02.10.2015 11:36:35
Dzień trzeci - niedziela 6 września.
Otwieram oko - jakoś niemrawo też światło poranka przebija się przez zasłonę.
Idę wyjrzeć.
I łapię za komórkę.
![[Obrazek: sd37o8.jpg]](http://i62.tinypic.com/sd37o8.jpg)
Cóż, klasyczna bałkańska architektura.
Przygotowanie śniadanka i kanapek na drogę.
W chwilkę po wyjeździe z miasta kupuję BG winietkę na tankszteli.
Płatna kartą.
Pierwsze kilkadziesiąt km od Widynia lepiej nie wspominać.
Nawet mając skojarzenia z roku 2009 kiedy zaliczałem zwiedzenie Biełogradczika - wówczas odebrałem drogę jako bardzo dobrą.
Teraz jadąc przez Montanę i Wracę muszę sporo uważać aby nie uszkodzić zawieszenia nowego autka.
Już wcześniej zrezygnowałem ze zwiedzania Monastyru Łopuszańskiego - miałem szczery zamiar właśnie w jego okolicy - w kameralnej kyszcie dla gosti uczynić sobie odpoczynek.
Prognoza pogody kieruje nas do Czernomorca.
Z Łozeńca zrezygnowałem też prawie w ostatniej chwili dowiadując się o zakazie kąpieli spowodowanej zatruciem wody i plaży bakteriami z niewydajnej oczyszczalni ścieków.
Po drodze zakupy w Metro - głównie mastiki.
Wjeżdżamy do Czernomorca - jest jeszcze ciepło i sporo samochodów.
Znikną jutro przed południem.
Objeżdżamy znajome uliczki - szybko wpada mi w oko lokum reklamujące się jako apartament z wi-fi.
Oględziny i negocjacje cenowe. Rozpakowanie autka. Przed nami dwie nocki.
Idziemy na wieczerzę do mechany z kołem młyńskim.
Fajnie tam grają i śpiewają.
Nie wychodzimy głodni.
Wracając zaglądamy w okolice domku, który gościł nas przez kilka pierwszych lat.
Na podwórzu - na ławeczce dostrzegamy jakąś postać.
Kola ? - pytamy się i to właśnie on, nasz gospodarz.
Zaprasza do siebie.
Zasiadamy pod daszkiem jadalni ogrodowej.
Snujemy wspomnienia i aktualizujemy dane.
Kiedyś dziarski człek - młody emeryt górniczy - teraz dziadunio, pod laseczką.
Żona Zlatka, ta z którą stoimy przed ich domem - zamieszczona we wcześniejszych fragmentach relacji - nie żyje od 3 lat.
Nie chce się wierzyć ale Kola teraz przyznaje się, że zaliczył już 89 wiosenek.
Samotnie dochodzi dni swoich - jego jedyny syn od lat w Kanadzie.
Wracamy do siebie, zasiadamy na werandzie, jest jeszcze cieplutko ale znad lądu słychać pomruk nadciągającej burzy i chłodnego frontu atmosferycznego.
Pierwszy etap - sentymentalnej podróży za nami.
Otwieram oko - jakoś niemrawo też światło poranka przebija się przez zasłonę.
Idę wyjrzeć.
I łapię za komórkę.
![[Obrazek: sd37o8.jpg]](http://i62.tinypic.com/sd37o8.jpg)
Cóż, klasyczna bałkańska architektura.
Przygotowanie śniadanka i kanapek na drogę.
W chwilkę po wyjeździe z miasta kupuję BG winietkę na tankszteli.
Płatna kartą.
Pierwsze kilkadziesiąt km od Widynia lepiej nie wspominać.
Nawet mając skojarzenia z roku 2009 kiedy zaliczałem zwiedzenie Biełogradczika - wówczas odebrałem drogę jako bardzo dobrą.
Teraz jadąc przez Montanę i Wracę muszę sporo uważać aby nie uszkodzić zawieszenia nowego autka.
Już wcześniej zrezygnowałem ze zwiedzania Monastyru Łopuszańskiego - miałem szczery zamiar właśnie w jego okolicy - w kameralnej kyszcie dla gosti uczynić sobie odpoczynek.
Prognoza pogody kieruje nas do Czernomorca.
Z Łozeńca zrezygnowałem też prawie w ostatniej chwili dowiadując się o zakazie kąpieli spowodowanej zatruciem wody i plaży bakteriami z niewydajnej oczyszczalni ścieków.
Po drodze zakupy w Metro - głównie mastiki.
Wjeżdżamy do Czernomorca - jest jeszcze ciepło i sporo samochodów.
Znikną jutro przed południem.
Objeżdżamy znajome uliczki - szybko wpada mi w oko lokum reklamujące się jako apartament z wi-fi.
Oględziny i negocjacje cenowe. Rozpakowanie autka. Przed nami dwie nocki.
Idziemy na wieczerzę do mechany z kołem młyńskim.
Fajnie tam grają i śpiewają.
Nie wychodzimy głodni.
Wracając zaglądamy w okolice domku, który gościł nas przez kilka pierwszych lat.
Na podwórzu - na ławeczce dostrzegamy jakąś postać.
Kola ? - pytamy się i to właśnie on, nasz gospodarz.
Zaprasza do siebie.
Zasiadamy pod daszkiem jadalni ogrodowej.
Snujemy wspomnienia i aktualizujemy dane.
Kiedyś dziarski człek - młody emeryt górniczy - teraz dziadunio, pod laseczką.
Żona Zlatka, ta z którą stoimy przed ich domem - zamieszczona we wcześniejszych fragmentach relacji - nie żyje od 3 lat.
Nie chce się wierzyć ale Kola teraz przyznaje się, że zaliczył już 89 wiosenek.
Samotnie dochodzi dni swoich - jego jedyny syn od lat w Kanadzie.
Wracamy do siebie, zasiadamy na werandzie, jest jeszcze cieplutko ale znad lądu słychać pomruk nadciągającej burzy i chłodnego frontu atmosferycznego.
Pierwszy etap - sentymentalnej podróży za nami.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

