy się do stołu, częstują nas swoimi specjałami, jest feta, sałatka z rodziny szopskiej i piwo Tirana (bardzo wysoka ocena).
Ja stawiam lokalną rakiję, ale oni nie są wysokoprocentowo-trunkowi - ich strata.
Podają też jakąś pseudo-sałatkę o kolorze i konsystencji wodorostów, o nieodgadnionym smaku. Bawimy się w zgadywanki – bezskutecznie. Gdy Maryla mówi "szpinak", Elena protestuje, że nie. Grzecznościowo się częstuję, ale zachwycony nie jestem.
Z Angelem i Eleną "przegadujemy" pół wieczoru, (cudzysłów daję ze względu na trudności w nawiązaniu komunikacji werbalnej). Angel zna tylko trochę greckiego - nie dziwota, Grecja kamieniem rzucić, ale chyba był tam „na robotach”, więc nie ma z nim pomostu językowego, Elena przyznaje się do zawodu nauczycielskiego i znajomości rosyjskiego, więc na tej bazie zaczynamy mówić bukwami...
Jednakże bardziej skuteczne okazują się skróty pojęciowe oparte o słowa zrozumiałe dla większości Europejczyków, poparte nadzwyczaj obfitą gestykulacją...
Wzajemne wypytywanie się dotyczy bardzo prozaicznych zagadnień, poczynając od wykonywanej pracy i zarobków, przez problemy i orientacje polityczne (szybko porzucone), a skończywszy na tematyce kulinarnej.
Po pewnym czasie na stół przywędrowuje kolejne danie - podduszone kalmary, co prawda mocno łykowate, ale można zjeść...
My proponujemy zieloną herbatę parzoną w szklanym dzbanku. Gospodarze się wahają w obawie, że wieczorem napój takowy może zadziałać na nich zbyt pobudzająco, ale w końcu próbują.
W rewanżu częstują nas jakimś gatunkiem lokalnej herbaty, oczywiście ziołowej, która nazywa się piluri (cytuję według zapisu dokonanego w naszym dzienniku przez sklepikarza w mini-markecie, gdzie przed wyjazdem zakupiliśmy sobie cały jej pęczek). Nam ta herbata przypomina kombinację zielonej z ziołami, między innymi szałwią i miętą. (Później piliśmy ją dość często w Bułgarii, a w naszym polskim domku przypomniała nam się w miniony weekend - jednak ma swój smak...)
No i jeszcze dodatkowo uradowała nas Pixi, znana forumowiczka, między innymi z Voyageforum, kupując nam w ubiegłym roku aż 2 opakowania owej herbaty w Grecji.
Tam jest znana ponoć pod nazwą "górskiej". Delektujemy się nią co weekend jako uzupełnienie po porannej kawie. 
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Przeczytałam jednym tchem! I aż mi się przykro zrobiło, że doczytałam do końca ;-) Czekam na więcej!
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 4 gości