20.08.2015 12:08:30
16 września 2007, niedziela
To już ostatnia niedziela pobytu. Udajemy się do Burgas.
Po drodze zaglądamy do Primorska - też kompilacji miasteczka i hotelowiska, ale plaża zdecydowanie się nam nie podoba, choć wcale nie ma tłumów.
W burgaskim „Metrze” robimy tradycyjne zakupy spożywcze. Kupujemy rzeczy twarde - jak sirene i płynne - w procentażu winnym i nie-winnym. Maryla nie bardzo wierzy w jakość wrzuconego przeze mnie do koszyka wina Mecza Kryw (dopiero potem, w Polsce, stwierdziła, że widać miałem szczęście w znalezieniu dobrego rocznika). Sama wrzuca zgrzewkę innego wina - "wsmakowaliśmy" się bowiem w wina markowane Melnikiem, choć sygnowane przez producentów z Sandanski.
Wieczory zrobiły się chłodne, więc przytrafiło się nam już podgrzewanie wina. Skrzętna Maryla ma zawsze w bagażniku tradycyjną mieszaninę przypraw, dzięki której lepiej nam smakują tańsze gatunki win.
Na zakończenie dnia w Burgas zajeżdżamy do braci Kapucynów na niedzielną mszę popołudniową w kameralnym kościółku, celebrowaną w języku bułgarskim.
Parkujemy na placu przy dworcu kolejowym. W niedzielę o tej porze bywa zazwyczaj luźny.
Sam kościół wygląda niepozornie, przyklejony do zwykłego budynku ze sklepem z artykułami elektrycznymi - i jakby ginie...
Choć nie wiem, czy przypadkiem ów budynek nie został tak przyklejony, żeby kościół przestał być widocznym.
Latem odprawiana jest tam msza w języku polskim, jeśli dobrze pamiętam to o godzinie 10:30.
Ale i wtedy więcej jest wiernych przybyłych z ośrodków wczasowych lub indywidualistów jak my aniżeli lokalnej Polonii.
Przynajmniej takie jest moje odczucie.
Wszystkich wiernych policzyć można na palcach obydwu rąk.
Taka chwila skupienia bardzo się nam przydaje.
Już kończą się nasze wakacje, za kilka dni wyruszymy w drogę powrotną, więc jest za co dziękować Panu Bogu, prosząc przy okazji o łaskawość podróżną.
To już ostatnia niedziela pobytu. Udajemy się do Burgas.
Po drodze zaglądamy do Primorska - też kompilacji miasteczka i hotelowiska, ale plaża zdecydowanie się nam nie podoba, choć wcale nie ma tłumów.
W burgaskim „Metrze” robimy tradycyjne zakupy spożywcze. Kupujemy rzeczy twarde - jak sirene i płynne - w procentażu winnym i nie-winnym. Maryla nie bardzo wierzy w jakość wrzuconego przeze mnie do koszyka wina Mecza Kryw (dopiero potem, w Polsce, stwierdziła, że widać miałem szczęście w znalezieniu dobrego rocznika). Sama wrzuca zgrzewkę innego wina - "wsmakowaliśmy" się bowiem w wina markowane Melnikiem, choć sygnowane przez producentów z Sandanski.
Wieczory zrobiły się chłodne, więc przytrafiło się nam już podgrzewanie wina. Skrzętna Maryla ma zawsze w bagażniku tradycyjną mieszaninę przypraw, dzięki której lepiej nam smakują tańsze gatunki win.
Na zakończenie dnia w Burgas zajeżdżamy do braci Kapucynów na niedzielną mszę popołudniową w kameralnym kościółku, celebrowaną w języku bułgarskim.
Parkujemy na placu przy dworcu kolejowym. W niedzielę o tej porze bywa zazwyczaj luźny.
Sam kościół wygląda niepozornie, przyklejony do zwykłego budynku ze sklepem z artykułami elektrycznymi - i jakby ginie...
Choć nie wiem, czy przypadkiem ów budynek nie został tak przyklejony, żeby kościół przestał być widocznym.
Latem odprawiana jest tam msza w języku polskim, jeśli dobrze pamiętam to o godzinie 10:30.
Ale i wtedy więcej jest wiernych przybyłych z ośrodków wczasowych lub indywidualistów jak my aniżeli lokalnej Polonii.
Przynajmniej takie jest moje odczucie.
Wszystkich wiernych policzyć można na palcach obydwu rąk.
Taka chwila skupienia bardzo się nam przydaje.
Już kończą się nasze wakacje, za kilka dni wyruszymy w drogę powrotną, więc jest za co dziękować Panu Bogu, prosząc przy okazji o łaskawość podróżną.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

