02.08.2015 12:07:37
Zaplanowana trasa zmierza do Chisarii – leżącego także w paśmie Srednej Gory uzdrowiska ze źródłami mineralnymi. Pod kołami stara, lecz dobra droga, gwieździście wiodąca do Sofii.
Oprócz niej jest także słynna, nowoczesna „magistrala”, aczkolwiek wiadomo mi, że sporo miejscowych obywateli woli podróżować starą drogą, albowiem jest bardziej relaksująca.
Sterujemy w kierunku Kałofer (skojarzenie żartobliwe z naszym kaloryferem), ale nie dojeżdżając doń skręcamy w boczną drogę. Obawiałem się tego skrótu, a tymczasem nawierzchnia świeżo wyremontowana, prawie pas startowy lotniska! Bułgaria jest nam tak dobrze znana, a jednak pełna niespodzianek.
Chisaria się zbliża, a z prawej burty ponownie goni nas nawałnica. Naszym pragnieniem jest zdążyć się schować w jakiejś miłej kwaterze przez kolejnym opadem deszczogradu. Niestety, marnie nam to wychodzi.
Wjeżdżamy do kurortu i wiedzeni tablicami reklamowymi kierujemy się do niejakiej Augusty (znanego spa z hotelem). Po drodze przyglądamy się sporemu budynkowi wielkości kilkurodzinnej willi z dobudówką – są tam kwatery prywatne, zaczynamy się nawet dobijać, bo dzwonek nie działa, aż wreszcie wychyla się gospodyni w stroju niedbałym i lakonicznie stwierdza, że miejscówek nie ma.
Ruszamy zatem na poszukiwania spania gdzie się da i wtedy znów dopada nas nawałnica - to już drugi raz dzisiaj, w odstępie kilku godzin.
Reklamowana Augusta okazuje się być spa zatykająco luksusowym, raczej na kieszeń osób wzbogaconych za zawodowej aktywności w cywilizowanym kraju (czytaj: emerytów z Danii i Holandii - bo taką właśnie grupkę widzimy, gdy wsiada do podstawionego autokaru).
Cena, podana nam łaskawie w biurze pośrednictwa, powala - przekracza 120 lewa od dwójki. Nawet się nie trudzę, żeby się dowiedzieć, co jest włączone w ową cenę, bo nie śmiem zapytać o udział w niej usług o charakterze erotycznym, żeby nie dostać po łbie od towarzyszącej mi Maryli...
Oprócz niej jest także słynna, nowoczesna „magistrala”, aczkolwiek wiadomo mi, że sporo miejscowych obywateli woli podróżować starą drogą, albowiem jest bardziej relaksująca.
Sterujemy w kierunku Kałofer (skojarzenie żartobliwe z naszym kaloryferem), ale nie dojeżdżając doń skręcamy w boczną drogę. Obawiałem się tego skrótu, a tymczasem nawierzchnia świeżo wyremontowana, prawie pas startowy lotniska! Bułgaria jest nam tak dobrze znana, a jednak pełna niespodzianek.
Chisaria się zbliża, a z prawej burty ponownie goni nas nawałnica. Naszym pragnieniem jest zdążyć się schować w jakiejś miłej kwaterze przez kolejnym opadem deszczogradu. Niestety, marnie nam to wychodzi.
Wjeżdżamy do kurortu i wiedzeni tablicami reklamowymi kierujemy się do niejakiej Augusty (znanego spa z hotelem). Po drodze przyglądamy się sporemu budynkowi wielkości kilkurodzinnej willi z dobudówką – są tam kwatery prywatne, zaczynamy się nawet dobijać, bo dzwonek nie działa, aż wreszcie wychyla się gospodyni w stroju niedbałym i lakonicznie stwierdza, że miejscówek nie ma.
Ruszamy zatem na poszukiwania spania gdzie się da i wtedy znów dopada nas nawałnica - to już drugi raz dzisiaj, w odstępie kilku godzin.
Reklamowana Augusta okazuje się być spa zatykająco luksusowym, raczej na kieszeń osób wzbogaconych za zawodowej aktywności w cywilizowanym kraju (czytaj: emerytów z Danii i Holandii - bo taką właśnie grupkę widzimy, gdy wsiada do podstawionego autokaru).
Cena, podana nam łaskawie w biurze pośrednictwa, powala - przekracza 120 lewa od dwójki. Nawet się nie trudzę, żeby się dowiedzieć, co jest włączone w ową cenę, bo nie śmiem zapytać o udział w niej usług o charakterze erotycznym, żeby nie dostać po łbie od towarzyszącej mi Maryli...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

