13.08.2015 13:43:36
11 września 2007, wtorek
Z Marcinem i Martą wybieramy się dziś na wycieczkę (niedaleką) do Nesebyru.
My już tam byliśmy ze trzy razy, ale to nie przeszkoda, a wręcz przeciwnie – dobrze wiemy, że warto tam spędzić trochę czasu.
Po drodze robimy wypad zwiadowczy do Irakli – to mała wioska zaraz za Obzorem.
Pierwsze wrażenie po wejściu na plażę w Irakli
to nie kończące się metry sześcienne kompletnej pustki posezonowej, więc trudno sobie wyobrazić jak to wygląda w szczycie.
Plaża jest mała, acz czysta, rozglądamy się w poszukiwaniu jakichkolwiek atrakcji,
nie widzimy jednak nic ponad resztówkę baru, funkcjonującego zapewne w czasie sezonu. Nie ma wątpliwości: niczym Robinson i Piętaszek znaleźliśmy się na bezludnej wyspie. Wiem, że istnieją osoby lubiące taką intymność (przykładowo: „beztekstylni”), ale gdzieś trzeba mieszkać, coś do dzioba wrzucić...
Wracając do drogi głównej zaglądamy dla ciekawości do obiektu reklamującego się jako „dający do dyspozycji wszelkie wygody apartamentowe z telewizją satelitarną włącznie”.
Jest to zespół kilku bungalowów, ładnie ogrodzony, zadbany.
Niestety, nie wpadamy na pomysł zweryfikowania reklamy wyposażenia wnętrz, ani nawet sfotografowania terenu – najwyraźniej to pustkowie działa na nas odstraszająco. Lato to sezon pełni życia, krew krąży żywiej w organizmie, więc i w otoczeniu życie powinno przynajmniej pulsować, jeżeli nie tętnić pełną parą.
Zgoda, tłok i hałas to nie są zalety, ale atmosfera wymarłego kurortu jakoś nie kojarzy się z wakacyjną radością – raczej z cmentarzem.
Wyjeżdżając z Irakli dostrzegam mały mostek, mostek nie byle jaki - sławny, jako że lipcowa nawałnica w 2006 tak go podmyła, że Irakli zostało odcięte od świata. Teraz nie ma w okolicy śladu żadnych strat, ale być może coś przegapiliśmy.
Z Marcinem i Martą wybieramy się dziś na wycieczkę (niedaleką) do Nesebyru.
My już tam byliśmy ze trzy razy, ale to nie przeszkoda, a wręcz przeciwnie – dobrze wiemy, że warto tam spędzić trochę czasu.
Po drodze robimy wypad zwiadowczy do Irakli – to mała wioska zaraz za Obzorem.
Pierwsze wrażenie po wejściu na plażę w Irakli
to nie kończące się metry sześcienne kompletnej pustki posezonowej, więc trudno sobie wyobrazić jak to wygląda w szczycie.
Plaża jest mała, acz czysta, rozglądamy się w poszukiwaniu jakichkolwiek atrakcji,
nie widzimy jednak nic ponad resztówkę baru, funkcjonującego zapewne w czasie sezonu. Nie ma wątpliwości: niczym Robinson i Piętaszek znaleźliśmy się na bezludnej wyspie. Wiem, że istnieją osoby lubiące taką intymność (przykładowo: „beztekstylni”), ale gdzieś trzeba mieszkać, coś do dzioba wrzucić...
Wracając do drogi głównej zaglądamy dla ciekawości do obiektu reklamującego się jako „dający do dyspozycji wszelkie wygody apartamentowe z telewizją satelitarną włącznie”.
Jest to zespół kilku bungalowów, ładnie ogrodzony, zadbany.
Niestety, nie wpadamy na pomysł zweryfikowania reklamy wyposażenia wnętrz, ani nawet sfotografowania terenu – najwyraźniej to pustkowie działa na nas odstraszająco. Lato to sezon pełni życia, krew krąży żywiej w organizmie, więc i w otoczeniu życie powinno przynajmniej pulsować, jeżeli nie tętnić pełną parą.
Zgoda, tłok i hałas to nie są zalety, ale atmosfera wymarłego kurortu jakoś nie kojarzy się z wakacyjną radością – raczej z cmentarzem.
Wyjeżdżając z Irakli dostrzegam mały mostek, mostek nie byle jaki - sławny, jako że lipcowa nawałnica w 2006 tak go podmyła, że Irakli zostało odcięte od świata. Teraz nie ma w okolicy śladu żadnych strat, ale być może coś przegapiliśmy.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

