31.08.2015 13:10:53
Ostatnie kliknięcie fotki zamku i ruszamy przez Karpaty.
Pogoda – jak to w górach - się zbiesiła, czasami kropi deszczyk, po drodze widzimy dziwne zakłady energetyczne i dzikie połoniny, jak w Bieszczadach.
Pod Craiovą gubimy się, niezrozumiałe oznakowanie wyprowadza nas poza miasto, ale wracamy i ciągniemy w stronę przeprawy promowej Bechet-Orjachowo.
Droga jest kompletnie pusta, żadnej szansy na złapanie noclegu, ale nawierzchnia bez zarzutu.
Przed przystanią promową sznur tirów, pchamy się poza kolejką na chama, uiszczamy opłatę 6 euro sami nie wiedząc za co i oglądamy się za kasą biletową, której jakoś nie widać.
Szukając jej trafiamy do samej przystani, gdzie bramkarze sprowadzają nas na ziemię: bez kwitu nie pojedziesz.
Pedałuję zatem per pedes do kasy, i to dwakroć, bo za mało zabrałem kasiora.
Pełna opłata przewozowa uiszczona w okienku wynosi dla naszego kombika aż 26 euro. To kupa szmalu, ale wyboru nie mamy.
Czekamy na następną turę, na prom pakują nas dopiero, gdy ruinę i rdzę skrywa mocny półmrok.
Jesteśmy jedyną osobówką.
Do bułgarskiego nabrzeża dobijamy „po ćmoku”.
Straż graniczna spokojnie kieruje mnie do okienka, coby zakupić bułgarską winietkę. Natomiast bułgarski celnik dostaje amoku, gdy przejeżdżam pod okienkiem i, nie widząc żywej duszy, chcę jechać dalej...
Trzaska mi drzwiami, wyszarpuje paszporty do kontroli, pokazuje kto tu jest panem.
Sprowadzam go do parteru, zapowiadając bezrobocie celników i pograniczników po wejściu Bułgarii do Schengen...
Jakoś to jednak długo trwa, może i lepiej...
Ech, szkoda gadać...
Pogoda – jak to w górach - się zbiesiła, czasami kropi deszczyk, po drodze widzimy dziwne zakłady energetyczne i dzikie połoniny, jak w Bieszczadach.
Pod Craiovą gubimy się, niezrozumiałe oznakowanie wyprowadza nas poza miasto, ale wracamy i ciągniemy w stronę przeprawy promowej Bechet-Orjachowo.
Droga jest kompletnie pusta, żadnej szansy na złapanie noclegu, ale nawierzchnia bez zarzutu.
Przed przystanią promową sznur tirów, pchamy się poza kolejką na chama, uiszczamy opłatę 6 euro sami nie wiedząc za co i oglądamy się za kasą biletową, której jakoś nie widać.
Szukając jej trafiamy do samej przystani, gdzie bramkarze sprowadzają nas na ziemię: bez kwitu nie pojedziesz.
Pedałuję zatem per pedes do kasy, i to dwakroć, bo za mało zabrałem kasiora.
Pełna opłata przewozowa uiszczona w okienku wynosi dla naszego kombika aż 26 euro. To kupa szmalu, ale wyboru nie mamy.
Czekamy na następną turę, na prom pakują nas dopiero, gdy ruinę i rdzę skrywa mocny półmrok.
Jesteśmy jedyną osobówką.
Do bułgarskiego nabrzeża dobijamy „po ćmoku”.
Straż graniczna spokojnie kieruje mnie do okienka, coby zakupić bułgarską winietkę. Natomiast bułgarski celnik dostaje amoku, gdy przejeżdżam pod okienkiem i, nie widząc żywej duszy, chcę jechać dalej...
Trzaska mi drzwiami, wyszarpuje paszporty do kontroli, pokazuje kto tu jest panem.
Sprowadzam go do parteru, zapowiadając bezrobocie celników i pograniczników po wejściu Bułgarii do Schengen...
Jakoś to jednak długo trwa, może i lepiej...
Ech, szkoda gadać...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

