11.08.2015 23:01:40
Koteł słynie jeszcze z wyrobu znanych tak w kraju, jak i za granicą arcydzieł tkackich – kilimów zwanych kotlenskimi, ale już nam się nie uśmiecha ich szukać, bo czas nagli. Nie zaglądamy nawet do Gałatanskoto Ucziliszta, gdzie urządzono interesujące ponoć muzeum owych kilimów.
W Warnie (gdzie napinam uwagę, bo zwykle się gubię) odnotowuję, że na światłach przy Technopolis należy skręcić w prawo. Maryla wpisuje tę ważną informację do dziennika pokładowego.
Gdy wita nas tabliczka z napisem „Obzor” jest już całkiem ciemno. Podjeżdżamy pod domek, w którym w sierpniu kwaterował nasz starszy syn – mamy szczęście, wszystkie pokoje wolne!
Ledwo udaje się nam dobudzić gospodynię drzemiącą przy „radiu z lufcikiem” (to zabawne określenie pochodzi od Wiecha, któremu tak właśnie kojarzyła się raczkująca telewizja lat 50-tych).
Kobieta pokazuje nam pokoje, ale nie pasują nam zanadto, bo albo są na trzeciej kondygnacji i bez zaplecza kuchennego, albo na parterze, lecz z jedną tylko łazienką wspólną dla trzech pokoi...
Przenosimy się wobec tego do domku, o którym niedawno rozmawiałem z forumowiczem Andrzejem z Gdyni.
Tu gospodyni także pokazuje nam pokoje w budynku, lecz stare mebelki nie dają dobrego efektu, bardziej podobają się nam "apartamenciki" na podwórku, może i mniejsze, ale z niezbędnym wyposażeniem pod ręką, no i z szansą dokooptowania młodzieńczej pary (Marcina i Marty), która lada dzień ma przybyć z Polski.
Po negocjacjach następuje upust ceny o parę lewa.
Jesteśmy zadowoleni – niestety, na krótko.
W Warnie (gdzie napinam uwagę, bo zwykle się gubię) odnotowuję, że na światłach przy Technopolis należy skręcić w prawo. Maryla wpisuje tę ważną informację do dziennika pokładowego.
Gdy wita nas tabliczka z napisem „Obzor” jest już całkiem ciemno. Podjeżdżamy pod domek, w którym w sierpniu kwaterował nasz starszy syn – mamy szczęście, wszystkie pokoje wolne!
Ledwo udaje się nam dobudzić gospodynię drzemiącą przy „radiu z lufcikiem” (to zabawne określenie pochodzi od Wiecha, któremu tak właśnie kojarzyła się raczkująca telewizja lat 50-tych).
Kobieta pokazuje nam pokoje, ale nie pasują nam zanadto, bo albo są na trzeciej kondygnacji i bez zaplecza kuchennego, albo na parterze, lecz z jedną tylko łazienką wspólną dla trzech pokoi...
Przenosimy się wobec tego do domku, o którym niedawno rozmawiałem z forumowiczem Andrzejem z Gdyni.
Tu gospodyni także pokazuje nam pokoje w budynku, lecz stare mebelki nie dają dobrego efektu, bardziej podobają się nam "apartamenciki" na podwórku, może i mniejsze, ale z niezbędnym wyposażeniem pod ręką, no i z szansą dokooptowania młodzieńczej pary (Marcina i Marty), która lada dzień ma przybyć z Polski.
Po negocjacjach następuje upust ceny o parę lewa.
Jesteśmy zadowoleni – niestety, na krótko.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

