Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
W tamtym roku po raz kolejny dokonujemy przeprofilowania naszego powszedniego harmonogramu w kierunku przedłużonego byczenia się w łóżkach. Zegarki telefoniczne wskazują najczęściej godzinę dziewiątą, gdy zaczynamy z Marylą łypać na się okiem spod prześcieradeł, pełniących obowiązki letnich kołderek.
Są jednak i małe smutki. Z żalem stwierdzam brak producentów najlepszych baniczek, którzy jeszcze rok temu wypiekali i sprzedawali swoje produkty po środku głównej alei spacerowej.
Zdarza się też małe starcie z gospodynią przy wręczaniu tradycyjnej zaliczki za pierwsze dni zakwaterowania. Gotówkę odliczam na bazie cen średnich za tego typu kwaterę, czyli 20 lewa za dwójkę.
Zajmujemy pokój połączony z aneksem kuchennym do wyłącznej dyspozycji, lecz prysznic plus kibelek mamy oddzielnie na korytarzu, a co więcej – dzielimy go z innymi letnikami, więc nocne cedzenie kartofelków nie jest całkiem ("gołkiem") swobodne. Gospodyni wali w nas jednak stawką 24 lewa i rozpala się dyskusja. Zakańczam ją uwagą, że za taką sumkę powinna nam wstawić do pokoju telewizor z pełnym asortymentem kablówki. Krakowskim targiem staje na 22 lewa, ale do pokoju wracam mrucząc pod nosem (a ponad brodą), że chyba już ostatni raz u niej gościmy ( po latach stwierdzam, że stało się to faktem).
A było to już chyba nasze piąte u niej zakwaterowanie! Trzeba jeszcze dodać, że dzień wcześniej zajrzeliśmy podczas wieczornego spaceru do innych wolnych kwater dwie uliczki dalej i były wolne, a gospodarze podawali cenę 16 lewa za dwójkę...
Albo taka przygoda: któregoś dnia, podczas powrotu z plaży drogą na skróty, nasze autko utyka w wąskiej uliczce w dzielnicy domków letniskowych na skarpie.
Przyczyna jest znana: akuratnie krąży tam beczka szamba wypróżniająca "gówniane" zbiorniki tamtejszych posiadaczy. Stoimy więc i czekamy.
Aż tu nagle się jedni posiadacze zorientowali, że mamy PL-kę, więc zatrzymali nas - po to, żeby za chwilę wyszła do nas córka sąsiadów. Córka owa zagaduje do nas polszczyzną z niewielkim narzutem obcego brzmienia. Brakuje jej co prawda naszych słówek, ale podpowiadamy.
Jej matka jest z pochodzenia Polką.
Dziewczyna pokazuje nam swoją (to znaczy swoich rodziców) daczę, całkiem niczego sobie zaprojektowaną i sumiennie wykonaną, pokoje oczywiście do wynajęcia, ale cena powala.
10 euro za łóżko, przy czym łóżek gospodarze powstawiali do poszczególnych lokali tak dużo, jakby chcieli organizować i gościć zielone kolonie.
Innymi słowy, oferują po 5 miejsc do spania w jednym pokoju i niezbyt trafia do ich wyobraźni, że €-pejczycy nie mają tak mocno rozbudowanych rodzin, czyli - że rzadko liczyć można na przyjazd rodziny z trójką dzieci w wieku, który by umożliwiał rodzicom swobodny seks w godzinach pomiędzy dobranocką a budzikiem.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Jacky6 to jest demoralizowanie młodych użytkowników forum Smile

Pytanie czy są tacy Smile
Odpowiedz
tacy młodzi, czy tacy zdemoralizowani Wink
Podróżować to żyć
H.Ch. Andersen
Odpowiedz
(15.07.2015 22:23:42)jacky6 napisał(a):
Innymi słowy, oferują po 5 miejsc do spania w jednym pokoju i niezbyt trafia do ich wyobraźni, że €-pejczycy nie mają tak mocno rozbudowanych rodzin, czyli - że rzadko liczyć można na przyjazd rodziny z trójką dzieci w wieku, który by umożliwiał rodzicom swobodny seks w godzinach pomiędzy dobranocką a budzikiem.
      

Ja jestem w takiej dokładnie sytuacji (2+3) i między innymi  z tego powodu zdecydowaliśmy się na apartament z oddzielną sypialniąSmile tak więc spostrzeżenia jak najbardziej właściwe Wink
Odpowiedz
Czekamy na ciąg dalszy. Jacky nie ociagaj się Wink
Odpowiedz
nunatak2 - to chyba odwieczny problem rodzin z dziećmi na wakacjach Big Grin

no dobra, bo zrobimy jacky wątek erotyczny Wink
ks. Tischner
„Prawdy są trzy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda”
Odpowiedz
(18.07.2015 10:49:49)peter napisał(a): nunatak2 - to chyba odwieczny problem rodzin z dziećmi na wakacjach  Big Grin

no dobra, bo zrobimy jacky wątek erotyczny   Wink

a to jest znakomity pomysł...
i przydatny na wiele lat ...
zaś w między czasie ...
...
22 lipca 2007
Startujemy do domciu. Tradycyjnie podjeżdżamy do piekarza po baniczki na drogę, oni już od dawna w nocy czekali z nimi na nas...
Burgas, Aheloj, Obzor, Warna, wreszcie w samo południe most w Ruse, gdzie płacimy tylko myto mostowe 6 euro i bez żadnego ambarasu przejeżdżamy przez punkt graniczny. Nikt od nas niczego nie chce, nikt nawet nie wychodzi do nas - czyżby przyspieszone wejście w układ z Schengen?
Sprawnie przemierzamy rumuńską ziemię, by około 17:00 zatrzymać się w Băile Olăneşti, klasycznym kurorcie w dolince górskiej Karpat Południowych z mnóstwem wczasowiczów i kuracjuszy. Wykonujemy chyba z pięć pętelek po kurorcie, odbierając standard kolejnych kwater jako masakrę, lecz w końcu dostrzegamy trzygwiazdkowy hotel "Suprem" i tam już zostajemy.
Interesują nas przede wszystkim głębinowe wody mineralne. Przedzieramy się przez bazar pełen odpustowo-kurortowych dupereli, wiedzeni jakby przeczuciem, ku dróżce w kierunku źródeł. Jest ich kilka, największy zespół liczy chyba z kilkanaście ujęć. Nabieramy wody w przezornie zabraną butelczynę, degustujemy i czytamy opisy składów – no, no, są mocniejsze od wód muszyńsko-krynickich.
Zauważamy, że większość kuracjuszy przychodzi do ujęć niosąc dwie półlitrowe buteleczki związane w bliźniaczą parkę.
Przy ostatniej stacji mineralnej przysiadamy na ławeczce obok innych kuracjuszy, komentujemy i porządkujemy wrażenia, siedząca obok para Rumunów włącza się w naszą rozmowę dość szybko rozpoznając w nas obywateli PL.
Jak mówią, też bywali w świecie, pamiętają gród Kraka i Zakopiec... fajnie się z nimi gada mieszaniną niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego.
Miasteczko jest zatłoczone, ale dla nas to tylko punkt noclegowy na trasie.
Wieczorem wychodzimy jeszcze do restauracji nad rzeką, jakby zawieszonej na wiadukcie nad potokiem górskim.
Zamawiamy sobie wieczerzę tudzież piwko... z położonego naprzeciwko hotelu dobiega łoskot nocnej dyskoteki, rytmiczna odmiana górskiego disco-folka.      

to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
No poczytałem, mogę iść spać Smile
Odpowiedz
(19.07.2015 00:14:59)Bulgaricus napisał(a): No poczytałem, mogę iść spać Smile

a dało się chociaż pospać w tak gorącą noc ?

23 lipca 2007
O 8:45 schodzimy na hotelowy taras, by zasiąść do śniadanka. Każde z nas ma kupon na 10 lejców, więc szperamy w menu, co będzie najsmaczniejsze. Z tego szperania rodzą się dwa znakomite omlety z grzankami, palce lizać, i na odlot jeszcze po kawusi.
Gdy kelner zbiera kupony, my czekamy na refleks gościa hotelowego, który zablokował nam wyjazd z parkingu.
Nadchodzi pora na obiecywaną sobie już od kilkunastu wizytę w chyba najsłynniejszym rumuńskim prawosławnym monastyrze Cozia

mamy z Cozia 3 fotki - wtedy wykonane telefonem komórkowym...

[Obrazek: wcofnl.jpg]

czasami próbowałem sobie wyobrazić jaka w tym monastyrze panowała atmosfera podczas rozmów z strajkującymi górnikami rumuńskimi a władzami...
mnisi podjęli się roli pośredników...
a potem ten protest zniknął z ekranów i czołówek gazet...
przywódca strajkujących jakiś czas później został aresztowany i skazany za jakieś niejasne historie...

[Obrazek: 11gm1wn.jpg]

nam a szczególnie maryli spodobał się ukwiecony ogród otaczający monastyr...
i do tej pory bardzo często przejeżdżamy przez Cozia...
Nie jest on tak wielki jak Rilski, ale ma swój charakter, wystrój i atmosferę.

W Alba Julia dokonujemy tradycyjnego zakupu drożdżówek, lecz degustacja wskazuje na zeszmacenie się receptury, więc lokal dożywotnio nam podpada.
W Turda przy stacji paliw idziemy do korytka. Zjadamy dwie zupy, bardzo pożywne, pierwsza to doskonała ciorba de burta czyli flaczki, druga - ciorba de ciolan czyli bliżej nieznany nam odpowiednik jarzynowej z kawałeczkami szynki i pomidorów... rewelacja... dlaczego ludziska boją się jadać w gastronomii rumuńskiej?
O 15:40 delektujemy się przepiękną panoramą gór w Cluj-Napoca, o 16:50 kupujemy melony i arbuzy w domku na przydrożnym targowisku (po chwili trąbienia klaksonem pojawia się 11-latek handlujący jak nie powiem kto), a o 19:10 stajemy na przejściu granicznym z Magyarlandem.
Celnik, a raczej policjant graniczny, pyta gdzieśmy byli i dla zmącenia własnej nudy a naszego spokoju ogląda nasz bagażnik.
Przesuwamy zegarki do tyłu, albowiem jesteśmy już w naszej części Europy.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Jacky a jakie te drożdżówki w Alba Julia? Masz coś sprawdzonego? Będziemy tam nocować w tym roku Smile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości