Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
#11
Codziennie jeden odcinek będzie okej! Smile Ale koniecznie wsparty zdjęciem lub dwoma!
...:::Bbbuuulllgggaaarrriiiaaa Rrruuullleeezzz:::...
96 97 98 99 00 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22
Odpowiedz
#12
(17.05.2015 16:47:21)peter1974 napisał(a): jacky6 - narobiłeś smaku i zniknąłeś nie powiem gdzie...

(17.05.2015 22:31:43)Wawo napisał(a): Codziennie jeden odcinek będzie okej! Smile Ale koniecznie wsparty zdjęciem lub dwoma!

trzeba się "delektować" bułgarskim wybrzeżem...
co prawda historyczne dzieje uzupełnione bywają nowszymi fotkami ale do obiektywu powróciłem relatywnie niedawno...
Wink
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#13
(17.05.2015 22:31:43)Wawo napisał(a): Codziennie jeden odcinek będzie okej! Smile Ale koniecznie wsparty zdjęciem lub dwoma!
A skoro już mowa o kaloriach, to dorzucę jeszcze informację, że zawsze zabieramy ze sobą solidny prowiant na drogę – to w razie kolejek na granicach, które niby odchodzą już w zapomnienie, ale wciąż jeszcze mogą europejskich globtroterów uwięzić na długie godziny. W trasie mogą czyhać też inne niespodzianki, na przykład znane mi osobiście urwanie się tłumika, które rozwala cały program przejazdu - dobrze jeśli tylko na kilka godzin. Co ciekawe, spasiony portfelik nie jest wcale idealną alternatywą, bowiem na trasie nie zawsze można znaleźć czynną knajpę.
Lubimy zwiedzać, oglądać i zaglądać, ale nie jesteśmy maniakami turystyki na wielką skalę. W Bułgarii szukamy raczej wypoczynku, takiej wakacyjnej pełni nieco leniwego szczęścia. Cieszą nas kąpiele w wodach mineralnych (wyłącznie cieplejszych) i morzu, spacery po urokliwych zaułkach wiosek i miasteczek, szperanie po sklepikach w poszukiwaniu oryginalnych pamiątek i wyszukiwanie nowych „hitów sezonu” we wszelkich dziedzinach. Cenimy też dobrą kuchnię tudzież towarzyskie kontakty z przemiłą miejscową ludnością.

Wyszukiwanie pamiątek dla siebie i rodziny to najczęściej "skorupiaki".

[Obrazek: 2hdtevo.jpg]

W ubiegłym roku sporo żeśmy sobie popolowali akurat w Primorsku. 

Trzeba było sporo podreptać ale opłaciło się.
No i najważniejsze - owe skorupiaki weszły bardzo mocno do użytkowania w naszej kuchni, ja osobiście nie mogę zasmakować żadnej zupy jeśli nie będzie nalana do skorupiaka.
W zimowej zaś porze bardzo często czynimy swoje zapiekanki wykorzystując naczyńka kojarzone zazwyczaj z daniem gjuwecze.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#14
odcinek czwarty...
Zawsze wozimy ze sobą tak zwany „dziennik pokładowy”, czyli zwykły kajet w kratkę. I w trasie, i na miejscu notujemy w nim najbardziej prozaiczne spostrzeżenia i praktyczne informacje: ceny, adresy, lokalizacje (na przykład banków i bankomatów), czasy przejazdów, różne nazwy...
Jest to bardzo przydatne, a co więcej – bezcenne. Naprawdę, lepiej zapomnieć mapy, niż owego dziennika.
Do domu przywozimy słoneczne wspomnienia i pojemniki wszelkiej maści wypełnione tradycyjnymi, bułgarskimi produktami wysokoprocentowymi, zwłaszcza domaszną rakiją (która jest znakomitej klasy napitkiem, niesłusznie porównywanym do bimbru). Inne alkohole tamże zakupione - mam tu na myśli przede wszystkim wina - także cieszą podniebienie i rozweselają.
Bywam nieraz zdziwiony, w jak szybkim tempie znikają z domowego barku po powrocie...

Właściwie mamy 3 zdecydowanie ulubione miejscowości.
1. Czernomorec.
2. Łozeniec
3. Obzor

[Obrazek: 11llr9t.jpg]

Jakże nam znany ryneczek w Czernomorcu, tym razem w samo południe.

[Obrazek: 24lkluc.jpg]

W tym samym czasie słynne już schody w Czernomorcu.

I choć nie za każdym razem mieszkamy w Czernomorcu to prawie za każdym razem tam zaglądamy, czasami tylko na plażę, czasami do znajomych, czasami do hurtowni procentażowej, czasami do jednej z ulubionych knajpek.

O Bułgarii rozmawiamy w domu bardzo często, zarówno wspominając dawne wyjazdy, jak i snując plany pod kątem kolejnych.
Niektórzy przykleili do nas etykietkę „bułgarofile”, ale do końca tak nie jest, albowiem nie unikamy i lubimy wszystkie kraje na trasie, poczynając od leżącej po sąsiedzku Słowacji.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#15
I wreszcie kwestia ostatnia – dla wielu zasadnicza. Każdy ma swoje dochody, konto i pewien budżet na wydatki wakacyjne, ma też zapewne co najmniej jedną kartę do bankomatu. Europa jest już taka mała, a bankomatów tak dużo... tym niemniej do czasu powszechnego wprowadzenia ogólnoeuropejskiej waluty trzeba posługiwać się walutami rodzimymi. Dlatego też zawczasu przygotowuję kilka portfelików, wypełnionych w sposób przemyślany. Oto one:

Portfelik numer 1 – waluta ogólnoeuropejska. Powiedzmy, że jest to 5 monet po 2 euro i tyleż samo po 1 euro, 10 banknotów po 5 Euro, 10 banknotów po 10 euro i 5 banknotów po 20 euro... wtedy sezon danego roku mam z głowy, nawet niespodziewany wyskok mnie nie zniszczy.

Portfelik numer 2 - waluta polska. Jeszcze nadal niezbyt szanowana na świecie, ale z gotówką w niewielkiej ilości wyruszam na trasę, żeby zatankować i mieć na drobne wydatki przed przekroczeniem granicy wyjazdowej i po powrocie.

Portfelik numer 3 – bywała w niej waluta słowacka. Najczęściej służyla do zakupu piwa „Złoty Bażant” i jakiejś chlip-zupki w motoreście, czasami trzeba dokupić kilka litrów paliwa, a resztówka zostaje na rozmnożenie (do granicy ze Słowacją mam niedaleko). Ale od 1 stycznia 2009 już się z koronkami rozstaliśmy. Portfelika nie wyrzucam, są jeszcze inne moniaki.
Na przykład, gdy trafiła się okazja mieć go załadowanego walutą znakowaną $ lub innego kraju tranzytowego - może nim być Serbia. Choć i w tym kraju € jest bardzo mile widziane.

Portfelik numer 4 - waluta rumuńska. Ilość przewidziana na jeden nocleg plus małe co nieco w sklepiku i w barze w drodze „do”. W drodze powrotnej przed granicą węgierską uzupełniam paliwo, jemy też z żoną posiłek, a za ostatnie leje kupujemy bardzo smaczne rumuńskie likiery po atrakcyjnych cenach. Świat idzie z postępem, ale w Rumunii nie wszędzie chętnie kasują „łojro”...

Portfelik numer 5 - waluta węgierska. Zawsze coś mamy, minimum na jeden tak zwany „niespodziewany nocleg” i śniadanko.

Porfelik numer 6 - waluta bułgarska. Minimum 20 lewa, coby do pierwszego bankomatu dojechać - a to jest, proszę państwa, aż kilkadziesiąt kilometrów od granicy. Co do lokalizacji bankomatów w bułgarskich regionach przygranicznych, to poza słynnym ruseńskim, pozostałe są regionami raczej polnymi. Jeśli się mylę, wyprowadźcie mnie... z baru.

Śmieszne, co? Europa zjednoczona, a podróżować trzeba z 6 portfelikami. Któregoś roku miałem ze sobą jeszcze portfelik siódmy – z pewną kwotą hrywien, jechałem bowiem do Bułgarii przez zielona Ukrainę. A resume finansowe każdej wyprawy jest następujące: wracam do ojczyzny bez lewków i lejków, za to przeważnie z forintami, koronkami i euro. Za rok są jak znalazł!

[Obrazek: 205qems.jpg]

Dylemat klienta przed bankomatem.
Jak widać maszynka do wypluwania pieniążków ulokowana w biurze gdzie i obsługowane są ubezpieczenia.
Ta fotka wykonana akurat w Kranevie.
W większości miejscowości letniskowych w okresie czerwiec - wrzesień uruchamianych jest co najmniej kilka ścian płaczu. Jesienią są zamykane.
Piszę raczej o małych miejscowościach, bo klasyki typu Słoneczny Brzeg czy Złote Piaski zasadniczo omijam obwodnicą.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#16
(19.05.2015 18:19:49)jacky6 napisał(a): Zawsze wozimy ze sobą tak zwany „dziennik pokładowy”, czyli zwykły kajet w kratkę. I w trasie, i na miejscu notujemy w nim najbardziej prozaiczne spostrzeżenia i praktyczne informacje: ceny, adresy, lokalizacje (na przykład banków i bankomatów), czasy przejazdów, różne nazwy...
Jest to bardzo przydatne, a co więcej – bezcenne. Naprawdę, lepiej zapomnieć mapy, niż owego dziennika. 
No proszę, okazuje się że nie tylko ja mam swoje dzienniki pokładowe. Też takowe zeszyty prowadzę - najpierw były zeszyty, potem powstał blog - niby po to że zastąpi zeszyty. Nic z tego - blog blogiem, a zeszytów i tak przybywa. Wyklejone w paragonach i innych ulotkach...wiele w nich wydruków z exforum. Znajomi się śmieją, ale czasem pożyczają - a w dzisiejszych czasach to te zeszyty tak archaiczne niczym Twoje portfeliki Smile
Odpowiedz
#17
(20.05.2015 22:15:19)myszabe napisał(a):
(19.05.2015 18:19:49)jacky6 napisał(a): Zawsze wozimy ze sobą tak zwany „dziennik pokładowy”, czyli zwykły kajet w kratkę.
I  naprawdę, lepiej zapomnieć mapy, niż owego dziennika. 
No proszę, okazuje się że nie tylko ja mam swoje dzienniki pokładowe. Też takowe zeszyty prowadzę - najpierw były zeszyty, potem powstał blog - niby po to że zastąpi zeszyty.
A teraz zapraszam do lektury naszych wakacyjnych zapisków z kilku ostatnich lat.


BUŁGARIA JESZCZE NIE WYGRZANA
maj/czerwiec 2006


czyli prawdziwy odcinek szósty...
24 maja 2006, czwartek
Majowa pogoda, do sezonu w pełni jeszcze daleko, ale pięknie jest. Kończymy przygotowania. Autko spakowane, zakupione drobne dewizy: 70 nowych lei i 40 lewa. Agentka PZU skasowała od nas ubezpieczenie medyczne. Zaglądam do internetowej pogodynki i rodzi się decyzja: pojedziemy z fantazją, przez Ukrainę.

Będę kilkakrotnie przypominać, że w 2006 nie miałem jeszcze cyfrówki, mialem co prawda analogową kamerę Canona i fotoaparcik też analogowy Exakta 800AF ale aparatu już nie woziłem.
Film analogowy nakręciłem ale gdzieś się zapodział, niewiele było osób chętnych do oglądania.

Ów aparat niedawno wyciągnąlem z szafy, zastanawiam się, co z nim zrobić ?
Póki co stoi sobie na półszafku w sypialni jako prymitywna dekoracja.
Wyrzucić ? Wszak teraz w ramach działań proekologicznych każdy sprzęt trzeba dawać do fabrycznej utylizacji.
Utworzenie domowego muzeum sprzętu elektronicznego też nie jest mi po drodze.
Choć znany jest mi przypadek kuzynki mojego kolegi u której w piwnicy zalegają wszystkie odbiorniki tv znane na "rynku PRL" poczynając od "wisły" do "rubina"...

No ale wracajmy do słonecznej Bułgarii.
Niektóre wspomnienia dekorować będę fotkami wykonanymi już od roku 2008 bardzo prymitywnymi cyrówkami.
Zawszeć to zdjęcia, choć wiele osób ma superoskie aparaty ale jakoś wielką antymotywację do pisania, szczególnie wspomnień z wakacji.


[Obrazek: j08hlc.jpg]

Dokładam jeszcze mapkę - bardzo ogólną owej trasy...
Detale mam zapisane, mogę odtworzyć.
Profilaktycznie podaję zarys: Przemyśl, Mostiska, Sambir, Dorohobyc ( nieudany wyskok do Truckawca ), Stryj, Dolyna, Ivano - Frankowsk, Kolomyja, Czerniowcy.Lecz choć ten przejazd miał miejsce 5 lat temu to z uwagi na błędy popełnione oraz nabraną z tego tytułu awersję - nie polecę tej trasy nowicjuszom.

PS - tuż przed wyjazdem - dosłownie 3 godziny - dostałem wymówienie z pracy. Nie załamałem się, stłamsiłem się w sobie, nic nie powiedziałem Maryli. Pojechaliśmy.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#18

25 maja 2006, piątek
O 5:40 rano startujemy z Dąbrowy Górniczej.
W Przemyślu zjeżdżam na targowisko i kupuję 185 hrywien.
Na granicy w Medyce meldujemy się o 11:40. Pojawia się tu umówiony z nami na przelotne spotkanie forumowicz Rysiek, wymieniamy się dobrami materialnymi - ja daję mu kompakt z bułgarską czałgą, on podaje mi torebkę z drożdżówkami.

Ustawiamy się w kolejce dla obywateli Unii. W kolejce obok tłok, Ukraińcy wracają z zakupami, niektórzy mają po dwie lodówki na bagażniku dachowym, ja bym się tak bał.
Z naprzeciwka ciągnie sporo autobusów z pielgrzymami na spotkanie z Papieżem Benedyktem.
Tak, to był czas I-szej i ostatniej - jak do tej pory pielgrzymki BXVI do naszego kraju.

I nareszcie - wysiadać, pobierać karty tranzytowe, wypisywać... jakieś pierońsko małe te bukwy, ledwo odczytuję, ale wypisuję, oddaję. Stoimy – a czas leci. Ukraińcy wpuszczają nas łaskawie na swoje terytorium o 14:00.
W Mostiskach czeka pierwsze nieoznakowane skrzyżowanie. Ale spokojnie, zabraliśmy ze sobą na łebka ukraińskiego szeregowego pogranicznika, więc nie przegapimy odjazdu. Mamy jechać w prawo, na Sambor – tak mnie poinstruował Rysiek z Przemyśla.
Dziur w drodze nie brakuje, dałoby się nimi obdzielić jeszcze jedno takie państwo jak Ukraina.
Prędkość, o czym tu pisać, jedynka, co najwyżej dwójka... makabra.
Rezygnuję z wjazdu do leżącego u podnóża Gorganów Truskawca.
Jest to uznany ośrodek sanatoryjny ze zdrojem mineralnym, a my, jako mieszkańcy Śląska, lubimy minerały, więc chcieliśmy rzucić okiem, by ocenić ukraińskie ( drzewiej polskie ) uzdrowisko. A miałem przygotowanych sporo materiałów.
Myślałem sobie, że to jakby nasza Krynica ale sprzed wielu lat. Cóż - chęci trzeba było odłożyć w czasie.

Po drodze nabywam w sklepiku (takim ukraińskim sprywatyzowanym GS-ie) butelczynę pieprzówki i lokalne piwo.

Wieczorem widzę przy drodze zajazd „Lisova Kazka”.
Idę, oglądam, negocjuję cenę z 20 na 18 euro za elegancką dwójkę.
Autko wjeżdża na wewnętrzne podwórko na noc zamykane na kłódkę. Robimy sobie kolację z domowych wiktuałów, oglądamy telewizję, no i spać.
Zakupione napoje wyskokowe pozwalają mi wyluzować się po stresującej jeździe.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#19
odcinek ósmy...
27 maja 2006, sobota

Leniwa pobudka, śniadanko, kawusia, napełnianie dwóch termosów (kawa i herbata) - do naszego standardowego wyposażenia należy czajnik elektryczny.
Wyjazd o 7:00, pierońsko zimno (temperatura 7 stopni), no i pada deszcz...
W mijanej wsi za pozostałe hrywienki dokupuję chleb i wodę mineralną - zatem pozbywam się inteligentnie ukraińskiej waluty. Nawiasem mówiąc, zaopatrzenie tego prowincjonalnego sklepiku przypomina naszą "Żabkę", są nawet oliwki hiszpańskie.

Jedziemy przez Czerniowce, przekraczamy rzekę Prut - oj, ciągnie się to miasteczko, faktycznie, nieźle trzymają się tam przedwojenne polskie bruki i historyczne kamieniczki, ale leje i zimno, gdzie mi tam we łbie się zatrzymywać. Zresztą nawet gapić się przez okno nie powinienem, trzeba wachować marszrutę, coby się nie zgubić.

Na przejściu granicznym Tereblewe-Siret Rumuni koszą słone opłaty. Chwała Ci, Panie, żeś mnie natchnął, cobym się wcześniej zaopatrzył w leje. Dezynfekcja - 23 nowe leje. Chyba oszaleli? „Ekologia” - 35 lei. Brak słów, nawet nie chcę myśleć, czy tak samo koszą na innych granicach.
Trochę później nabyłem wiedzę, że owa eko-taksa była naliczana tylko przy wjeździe do Romkowa z krainy nieunijnej. Jeszcze później i tam została zniesiona.

Przykro mi bardzo, ale nie miałem wtedy żadnego fotoaparatu ( poza owym analogowym ) więc fotografii nie będzie.

Natomiast jeszcze później przeglądając kolejne przewodniki zrozumiałem, jakie atrakcje - wspomnienia starych czasów ominąłem. Być może za jakiś czas zmoblilizuję się do extra wojażu na same tylko ziemie ukraińskie ( czytać - drzewiej polskie ).
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#20
odcinek dziewiąty...

W Suczawie okradam bankomat na kwotę 100 lei. W Roman – chwała Bogu – temperatura rośnie, jest już 13 stopni.
W Focşani na stacji benzynowej kupuję rowinietę, jednodniową, za całe 2 leje.
Robi się upał - 23 stopnie.
W Giurgeni za przejazd przez most musimy zapłacić 5 lei. Późnym wieczorem jesteśmy już nad Morzem Czarnym, w Konstancy.
Oj niedobrze, czarne chmury burzowe – bydzie loć! Ech, gdzie tam „loć”, to jest nawałnica, oberwanie chmury, prędkość jazdy spada do 10 kilometrów na godzinę, w ogóle nie ma sensu jechać, droga zalana.
Zjeżdżamy do wioski Costineşti - byliśmy tam rok temu. Oczekuję w autku na zmniejszenie się nawałnicy, wyskakuję, lecę do znanego mi sklepiku.
Jego właściciel prowadzi pensjonat. Nie ma go, ale jest syn, który ma też coś do wynajęcia obok.
Oglądamy pokoik, akcept, cena 40 lei, urządzamy się. Jemy posiłek, po burzy idę się przewietrzyć przed snem.
Sympatyczni czytelnicy muszą obyć się fotkami. Nie mam ich. Może z innych wyjazdów "cuś" uda się przykleić.


PS - minęły lata a mnie się wspomina, że do starego bulgaricusa była przyklejona galeria fotograficzna a do postów wkleił je swego czasu jeden z forumowiczów...
byłem tym zdziwiony - nie wiedziałem, że tak można ale wyczułem, że to jest piękna idea reportażowa...
można zatem do wstawianych fotografii czynić opisy lub na odwyrtkę - pisząc swoje skojarzenia i wrażenia - ilustrować je fotografiami ...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 4 gości