09.08.2015 12:00:54
4 września 2007, wtorek
Już od dawna chcemy odwiedzić Żerawną – skansen z okresu bułgarskiego odrodzenia narodowego. Oprócz ciekawej architektury mieszkańcy mogą zachwalać doskonały klimat okolicy i malownicze widoki na wzgórza i hale, przez które prowadzi mnóstwo tras spacerowych.
Mijamy Starą Zagorę i Sliwen (kolejny raz nie zajrzałem do tamtejszych mineralnych bani, zrobię to pewnikiem za rok), na wysokości Trapolkowa robimy skok w lewy bok i wjeżdżamy do Żerawnej.
Jest dokładnie tak, jak uprzedzała mnie moja przyjaciółka Joasia - zbyt wolne uliczki, pokręcone niesamowicie, tworzące labirynt uniemożliwiający swobodne lawirowanie. Zostawiamy zatem nasze autko na „zentral-platzu” i zaczynamy poruszać się per pedes.
Mówi się, że w Żerawnej zatrzymał się czas. Faktycznie, zatrzymał się, i to pewnie ze 200 lat temu. Nowej zabudowy prawie nie uświadczysz, a jeśli już takowa jest, to gabaryty i kształty są kontynuacją całości. Oczywiście jest to dla mnie zrozumiałe – Żerawna to tak zwany „żywy skansen”.
Zgłodniali, zasiadamy na podwórcu w jednej z mehan i zamawiamy dania obiadowe z repertuaru lokalnej kuchni. Gdy glukoza zaczyna docierać do mózgu, przychodzą refleksje: ta wieś żyje chyba tylko dzięki turystom. Jest w niej sporo domów gościnnych, ale na podwórkach i uliczkach dzieci, ani młodzieży nie widać.
Cóż, z produkcji rolnej na podgórskiej wsi nie daje się obecnie utrzymać. Co gorsza, nie tylko Żerawna, ale wieś bułgarska w ogóle się wyludnia, zamiera, widać szybkie „równanie unijne” – tyle, że raczej w pejoratywnym sensie...
Planowaliśmy się tutaj zatrzymać, myślałem nawet o dwóch noclegach, żeby wchłonąć jak najwięcej atmosfery wioski na końcu świata, lecz akurat zaczyna się chmurzyć i powiewać chłodnym, górskim powietrzem, toteż plany ulegają błyskawicznej zmianie. Wracając do samochodu mijamy budynki szkolne. Ich stan wskazuje na to, że jest to była szkoła, obecnie całkiem opuszczona. Owszem, z mini-boiska szkolnego sterczy słupek z koszem, lecz chętnych do gry w basketa nie widać, choć wakacje.
Nawierzchnia placyku jest mocno zarośnięta chwastami.
Budynek stojący obok, a wyglądający na tak zwany po dawnemu „Dom Nauczyciela”, nie zachęciłby nigdy kolejnego pokolenia adeptów pedagogiki do wykonywania swego szczytnego zawodu akurat tutaj, w Żerawnej. Wszakże za potrzebą musieliby oni biegać na zewnątrz, do obiektu kojarzącego się ze słynną w przedwojennej i nie tylko przedwojennej Polsce „sławojką”...
spacerując po Żeravnej cyknąłem 2 fotki z komórki...
pierwsza pojawiła się przed obiektywem maryla...
no i ja sam też zostałem uwieczniony...
nawet wtedy sobie nie uświadomiałem jakie znaczenie nie tylko historyczne miały te zdjątka...
mam niedosyt tej miejscowości, być może zajrzę tam na 2 noclegi i sesję fotograficzną...
Już od dawna chcemy odwiedzić Żerawną – skansen z okresu bułgarskiego odrodzenia narodowego. Oprócz ciekawej architektury mieszkańcy mogą zachwalać doskonały klimat okolicy i malownicze widoki na wzgórza i hale, przez które prowadzi mnóstwo tras spacerowych.
Mijamy Starą Zagorę i Sliwen (kolejny raz nie zajrzałem do tamtejszych mineralnych bani, zrobię to pewnikiem za rok), na wysokości Trapolkowa robimy skok w lewy bok i wjeżdżamy do Żerawnej.
Jest dokładnie tak, jak uprzedzała mnie moja przyjaciółka Joasia - zbyt wolne uliczki, pokręcone niesamowicie, tworzące labirynt uniemożliwiający swobodne lawirowanie. Zostawiamy zatem nasze autko na „zentral-platzu” i zaczynamy poruszać się per pedes.
Mówi się, że w Żerawnej zatrzymał się czas. Faktycznie, zatrzymał się, i to pewnie ze 200 lat temu. Nowej zabudowy prawie nie uświadczysz, a jeśli już takowa jest, to gabaryty i kształty są kontynuacją całości. Oczywiście jest to dla mnie zrozumiałe – Żerawna to tak zwany „żywy skansen”.
Zgłodniali, zasiadamy na podwórcu w jednej z mehan i zamawiamy dania obiadowe z repertuaru lokalnej kuchni. Gdy glukoza zaczyna docierać do mózgu, przychodzą refleksje: ta wieś żyje chyba tylko dzięki turystom. Jest w niej sporo domów gościnnych, ale na podwórkach i uliczkach dzieci, ani młodzieży nie widać.
Cóż, z produkcji rolnej na podgórskiej wsi nie daje się obecnie utrzymać. Co gorsza, nie tylko Żerawna, ale wieś bułgarska w ogóle się wyludnia, zamiera, widać szybkie „równanie unijne” – tyle, że raczej w pejoratywnym sensie...
Planowaliśmy się tutaj zatrzymać, myślałem nawet o dwóch noclegach, żeby wchłonąć jak najwięcej atmosfery wioski na końcu świata, lecz akurat zaczyna się chmurzyć i powiewać chłodnym, górskim powietrzem, toteż plany ulegają błyskawicznej zmianie. Wracając do samochodu mijamy budynki szkolne. Ich stan wskazuje na to, że jest to była szkoła, obecnie całkiem opuszczona. Owszem, z mini-boiska szkolnego sterczy słupek z koszem, lecz chętnych do gry w basketa nie widać, choć wakacje.
Nawierzchnia placyku jest mocno zarośnięta chwastami.
Budynek stojący obok, a wyglądający na tak zwany po dawnemu „Dom Nauczyciela”, nie zachęciłby nigdy kolejnego pokolenia adeptów pedagogiki do wykonywania swego szczytnego zawodu akurat tutaj, w Żerawnej. Wszakże za potrzebą musieliby oni biegać na zewnątrz, do obiektu kojarzącego się ze słynną w przedwojennej i nie tylko przedwojennej Polsce „sławojką”...
spacerując po Żeravnej cyknąłem 2 fotki z komórki...
pierwsza pojawiła się przed obiektywem maryla...
no i ja sam też zostałem uwieczniony...
nawet wtedy sobie nie uświadomiałem jakie znaczenie nie tylko historyczne miały te zdjątka...
mam niedosyt tej miejscowości, być może zajrzę tam na 2 noclegi i sesję fotograficzną...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

