15.07.2015 22:23:42
W tamtym roku po raz kolejny dokonujemy przeprofilowania naszego powszedniego harmonogramu w kierunku przedłużonego byczenia się w łóżkach. Zegarki telefoniczne wskazują najczęściej godzinę dziewiątą, gdy zaczynamy z Marylą łypać na się okiem spod prześcieradeł, pełniących obowiązki letnich kołderek.
Są jednak i małe smutki. Z żalem stwierdzam brak producentów najlepszych baniczek, którzy jeszcze rok temu wypiekali i sprzedawali swoje produkty po środku głównej alei spacerowej.
Zdarza się też małe starcie z gospodynią przy wręczaniu tradycyjnej zaliczki za pierwsze dni zakwaterowania. Gotówkę odliczam na bazie cen średnich za tego typu kwaterę, czyli 20 lewa za dwójkę.
Zajmujemy pokój połączony z aneksem kuchennym do wyłącznej dyspozycji, lecz prysznic plus kibelek mamy oddzielnie na korytarzu, a co więcej – dzielimy go z innymi letnikami, więc nocne cedzenie kartofelków nie jest całkiem ("gołkiem") swobodne. Gospodyni wali w nas jednak stawką 24 lewa i rozpala się dyskusja. Zakańczam ją uwagą, że za taką sumkę powinna nam wstawić do pokoju telewizor z pełnym asortymentem kablówki. Krakowskim targiem staje na 22 lewa, ale do pokoju wracam mrucząc pod nosem (a ponad brodą), że chyba już ostatni raz u niej gościmy ( po latach stwierdzam, że stało się to faktem).
A było to już chyba nasze piąte u niej zakwaterowanie! Trzeba jeszcze dodać, że dzień wcześniej zajrzeliśmy podczas wieczornego spaceru do innych wolnych kwater dwie uliczki dalej i były wolne, a gospodarze podawali cenę 16 lewa za dwójkę...
Albo taka przygoda: któregoś dnia, podczas powrotu z plaży drogą na skróty, nasze autko utyka w wąskiej uliczce w dzielnicy domków letniskowych na skarpie.
Przyczyna jest znana: akuratnie krąży tam beczka szamba wypróżniająca "gówniane" zbiorniki tamtejszych posiadaczy. Stoimy więc i czekamy.
Aż tu nagle się jedni posiadacze zorientowali, że mamy PL-kę, więc zatrzymali nas - po to, żeby za chwilę wyszła do nas córka sąsiadów. Córka owa zagaduje do nas polszczyzną z niewielkim narzutem obcego brzmienia. Brakuje jej co prawda naszych słówek, ale podpowiadamy.
Jej matka jest z pochodzenia Polką.
Dziewczyna pokazuje nam swoją (to znaczy swoich rodziców) daczę, całkiem niczego sobie zaprojektowaną i sumiennie wykonaną, pokoje oczywiście do wynajęcia, ale cena powala.
10 euro za łóżko, przy czym łóżek gospodarze powstawiali do poszczególnych lokali tak dużo, jakby chcieli organizować i gościć zielone kolonie.
Innymi słowy, oferują po 5 miejsc do spania w jednym pokoju i niezbyt trafia do ich wyobraźni, że €-pejczycy nie mają tak mocno rozbudowanych rodzin, czyli - że rzadko liczyć można na przyjazd rodziny z trójką dzieci w wieku, który by umożliwiał rodzicom swobodny seks w godzinach pomiędzy dobranocką a budzikiem.
Są jednak i małe smutki. Z żalem stwierdzam brak producentów najlepszych baniczek, którzy jeszcze rok temu wypiekali i sprzedawali swoje produkty po środku głównej alei spacerowej.
Zdarza się też małe starcie z gospodynią przy wręczaniu tradycyjnej zaliczki za pierwsze dni zakwaterowania. Gotówkę odliczam na bazie cen średnich za tego typu kwaterę, czyli 20 lewa za dwójkę.
Zajmujemy pokój połączony z aneksem kuchennym do wyłącznej dyspozycji, lecz prysznic plus kibelek mamy oddzielnie na korytarzu, a co więcej – dzielimy go z innymi letnikami, więc nocne cedzenie kartofelków nie jest całkiem ("gołkiem") swobodne. Gospodyni wali w nas jednak stawką 24 lewa i rozpala się dyskusja. Zakańczam ją uwagą, że za taką sumkę powinna nam wstawić do pokoju telewizor z pełnym asortymentem kablówki. Krakowskim targiem staje na 22 lewa, ale do pokoju wracam mrucząc pod nosem (a ponad brodą), że chyba już ostatni raz u niej gościmy ( po latach stwierdzam, że stało się to faktem).
A było to już chyba nasze piąte u niej zakwaterowanie! Trzeba jeszcze dodać, że dzień wcześniej zajrzeliśmy podczas wieczornego spaceru do innych wolnych kwater dwie uliczki dalej i były wolne, a gospodarze podawali cenę 16 lewa za dwójkę...
Albo taka przygoda: któregoś dnia, podczas powrotu z plaży drogą na skróty, nasze autko utyka w wąskiej uliczce w dzielnicy domków letniskowych na skarpie.
Przyczyna jest znana: akuratnie krąży tam beczka szamba wypróżniająca "gówniane" zbiorniki tamtejszych posiadaczy. Stoimy więc i czekamy.
Aż tu nagle się jedni posiadacze zorientowali, że mamy PL-kę, więc zatrzymali nas - po to, żeby za chwilę wyszła do nas córka sąsiadów. Córka owa zagaduje do nas polszczyzną z niewielkim narzutem obcego brzmienia. Brakuje jej co prawda naszych słówek, ale podpowiadamy.
Jej matka jest z pochodzenia Polką.
Dziewczyna pokazuje nam swoją (to znaczy swoich rodziców) daczę, całkiem niczego sobie zaprojektowaną i sumiennie wykonaną, pokoje oczywiście do wynajęcia, ale cena powala.
10 euro za łóżko, przy czym łóżek gospodarze powstawiali do poszczególnych lokali tak dużo, jakby chcieli organizować i gościć zielone kolonie.
Innymi słowy, oferują po 5 miejsc do spania w jednym pokoju i niezbyt trafia do ich wyobraźni, że €-pejczycy nie mają tak mocno rozbudowanych rodzin, czyli - że rzadko liczyć można na przyjazd rodziny z trójką dzieci w wieku, który by umożliwiał rodzicom swobodny seks w godzinach pomiędzy dobranocką a budzikiem.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....


