Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
(07.07.2015 12:08:53)nunatak2 napisał(a): Przeczytałam jednym tchem! I aż mi się przykro zrobiło, że doczytałam do końca ;-) Czekam na więcej!
jeszcze sporo do zakończenia...
kolejne odcinki czekają w kolejce ...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 269
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
5
Czekam z niecierpliwością
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
udało mi się znaleźć w domowym archiwum jedyne z kilku fotek wykonanych w Himare....
nie miałem jeszcze wtedy aparatu foto - więc testowałem nokię - bardzo prostą komórkę...
fotki zostały wykonane na nabrzeżu portowym w Himare...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
11 lipca 2007
Rankiem szybko wymykam się na plażę, jestem jej bardzo ciekaw. Pogoda ładna, plaża raczej wąska, pasemkami kamienista, miejscami piaszczysta, ludzi jeszcze nie zalega wielu, a po przeciwległej stronie zatoki zgrupowanie moteli.
W centralnej części coś jakby niedokończony fragment mola, albo inaczej - oparta na słupach mocno wpuszczonych w morze restauracja.
Trochę dalej szumnie zwany „port”, poszliśmy do niego wczoraj przy okazji wieczornego spaceru. Przy nabrzeżu bujał się jacht i motorówka straży przybrzeżnej, z budyneczku "kapitanatu" wyjrzał jakiś mundurowy sprawdzając, kto to mu się po jego terytorium szwenda i łaskawym gestem udzielił nam zezwoleństwa na przebywanie. Widać było też przywiezione transportem morskim (czyli pewnie jakąś większą kabotażową łajbą) palety pustaków i cegieł.
Transportu takiego asortymentu drogą lądową, zwłaszcza tą którą dojechaliśmy tutaj, sobie nie wyobrażam.
Po śniadanku pora na kolejną dostawę świeżego prowiantu. Kupujemy lokalną mineralkę (najpopularniejsza nosi nazwę Glina, ale jest i smaczna i dosyć zmineralizowana), lokalny jogurt (tutaj nazywany kos), bardzo świeży i smaczny, szukamy też do naszej tradycyjnej, pośniadaniowej kawci drożdżówek, a tu za chorobę ich nie widać.
Maryla - jak to Maryla – tłumaczy jak Polak w Anglii, dużymi literami: DRO-ŻDŻÓ-WKA, a ja zrywam boki.
Ekspedientki wytrzeszczają oczęta i w najlepszym razie pokazują zwykłe bułki.
Załamani, bierzemy garstkę niesmacznych herbatników, lecz w drodze powrotnej napotykamy śmieszny napis na ścianie w bocznym zaułku: "BEREKTORY". Kojarzy mi się to z "derektorami" znad Wisły, ale okazuje się, że berektory w ogóle nie mają nóg i są nadzwyczaj smacznymi bułeczkami.
Około południa wyciągam z bagażnika parasol i leżaki, zbieramy się na plażę i tym razem znowu trzęsie nami szok, bo woda morska, chyba od jakiejś bryzy wymieszana, jest chłodna i w niczym nie przypomina tej z Durrës.
Tutaj też widnieją charakterystyczne grzybki bunkrów. Dla odmiany stylu architektonicznego chcemy zajrzeć do pobliskiej cerkiewki, ale jest zamknięta...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
12 lipca 2007
Rankiem z lekką niewiarą we własne umiejętności kierowcy odpalam maszynę. Obawiam się pierwszych kilometrów górskiej trasy, ale jakoś się jedzie.
Koło Dhermi ( tak miłe sercu Carnivalce ) mijamy stacyjkę benzynową (całe dwa dystrybutory), w której dokupiłem dwa dni temu kilkanaście litrów paliwa, a jej pracownik umiejętnie skojarzył moją narodowość, sylabizując "polski fiat".
Z góry mamy bardzo efektowny widok na plażę w Dhermi, w Radhime kolejna plaża widziana z wysoka, próbujemy zatrzymać się tu na łyczek kawy termosowej, ale w trzy pierony zmykamy do autka, gdyż temperatura spada do 16 stopni i wieje zimny górski wiatr.
Przejeżdżamy przez centrum Vlorë, podziwiając imponującą główną aleję wysadzaną palmami i co najmniej trzy bankomaty. Ale tak w ogóle to miasto jak miasto...
W Panaja notujemy kilka malowniczo położonych przy drodze restauracyjek i tawern, ale nam jeszcze nie jest głodno.
W Fier, godzinę lekcyjną później, skręcamy z drogi głównej do Divake, gdzie ponoć zięć Mussoliniego miał swoją willę. Przed wjazdem do strefy plażowej zatrzymuje nas szlaban. Kasują nas na 100 leków, płacimy i po chwili wjeżdżamy na „zaplecze plaży”, na drogę gruntową. Przed samym plażowiskiem pęta się patrol policyjny. Co oni sprawdzają, przecież warunki drogowe uniemożliwiają przekroczenie prędkości...
Wzdłuż plaży ciągną się jakieś prymitywne kempingi, bungalowy i rozwalające się budynki z gliny, być może wzniesione przed 50 laty jako zakładowe domy wczasowe. Mnie ich widok kojarzy się z czworakami dworskimi, teraz już w rozsypce - ale widzę, że jeszcze wciąż są zamieszkane.
W końcu parkujemy przy jakiejś przyzwoicie wyglądającej restauracyjce i idziemy na plażę.
Tu kolejne zaskoczenie: plaża jest szeroka na 300-400 metrów, takiej w Europie jeszcze nigdzie nie widziałem. Nad samą wodą sporo ciał smażących się promieniach słońca, parasoli relatywnie mało, widać za to „biznesmenów” fast-foodowych.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
Po tym rekonesansie zawracamy, dojeżdżamy do przedmieść Durrës i znowu idziemy na kolejną plażę.
Jest naprawdę ładna i raczej czysta, bardzo dużo parasoli, na zapleczu sporo szkieletów nowo budowanych hoteli siedmio- i jedenastopiętrowych.
Robimy obchód po recepcjach, lecz ceny zdają mi się za wysokie.
W końcu namierzamy coś odpowiedniego w apartamentowcu, niesiemy bagaże na górkę i mamy jeszcze przed sobą długie popołudnie na plaży.
Woda już chłodniejsza, lecz sam widok zachodu słońca nad Adriatykiem jest relaksujący. Potem znów spacer plażą, zaglądamy do kilku przybrzeżnych restauracyjek, ale wszędzie pustki, zero klienteli, więc nie siadamy.
Nie mamy zwyczaju jadać w pustych a niesprawdzonych lokalach.
W apartamencie jedyna rzecz, jakiej nam trochę brakuje to telewizja.
Wyciągamy z lodówki schłodzone już trunki i lokujemy się na bardzo wygodnej werandzie.
Rozluźnieni, podziwiamy widoki - niestety, nie na morze, tylko na sąsiadów z bliźniaczego apartamentowca vis a vis.
Wyganiają nas komary.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 269
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
5
To widoki mieliście raczej słabe
Czekam na ciąg dalszy
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
10.07.2015 12:52:01
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2015 12:55:14 przez jacky6.)
(09.07.2015 19:48:29)nunatak2 napisał(a): To widoki mieliście raczej słabe 
Czekam na ciąg dalszy 
a znalazłem jeszcze dwie komórkowe fotki z tej plaży...
potem, to jest za rok zacząłem się ponownie bawić elektroniczną fotografiką kupując w sklepie "najniższej ceny" tani aparacik kodaka...
13 lipca 2007
Poranek przesypiamy, jako że w naszym apartamencie są wyjątkowo światłoszczelne żaluzje.
Śniadankiem delektujemy się jak nowożeńcy i znowu wybieramy się na plażę.
Ledwie stawiamy nasz prywatny parasol na plaży, zjawia się stróż parasolowy, ten od parasoli płatnych, i zaczyna dyskurs.
Chociaż rozbiłem parasol tak, że nawet nie sąsiaduje on z tymi płatnymi, młody człowiek jest uparty. Ja też. Wreszcie sugeruję mu, coby dla prawnego rozwiązania sporu wezwał lokalnego szeryfa, a gdy nie akceptuje sugestii - pokazuję mu czerwoną kartkę i olewam. Mamy błogi spokój - aż do czasu na kolejnej plaży, ale o tym dalej.
W ciągu dnia temperatura wody podnosi się na tyle, że z błogą chęcią zanurzam się w odmętach Adriatyku.
Wracamy na chwilę do apartamentu, coby spożyć własnoręcznie sporządzony posiłek, kartoszki plus kos. I co tu więcej gadać, czyli pisać?
Ileż można opisywać byczenie się na plaży? Nie zamiaruję konkurować z Elizą Orzeszkową...
Wieczorem natomiast mamy w swoim apartamenciku zabawę w chowanego z Wałęsą, czyli lokalną elektryką.
Otóż gwałtownie rozwijająca się na wybrzeżu albańskim infrastruktura turystyczna boryka się z brakami w dostawach energii elektrycznej.
Objawy są bardzo "zabawne", ale przede wszystkim zagadkowe: w całym mieszkaniu są co najmniej cztery fazy, włączane naprzemiennie.
Zanim się połapałem, o co chodzi, skoczyłem do gospodarza ze spaloną – w moim przekonaniu – żarówką.
Gospodarz grzecznie dostarczył nową, ale to nie pomogło.
Po jakimś czasie zaświeciły się obie, i to naraz.
Dalsze zbytki były z naszym czajnikiem elektrycznym, któren nagle się na nas obraził i przestał gotować wodę, więc musiałem ratować się rezerwą - czyli grzałką tradycyjną. Kląłem jak szewc, sądząc, że akurat teraz złośliwie padł nam czajnik.
A potem zaczęła się wieczorna opera chińska, czyli włączające się nagle i bez naszego udziału wentylatory, lampki podświetlenia kuchennego alebo też oświetlenie łazienkowe... nie chcąc bawić się z elektryką, olaliśmy ją i delektowaliśmy się wieczornymi efektami na werandzie.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
Liczba postów: 269
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
5
Widoki z plaży o niebo lepsze niż sąsiedzi z apartamentu vis a vis
Uśmiałam się szczerze z tej elektryki - duchy normalnie
Liczba postów: 991
Liczba wątków: 0
Dołączył: May 2015
Reputacja:
73
11.07.2015 18:09:45
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.07.2015 18:10:07 przez jacky6.)
(10.07.2015 13:36:12)nunatak2 napisał(a): Widoki z plaży o niebo lepsze niż sąsiedzi z apartamentu vis a vis 
Uśmiałam się szczerze z tej elektryki - duchy normalnie 
generalnie to nadal na całym Bałkanie dokładając Turcję mają latem spore kłopoty z elektryką - szczególnie na wybrzeżu - cóż skoro muszą pracować elektrożerne klimatyzatory ...
w sumie w Albanii byliśmy 6 nocy - po dwie w każdej z miejscowości ...
przyszła pora frunąć do BG...
14 lipca 2007
Dziś jedziemy do Bułgarii. Startujemy o 06:20, temperatura wynosi zaledwie 16 stopni. Jedziemy - no, powiedzmy - autostradą, rzuca się w oczy spora ilość ludzi oczekujących na poboczach. Domyślam się, że czekają na kolegów dowożących ich do pracy.
Przed Tiraną namierzają mnie „suszarką”, więc posłusznie zjeżdżam i... tylko słyszę "ciao"! Zgadza się, prędkości nie przekroczyłem.
W Tiranie oznakowanie fatalne, z trudem łapiemy właściwy kierunek na Elbasan. Jakoś oswajam się z mocno sfatygowaną nawierzchnią, a tu niespodziewanie zaczyna robić się krajobraz górski, same serpentyny, więc coraz częściej wrzucam jedynkę. Od Librazhd droga robi się znakomita, nowy dywanik asfaltowy wiedzie nas do granicy macedońskiej. Zaczynam zazdrościć Albańczykom takich dróg...
Na granicy Albańczycy naciągają mnie na 10 euro opłaty tranzytowej za samochód. Zabierają przy tym dobrze chroniony dokument celny za autko i oczywiście nie wpisują go do paszportu.
Macedonię przemykamy prawie niespostrzeżenie. Granica macedońsko-bułgarska wita nas opieszałą pracą pograniczników po obydwu stronach.
Choć kolejka niewielka, ledwo kilka autek, to i tak tracimy co najmniej 20 minut, a każda minuta dłuży się w nieskończoność.
Na pożegnanie podajemy Macedończykom paszporty, a Bułgarom już dowodziki osobiste. U Bułgarów, rzecz jasna, też opłaty: 2 euro za sanitarne mycie kółek i 5 euro za tygodniową winietkę.
Ale już nic więcej.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....
|