Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 1
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Płowdiw Kwietniowo
#1
Witam.

Dziękując wszystkim, którym podziękowania się należą zamieszczam swoją relację z Płowdiw.


Jestem szczęśliwym mężem swojej żony, która została wysłana na wykłady na uniwerku w Płowdiw. Oczywiście nie mogłem przepuścić takiej szansy i zabrałem się z nią. Tydzień na miejscu to sporo czasu, a biorąc pod uwagę, że wykładów ma raptem kilka to traktujemy ten wyjazd jak początek tegorocznych wakacji. Postaram się napisać kilka słów o tym, jak już się zorientowaliśmy, pięknym mieście i ogólnych wrażeniach z wyprawy.

Na pierwszy rzut podróż.
Plan był prosty - samolot do Sofii i później pociąg do Płowdiw.
Samolot jak to samolot - szybko i sprawnie. Niestety lotnisko w Sofii nie jest najlepiej skomunikowane z centrum i trochę czasu trwa dojazd komunikacją miejską (a tak staramy się zawsze jeździć) do kolejowego dworca centralnego. Biorąc pod uwagę, że mieliśmy raptem godzinę do pociągu (chcieliśmy zdążyć na ten o 18.30 bo następny był dopiero po 21) to zapadła szybka decyzja - taksówka. Wypłata z bankomatu i tu nastąpił zonk - wiedziałem, że trzeba jechać OK taxi, ale nie wiedziałem, że w nich też kroją na potęgę. Akurat jakaś podjechała pod wyjście. Szofer zgodnie z prośbą włączył taksometr więc ze spokojem się rozsiedliśmy i podziwialiśmy widoki. Wprawdzie zorientowałem się, że wiózł nas trochę okrężną drogą, ale machnąłem ręką - w końcu ile więcej zapłacę? Skoro kilometr to 1,29 lewa... O słodka naiwności.
Pod dworcem kierowca mówi, że należy się 50 lewów! Ja pierdziu - prawie spadłem z siedzenia. Ordynarnie nas orżnął! Nie wiem jak to zrobił, ale na liczniku tyle własnie było. Wkurzyliśmy się, ale co mogliśmy zrobić - czasu na kłótnię nie było, więc zażądałem potwierdzenia i ruszyliśmy na dworzec ze świadomością, iż daliśmy się oskubać. Jak się później okazało trafiliśmy chyba na podróbkę OK, bo podobno takowe też są. Kij z tym.
Dworzec w Sofii wygląda jak nasze z lat 80. Jest brudny, zaniedbany i robi mocno odpychające wrażenie. Wprawdzie remontują, ale wiecie jak to wygląda - na chwilę obecną jeszcze gorzej. Żeby było ciekawiej kasy umiejscowione są w podziemiach, ale to nie problem - idzie jakoś trafić. Na szczęście pociąg do Płowdiw to tylko 18 lewa za dwa bilety. Odszukaliśmy peron i wsiedliśmy. Wagony 2 klasy, więc luksusów nie było - typowa zaniedbana dwójka jaką najeździłem się za czasów studenckich do Torunia. Lekki smrodek, sporo brudu, ale jakoś jedzie - to najważniejsze.
Podróż dłużyła się mocno (prawie 3 godziny), ale rekompensowały to ładne widoki za oknem. Typowo górzyste klimaty. Niestety piękne okoliczności przyrody szpeciły tony śmieci, porzuconych składów kolejowych i sypiących się budynków. Na szczęście nie jesteśmy pierwszy raz w Bułgarii, więc nas to nie szokowało. Bardziej smuciło, że kraj z takim potencjałem turystycznym nie potrafi tego wykorzystać.
Kilkanaście minut po 21 jesteśmy na miejscu - dworzec w Płowdiw to lekka powtórka tego z Sofii. Bród i smród. Na szczęście kwaterka na ulicy Ivan Vazov to raptem kilka minut pieszo, więc w miarę sprawnie (raz tylko sympatyczny przechodzień musiał nam podpowiedzieć) trafiliśmy do celu. Właściciel wręczył nam klucze i poinstruował gdzie o tej godzinie można jeszcze coś zjeść, więc ruszyliśmy jeszcze w miasto. Główny plac Płowdiw to raptem kilkadziesiąt metrów, a z niego niedaleko do Dajany. Bułgarskie jedzenie - tego nam było trzeba. Czuszka biurek, frytki z sirene i giuwecz. Do tego Szumensko. Miodzio. W drodze powrotnej skupiliśmy się na podziwianiu ładnie podświetlonych uliczek. Jest pięknie.

CDN...


...W poniedziałek żona starła dodzwonić się na uczelnie żeby umówić się na terminy wykładów. Niestety nikt z osób odpowiedzialnych nie chciał podjąć decyzji i odsyłał do następnych. Po trzecim telefonie dostała namiary na osobę decyzyjną, która jednak nie odbierała telefonu. Ponowny telefon do "pierwszego kontaktu" i olśnienie - przecież dzisiaj są wybory władz uczelni i "pani decyzyjna" będzie zajęta do późna. Super - wolny dzień. Idziemy zwiedzać Płowdiw.
Pogoda piękna. Słoneczko, 15 stopni ciepła, ale odczuwalne więcej. Piękna wiosna.
Zaczynamy od Placu Centralnego. Jak nazwa mówi jest to centralny plac Płowdiw. Wielka, wyłożona lekko sfatygowanymi płytami przestrzeń z dwoma pomnikami. Miejscowych bohaterów i coś co przypominało tylny otwór psa. Raczej mało ciekawe miejsce, które jednak po jednej stronie ma wejście do pięknego parku Cara Simeona, a po drugiej stronie ruiny forum. Niestety jak spora część starożytnych zabytków wykopaliska wyglądają na mocno zaniedbane. Otoczone betonowo-drucianym płotem ze sporą ilością śmieci. Przykry widok. Na szczęście niedaleko znajdują się resztki Odeonu, które są fajnie wkomponowane w teren i przylegającą do nich drogę. To pokazuje, że może i forum doczeka lepszych czasów.
Idziemy dalej do ulicy Kniazia Aleksandra. Po drodze oczywiście fontanna i ratusz. Ładne uliczki, dużo sklepów. Zatrzymujemy się na kawę i dobrą bułkę z mozzarellą i pomidorem. Pychota.
Dochodzimy do miejsca Stadionu Rzymskiego i meczetu Dżumaja. Największe emocje wywołał Stadion. Nie da się ukryć, że wkomponowanie go w ulicę jest po prostu cudowne. Tworzy jedną, spójną całość. Niestety część została zaadoptowana do miejscowej galerii handlowej, a to już jak dla mnie jest lekką profanacją. Po prostu nie lubię takich połączeń. Takie zboczenie.
Ale samo miejsce, mało turystów (a właściwie nikogo oprócz nas), możliwość dotknięcia, przyjrzenia się wszystkiemu - super sprawa.
Obok znajduje się meczet. Piękny.
Idziemy dalej do Katedry. Cudowne, wybrukowane uliczki. Ludzie lekko rozleniwieni. Podobnie tabuny kotów. Wrażenie totalnego spokoju. Dochodzimy do Katedry. Pięknie położona na wzgórzu. Znowu jesteśmy sami, co sprawia mocno nierealne wrażenie. Weszliśmy do środka. Najpierw obowiązkowa świeczka i modlitwa, później samo wnętrze. Wszystko dookoła powoduje, że człowiek wie, iż jest w wyjątkowym miejscu. Nie wiem, czy to kwestia świadomości ile te mury mają lat, czy może zapachu kadzideł, ale czuje się tam podniosłą atmosferę. Aż nie chce się wychodzić.
Następnie udajemy się do najbardziej znanego zabytku Płowdiw - Amfiteatru.
Najpierw lekka konsternacja bo dookoła Amfiteatru ma swoją siedzibę Akademia Muzyczna. Mnóstwo młodzieży siedzącej na antycznych pozostałościach tworzyło tak odrealniony krajobraz, że aż zachwycało. Samo wejście do Amfiteatru kosztuje 5 lewa od osoby. Wchodzimy. Dla odmiany jesteśmy sami. Wszędzie można wejść, wszystkiego dotknąć. Niesamowite. Spędzamy sporo czasu, bo i pogoda piękna i sama możliwość samotnego zwiedzania takiego zabytku jest fajna. Po tym idziemy na kawkę i Szumensko w przylegającej kawiarence. Siedzisz przy starożytnych ruinach z pięknym widokiem na Płowdiw i góry pijąc jednocześnie ulubione piwo. Magia normalnie :-)
Nic co piękne nie trwa jednak wiecznie, więc poszliśmy stromymi schodami, zahaczając jeszcze o Kościół Św. Pietki w stronę Placu Centralnego. Obok kolejne wykopaliska z toną śmieci i połamanymi krzesłami, graffiti na starych murach. Szkoda tego piękna.
Lekko zmęczeni poszliśmy na kwaterkę na drzemkę. Po południu jeszcze raz do Dajany. Tym razem wątróbki z kurczaka, szopska, tarator. Jeść za bardzo się nie chciało, ale posiedzieć i owszem. Fajny, lokalny klimat podkreślany przez kilkanaście kotów, które łaziły przy stolikach nastrajał do lenistwa. Po tym spacerek po uliczkach i powrót na noc. Kolejny udany dzień.

CDN...


...No dobra, troszkę czasu jest to skrobnę relację z dwóch dni.
Wtorek zaczął się telefonem do koleżanki małżonki z uniwersytetu. Podjedzie ktoś po nią. OK - pomyślałem, że poczytam troszkę, pośpię sobie, ogólnie - poleniuchuję. Nie liczyłem, że żona wróci przed wieczorem.
Nie wziąłem pod uwagę, że to Bułgaria :-) Trzy godziny później telefon, że jest już po wykładach i wraca do hotelu. Nieźle bo miała do odbębnienia 8 godzin...
Nieważne - grunt, że mamy czas dla siebie.
Najpierw obiad. Tym razem wybór padł na Megdanę. Powiem jedno - jedna z lepszych restauracji w Bułgarii w jakich byliśmy. Polecam wszystkim, którzy będą w Płowdiw. Klimat, fajna obsługa i smak - wszystko na najwyższym poziomie. Dodatkowym atutem dla podróżnych może być bliskość dworca. Dosłownie rzut beretem.
Po dobrym posiłku postanowiliśmy trochę poszwendać się po centrum. Baklawa w tureckiej cukierni, drobne zakupy. W końcu usiedliśmy na kawie przy antycznym stadionie. Zapadł zmrok, a my jak urzeczeni patrzyliśmy na zmieniające się w świetle lamp ruiny - lekko fioletowe światło pięknie kontrastujące z żółtym oświetleniem pobliskiego meczetu tworzy naprawdę fascynujący widok.

Kolejny dzień to zwiedzanie dalszej części starego Płowdiw. Najpierw nowszy Kościół Pietki, później ruiny Bazyliki. Następnie idziemy do ruin bramy prowadzącej do starożytnego Philipoppol. Po drodze mijamy sklecone z różnych przypadkowych materiałów chatki miejscowych cyganów. Bieda, aż piszczy. Oczywiście kilka "dziur" z fragmentami ruin zawalonych śmieciami też się trafiło. Ten widok boli naprawdę.
Z ruin bramy wjazdowej udajemy się w stronę muzeów. Piękne, wąskie brukowane uliczki i częściowo odrestaurowane domy. Widać efekt inwestycji unijnych. Odwiedzamy muzeum etnograficzne, wystawę ikon, domy Balabanova i Hindliyana.
Wszystkie wystawy warte obejrzenia. Wstęp od 3 do 5 lewa za osobę. Co ciekawe we wszystkich miejscach po zakupie biletu zostajemy całkowicie sami. Nikt nie pilnuje, nie strofuje. Szok. Można wszędzie wejść, wszystkiemu przyjrzeć się z bliska. Jak przypomnę sobie cerbery pilnujące nasze muzea... W jednym miejscu to najpierw musieliśmy znaleźć panią bileterkę bo akurat pieliła coś w ogródku przy budynku i poprosić ją o bilety. Nikt nie pilnował eksponatów - totalny luz.
Rajd po muzeach zakończyliśmy na pięknym punkcie widokowym przy fortyfikacjach na wzgórzu Nebet.
Wieczorem poszliśmy zjeść do armeńskiej restauracji Erewań. Chciałem spróbować czegoś innego. Niestety oprócz gołąbków w liściach winogron nic nie wywołało naszego zachwytu. Niedojedzeni przeszliśmy do pobliskiej Chuchury. I to był dobry ruch. Niestety wybór dań Bułgarskich nie należy do największych, ale rekompensuje to ich jakością. Polecam szczególnie Szkembe Czorba - jedna z lepszych jaką jadłem.

CDN...


...Na czwartek zaplanowaliśmy spacer na Wzgórze Wyzwolenia (lub, jak kto woli - Wyzwolicieli) z pomnikiem żołnierza radzieckiego i Aleksandra II oraz muzeum archeologiczne.
Już samo podejście jest bardzo ciekawe. Malownicze zakątki z pięknymi widokami zachęcają do częstych postojów i podziwiania krajobrazu (że o sesjach zdjęciowych nie wspomnę). Przez to wchodzenie nie jest bardzo męczące. Na szczycie w pierwszej kolejności "wpada się" pod ładnie zadbany pomnik Cara. Widać, że Aleksander u Bułgarów wywołuje zupełnie inne skojarzenia niż u nas.
Niedaleko od monumentu grupka "ciężko" pracujących ludzi pali kolejnego papierosa siedząc na ławeczkach. Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić hołdują bardzo popularnej wśród miejscowych zasadzie - co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro, będziesz miał dzień wolnego. Coraz bardziej podoba mi się takie podejście :-)
Ostatni etap wycieczki na wzgórze to pokonanie kilkudziesięciu schodów prowadzących do wielkiego pomnika żołnierza radzieckiego. Widać podobnie jak z Carem, że bułgarskie skojarzenia z Armią Czerwoną są zgoła odmienne niż nasze.
Sam pomnik wykonany w typowym dla poprzedniego ustroju stylu. Jednak nie sam monument robi największe wrażenie, a widok Płowdiw roztaczający się z tarasu widokowego. Jest naprawdę imponujący. Spędziliśmy tam prawie godzinę, bo to i krajobraz piękny i słoneczko przygrzewało. Nie chciało się ruszać.
Po takiej labie ciężko było schodzić, ale co robić - życie to nie bajka :-) Samo zejście jest bardzo łatwe. Należy tylko uważać na mocno wypolerowane przez wodę kamienne schody. Są bardzo śliskie.
Udajemy się w stronę rzeki zdziwieni dużym ruchem samochodowym. Przebywanie w centrum skutecznie zatarło świadomość, że Płowdiw to jednak spore miasto.
Bez problemu trafiamy do muzeum archeologicznego. Obok niego jest ciekawa wystawa dotycząca zjednoczenia Bułgarii, ale nie mogliśmy jej zobaczyć - jakaś awaria.
Muzeum archeologiczne pracuje na zasadach takich jak inne. Wchodzisz, płacisz za bilet, pani zapala światło w salach i... zostajesz zupełnie sam. Możesz w spokoju skupić się na eksponatach z których najciekawszymi jest tak zwany tracki skarb (a właściwie jego kopia).
Dalsza część dnia to zleciała na totalnej labie i oglądaniu stoisk z miejscowym rękodziełem. Akurat w czwartek rozpoczęły się targi rzemieślnicze. Piękne ozdoby, rzeźby, ceramika, wypiekany na miejscu chleb. Wszyscy wystawcy w ludowych strojach i tłumy przechodniów. Wieczorem wizyta w Chuchurze, spacer po pięknie oświetlonym parku i pokaz sztucznych ogni.

Piątek przeznaczony był na pakowanie i zakupy drobnych upominków. Zostało trochę kasy to i Megdane zaliczyliśmy i pyszne lody w Afreddo - najlepszej lodziarni w mieście (polecam najbardziej o smaku tortu Sachera). Naprawdę cudowne uczucie posiedzieć w parku zajadając się pysznym deserem i słuchać muzyki z jeszcze nieotwartego amfiteatru (?) na wodzie. Ta ostatnia atrakcja widać, że będzie czymś wyjątkowym. Wielki zbiornik wodny z ukrytym pod powierzchnią wody mnóstwem sprzętu oświetleniowego i rozłożonym dookoła sprzętem nagłaśniającym. Cokolwiek to będzie - pokazy będą godne uwagi. Zgodnie z tablicą informacyjną ma zostać otwarte pod koniec maja.

Sobota to poranny pociąg do Sofii. Znowu 3 godziny pięknych widoków poprzecinanych stertą śmieci, ruinami domów, magazynów i porzuconymi składami kolejowymi. Śmialiśmy się, że to idealna sceneria dla filmu postapokaliptycznego.
Pod dworcem nasze "kochane" taksówki. I teraz już wiem jak daliśmy się naciągnąć - okolice opanowane są przez OK Citytrans. A powinniśmy szukać Supertrans. Biorąc pod uwagę, że zapis cyrylicą jest zbliżony, a wygląd logo praktycznie ten sam - łatwo się można naciąć.
Mając sporo czasu do odlotu zgodnie z sugestiami weszliśmy do metra. Sam dojazd na lotnisko kosztuje 1 lewa i jest dosyć łatwy chociaż brakuje porządnej informacji. Nawet mapki metra na poszczególnych stacjach nie uwzględniają jeszcze dojazdu na Letiszcie Sofia (to samo jest na oficjalnej stronie transportu publicznego w Sofii). Ja wiem, że to połączenie otwarto niedawno, ale jednak jest to przesada. W każdym razie przesiadki są (uwaga) jedna lub dwie. Obowiązkowa na stacji Serdika z linii 2 na 1 i możliwa na stacji Mladost I. Dlaczego możliwa? Po prostu co drugi skład jedzie na lotnisko (pozostałe do Bussines Parku). Trzeba przeczytać informację wyświetlaną w wagonie, albo na elektronicznej tablicy na peronie.

I to tyle z kwietniowej wyprawy.
Płowdiw to naprawdę piękne miasto. Warte każdej spędzonej w nim minuty. Planując przejazd nad morze weźcie poważnie pod uwagę lekką zmianę kursu. Dwa dni wystarczą na zobaczenie głównych atrakcji i poczucie atmosfery, która nas osobiście zauroczyła.
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
Płowdiw Kwietniowo - przez Philodendron - 27.05.2015 12:59:29
RE: Płowdiw Kwietniowo - przez myszabe - 27.05.2015 15:22:06
RE: Płowdiw Kwietniowo - przez sproket - 27.05.2015 18:43:00

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości