2 września 2007, niedziela
Niestety, pogoda kompletnie się załamuje.
Rankiem robimy obchód wszystkiego co się da w okolicy.
Ponownie zaglądamy do Augusty, żeby stwierdzić, iż basen termalny w środku ładniej się prezentował w reportażu telewizyjnym, który widziałem kilka miesięcy wcześniej w satelitarnym kanale bułgarskiej telewizji państwowej.
Docieramy nawet do odkrytego basenu mineralnego przy hotelu „Chisaria”, wielkim molochu z czasów późnego Żiwkowa.
I co? Basen pełny, ale tylko wody.
Ludzi brak, a to oznacza, że coś jest nie tak...
No i mamy: temperatura circa 25 stopni, czyli dobra do relaksacyjnego popływania.
Przy basenie małe oczko czyli coś a' la jacuzzi, w nim temperatura już circa 33 stopnie...
Nie rozumiem, dlaczego tylko w nim, skoro miejscowi Bułgarzy mają tak dużo wody termalnej o temperaturze wytrysku ponad 70 stopni?
Dlaczego nie budują moczydeł jak w Magyarlandzie?
( PS - dopiero po kilka latach znalazłem coś takiego ... a było to w Dobrinishte )
Dla rozrywki ucinamy sobie małą pogaduchę z panem doktorem dyżurującym przy basenie w pawilonie o charakterze chińsko-targowo-ogrodowym.
Nasz rozmówca zastępuje kolegę-doktora chwilowo na kilkudniowym urlopie i sam jest, co prawda, specem od nerek, ale chętnie przerywa lekturę jakiegoś wiekowego podręcznika medycznego.
Jego zdaniem wszelakie choróbska mogą być leczone jedynie skalpelem.
Przyznaje, że tutejsze wody być może relaksują, ale przy okazji mocno podważa ich walory lecznicze.
Uskuteczniamy także spacer po parku zdrojowym, gdzie do ujęć mineralnych wód pitnych co chwila przybywają bułgarscy kuracjusze z pękami pięciolitrowych baniaków i po skrupulatnym napełnieniu pakują je do przepastnych bagażników swoich ład i żiguli.
I my próbujemy owej cudownej wody, ale cóż, słynna „Chisarianka”, zajmująca najlepsze miejsca na półkach bułgarskich marketów, ma tak niski stopień zmineralizowania, że nie daje osobom zepsutym smakiem Muszynianki czy Piwniczanki szansy na konsumpcję - nawet w celach zdrowotnych.
Wreszcie z nosem utkwionym w przewodniku szukamy historycznych murów i innych obiektów pamiętających czasy Rzymian, lecz znajdujemy ich niewiele i mamy wrażenie, że są zbyt skromnie wyeksponowane.
Na te wszystkie rozczarowania nakłada się nękająca mnie od kilku dni wyjątkowo złośliwa infekcja górnych dróg oddechowych.
Tym razem w podróżnej apteczce nie mamy żadnych antybiotyków, nawet pospolity gargarin gdzieś się stracił, zaś płukanie gardła solą, a potem jeszcze jakimś preparatem made in Switzerland zakupionym w lokalnej aptece, niewiele daje.
Coś mi się widzi, że pomóc może tylko regularne płukanie gardła preparatem o nazwie rakija...
Niestety, pogoda kompletnie się załamuje.
Rankiem robimy obchód wszystkiego co się da w okolicy.
Ponownie zaglądamy do Augusty, żeby stwierdzić, iż basen termalny w środku ładniej się prezentował w reportażu telewizyjnym, który widziałem kilka miesięcy wcześniej w satelitarnym kanale bułgarskiej telewizji państwowej.
Docieramy nawet do odkrytego basenu mineralnego przy hotelu „Chisaria”, wielkim molochu z czasów późnego Żiwkowa.
I co? Basen pełny, ale tylko wody.
Ludzi brak, a to oznacza, że coś jest nie tak...
No i mamy: temperatura circa 25 stopni, czyli dobra do relaksacyjnego popływania.
Przy basenie małe oczko czyli coś a' la jacuzzi, w nim temperatura już circa 33 stopnie...
Nie rozumiem, dlaczego tylko w nim, skoro miejscowi Bułgarzy mają tak dużo wody termalnej o temperaturze wytrysku ponad 70 stopni?
Dlaczego nie budują moczydeł jak w Magyarlandzie?
( PS - dopiero po kilka latach znalazłem coś takiego ... a było to w Dobrinishte )
Dla rozrywki ucinamy sobie małą pogaduchę z panem doktorem dyżurującym przy basenie w pawilonie o charakterze chińsko-targowo-ogrodowym.
Nasz rozmówca zastępuje kolegę-doktora chwilowo na kilkudniowym urlopie i sam jest, co prawda, specem od nerek, ale chętnie przerywa lekturę jakiegoś wiekowego podręcznika medycznego.
Jego zdaniem wszelakie choróbska mogą być leczone jedynie skalpelem.
Przyznaje, że tutejsze wody być może relaksują, ale przy okazji mocno podważa ich walory lecznicze.
Uskuteczniamy także spacer po parku zdrojowym, gdzie do ujęć mineralnych wód pitnych co chwila przybywają bułgarscy kuracjusze z pękami pięciolitrowych baniaków i po skrupulatnym napełnieniu pakują je do przepastnych bagażników swoich ład i żiguli.
I my próbujemy owej cudownej wody, ale cóż, słynna „Chisarianka”, zajmująca najlepsze miejsca na półkach bułgarskich marketów, ma tak niski stopień zmineralizowania, że nie daje osobom zepsutym smakiem Muszynianki czy Piwniczanki szansy na konsumpcję - nawet w celach zdrowotnych.
Wreszcie z nosem utkwionym w przewodniku szukamy historycznych murów i innych obiektów pamiętających czasy Rzymian, lecz znajdujemy ich niewiele i mamy wrażenie, że są zbyt skromnie wyeksponowane.
Na te wszystkie rozczarowania nakłada się nękająca mnie od kilku dni wyjątkowo złośliwa infekcja górnych dróg oddechowych.
Tym razem w podróżnej apteczce nie mamy żadnych antybiotyków, nawet pospolity gargarin gdzieś się stracił, zaś płukanie gardła solą, a potem jeszcze jakimś preparatem made in Switzerland zakupionym w lokalnej aptece, niewiele daje.
Coś mi się widzi, że pomóc może tylko regularne płukanie gardła preparatem o nazwie rakija...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

