25.08.2015 12:39:46
19 września 2007, środa
Noclegowisko nowe, w nieoswojonym państwie – tym niemniej wyspaliśmy się dobrze.
Po śniadanku, powoli odnosząc bagaże do autka, otrzymuję od gospodyni zaproszenie na kafanę, czyli ichnią kawcię.
Wiem, że przyrządzają ją na swój sposób, więc chętnie korzystam, oczywiście odczekując, aż się Maryla wyguzdra i przytaska na parter.
Chociaż kawka – zaparzana rzecz jasna w tygielku – jest mocno taka sobie, fajnie jest przyklapnąć na foteliku przed domkiem.
Gospodyni dopytuje się o nasze zawody, pracę, emerytury, codzienny żywot.
Miło się rozmawia, ale musimy się streszczać, bo czas w drogę.
Tak na marginesie - po kilku latach przyszło mi jechać do Turcji trasą kukurydzianą. Wyliczyłem nocleg właśnie u tych oponiarzy.
Podjechałem, gospodyni nas poznała ale miejscówka była zajęta. Szybki jej pomyślunek, chwila czekania i przyjeżdża jej zięć holując nas do swojego domku w małym miasteczku nieopodal.
Warto mieć takie miejscówki na trasie.
W końcu odpalam silnik. Droga zaczyna się polepszać, pojawia się wjazd na autostradę. Jesteśmy na wysokości Nisu, lecz nie w głowie nam zwiedzanie, przed nami jeszcze sporo kilometrów klasycznej autostrady z punktami żywienia i płacenia. Zaczynamy odmierzać czas zmniejszającą się liczbą kilometrów pozostałych do Belgradu.
Co do płatności za przejazd, to pierwszy odcinek od Aleksinacu do Belgradu kosztował 1050 dinarów, drugi od Belgradu do Starej Pazowy 400 dinarów. Chyba teraz niewiele więcej.
Przejazd obwodnicą Belgradu, dziwacznie wiodącą jakby przez centrum, daje nam do myślenia.
Zastanawia mnie stacja radiowo-telewizyjna: czy jest to owa słynna stacja zbombardowana przez Amerykanów?
Ostatnie kilometry autostrady za Belgradem to klasyczne pola kukurydziane.
Głód maltretuje nam żołądki, więc widząc przed gospodą "Stari As" w Begeč sporą gromadkę autek, zjeżdżam.
Tutaj muszą dobrze dawać żryć, skoro tyle klienteli, myślę sobie.
Niestety, musimy się obyć smakiem – odbywa się tu właśnie lokalne weselisko, więc głodny klient z zewnątrz nie może liczyć na więcej, aniżeli na wysłuchanie muzyki w stylu skocznego Bregovića.
Noclegowisko nowe, w nieoswojonym państwie – tym niemniej wyspaliśmy się dobrze.
Po śniadanku, powoli odnosząc bagaże do autka, otrzymuję od gospodyni zaproszenie na kafanę, czyli ichnią kawcię.
Wiem, że przyrządzają ją na swój sposób, więc chętnie korzystam, oczywiście odczekując, aż się Maryla wyguzdra i przytaska na parter.
Chociaż kawka – zaparzana rzecz jasna w tygielku – jest mocno taka sobie, fajnie jest przyklapnąć na foteliku przed domkiem.
Gospodyni dopytuje się o nasze zawody, pracę, emerytury, codzienny żywot.
Miło się rozmawia, ale musimy się streszczać, bo czas w drogę.
Tak na marginesie - po kilku latach przyszło mi jechać do Turcji trasą kukurydzianą. Wyliczyłem nocleg właśnie u tych oponiarzy.
Podjechałem, gospodyni nas poznała ale miejscówka była zajęta. Szybki jej pomyślunek, chwila czekania i przyjeżdża jej zięć holując nas do swojego domku w małym miasteczku nieopodal.
Warto mieć takie miejscówki na trasie.
W końcu odpalam silnik. Droga zaczyna się polepszać, pojawia się wjazd na autostradę. Jesteśmy na wysokości Nisu, lecz nie w głowie nam zwiedzanie, przed nami jeszcze sporo kilometrów klasycznej autostrady z punktami żywienia i płacenia. Zaczynamy odmierzać czas zmniejszającą się liczbą kilometrów pozostałych do Belgradu.
Co do płatności za przejazd, to pierwszy odcinek od Aleksinacu do Belgradu kosztował 1050 dinarów, drugi od Belgradu do Starej Pazowy 400 dinarów. Chyba teraz niewiele więcej.
Przejazd obwodnicą Belgradu, dziwacznie wiodącą jakby przez centrum, daje nam do myślenia.
Zastanawia mnie stacja radiowo-telewizyjna: czy jest to owa słynna stacja zbombardowana przez Amerykanów?
Ostatnie kilometry autostrady za Belgradem to klasyczne pola kukurydziane.
Głód maltretuje nam żołądki, więc widząc przed gospodą "Stari As" w Begeč sporą gromadkę autek, zjeżdżam.
Tutaj muszą dobrze dawać żryć, skoro tyle klienteli, myślę sobie.
Niestety, musimy się obyć smakiem – odbywa się tu właśnie lokalne weselisko, więc głodny klient z zewnątrz nie może liczyć na więcej, aniżeli na wysłuchanie muzyki w stylu skocznego Bregovića.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

