07.08.2015 11:33:39
(05.08.2015 18:26:16)dżek napisał(a): Jacky, miałem to samo w Sozo, dzisiaj na tradycyjne bułgarskie śniadanie wylosowałem Pileszka zupa. Okazała się mieszanką kilku nieudanych eksperymentów kucharza bistro Mag Dak przy wejściu na Harmani. W środku zacny kawałek suchego mięsa i brunatnozielona ciecz o nieokreślonym smaku. Musiałem zadowolić się szopską na wynos ( tu chyba nie można nic spieprzyć) i zupką chmielową.
relatywnie prawie nie pamiętam wielu przypadków zaserwowania niedobrego żarełka w BG...
wręcz przeciwnie ...
ale przypadki chodzą po ludziach ...
no to jadziem dalej ...
3 września 2007, poniedziałek
Opuszczamy Chisarię.
Jest prawie 11:00, gdy znajdujemy się na rogatkach. Kierujemy się na południe, do Bełozem - miejscowości znanej z kościoła katolickiego prowadzonego przez ośrodek misyjny polskich Kapucynów.
Na miejscu wypatrujemy charakterystycznej wieży kościelnej, oglądanej wcześniej w necie... jest!
Zatrzymujemy się obok bramy w białym murze okalającym zabudowania parafialne. Po podwórcu kręci się nieco młodzieży, szczególnie w okolicy sceny pod gołym niebem. Od pewnej forumowiczki przedstawiającej się jako Justinka wiem, że do Bełozem ludzie zjeżdżają się na spotkania festiwalowo-moderacyjne. Teraz widzimy w jakich warunkach odbywają się imprezy kulturalno-religijne na niwie pozornie odmiennego wyznania.
Zmierzamy dyplomatycznie (czyli powolnym krokiem) do portalu kościoła. Jedna z młodych dziewczyn zrywa się i prawie biegnie na plebanię (w tradycyjnym tego słowa rozumieniu), skąd zaraz wychodzi młody człowiek, a choć jest w cywilu, domyślam się, że jest bratem zakonnym. Niesie z sobą klucze do kościoła. Wchodzimy doń na mikro chwilę modlitewnego skupienia. Wystrój wnętrza, tak samo jak architektura widziana z zewnątrz, jest bardzo skromny, acz schludny.
Prawdę mówiąc, spodziewałem się tu spotkać ojca Krzysztofa, z którym chyba rok wcześniej umawiałem się na nasz ewentualny "najazd" z noclegiem, lecz wówczas nie dojechaliśmy. Okazuje się, że ojciec Krzysztof przebywa akurat na urlopie w Polsce.
Brat-klucznik opowiada nam o realiach swojej pracy i adaptacji do otoczenia.
Bełozem jest „przepołowione” – podzielone między wyznania dwóch głównych religii chrześcijańskich.
Jest też ponoć osadą typowo rolniczą, aczkolwiek nam nie wpadły w oko żadne większe placówki „fabryczne” z tej branży. Wygląda na to, że mieszkańcom doskwiera bieda i... tradycja - widzieliśmy dużą, szklaną butlę mleka przyniesioną na plebanię przez parafiankę.
Są też nowoczesne akcenty: na terenie posesji Kapucynów stoi budynek przygotowany pod noclegi dla gości przybywających na spotkania (kiedyś u nas takie zloty zwano oazami).
Teraz stoi pusty, ale bracia Kapucyni spodziewają się przyjazdu grupy dziennikarskiej.
Nieśmiało pytam, czy ewentualnie przejeżdżający tędy Polacy mogliby liczyć na nocleg... bo są ku temu skromne, ale i realne warunki... no i tej rozwijającej się parafii przydałaby się pomoc materialna - wszak skazana jest na walkę z trudnościami charakterystycznymi dla epoki postsocjalistycznej, gdzie z rolnictwa nie idzie już wyżyć...
Koniec końców, dyplomatycznie a serdecznie dziękujemy za zaproszenie na kawę, przed nami jeszcze długa droga tego dnia, było to tylko takie małe, rekonesansowe wdepnięcie.
Ale jestem pewien, że zajrzymy tam kiedyś jeszcze raz.
I jeszcze kilka skanów "widokówek" z Bełozem...
...
Pokładowe stery ustawiamy na wybrzeże, lecz do celu jeszcze daleko...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

