28.05.2015 07:39:40
odcinek dwunasty...
Podczas przejazdu przez Warnę jak zwykle mam kłopoty, gubię drogę - jak dla mnie oznakowanie jest fatalne, tablice kierunkowe zarośnięte są częstokroć drzewami i krzewami. Przebijam się przez centrum, tradycyjnie łapiąc kierunek według słońca, ale mam „wątpia”, więc zaczepiam przechodnia. Dobrze, że to nie noc - wtedy nie ma słońca i nie ma kogo zaczepić.
W Obzorze oglądamy plażę i idziemy na obiad (na pierwsze danie zupki: pileszka supa i szkembe czorba, a na drugie faszerowane papryki, czyli pyłneni czuszki - mniam, mniam). Tu ugadujemy sobie kwaterę na za tydzień. Najpierw gospodarze prowadzą nas do apartamentu za 20 euro, lecz widząc nasze kwaśne miny pokazują jeszcze własny pokoik w głównym budynku, cena 16 lewa. Akceptujemy.
Po południu docieramy do celu pierwszego – Łozenca. Poszukujemy kwatery, ale wybór niewielki, gospodarze nieprzygotowani, jest jeszcze przed sezonem.
W pensjonacie znanym nam z któregoś z poprzednich wyjazdów negocjujemy cenę. Staje na 25 lewa za dwójkę, czyli nietanio, ale że standard jest wysoki, zatrzymujemy się na 5 nocy.
Oto widok klasycznego klocka budowlanego, czyli domku dwurodzinnego zamienionego na pensjonat...
Nieźle zresztą dochodowy, skoro w sezonie gospodyni uruchamia oszklony pawilon handlując kosmetykami i tekstyliami plażowymi...
Interes kręci się na okrągło...
To, że jeszcze nie sezon, ma także inne wady. Wieczorami w restauracyjkach siedzą tylko robotnicy budowlani. Dlatego sami sobie pichcimy. Nasz kombik połknął maszynkę elektryczną (dwupalnikową), więc nie ma problemu. Na obiadek mamy kiseło mljako z tutejszego sklepu (krojone nożem) i ziemniaczki posypane świeżutkim koperkiem i pietruszką wprost z ogródka gospodyni (za zezwoleniem, oczywiście).
Podczas przejazdu przez Warnę jak zwykle mam kłopoty, gubię drogę - jak dla mnie oznakowanie jest fatalne, tablice kierunkowe zarośnięte są częstokroć drzewami i krzewami. Przebijam się przez centrum, tradycyjnie łapiąc kierunek według słońca, ale mam „wątpia”, więc zaczepiam przechodnia. Dobrze, że to nie noc - wtedy nie ma słońca i nie ma kogo zaczepić.
W Obzorze oglądamy plażę i idziemy na obiad (na pierwsze danie zupki: pileszka supa i szkembe czorba, a na drugie faszerowane papryki, czyli pyłneni czuszki - mniam, mniam). Tu ugadujemy sobie kwaterę na za tydzień. Najpierw gospodarze prowadzą nas do apartamentu za 20 euro, lecz widząc nasze kwaśne miny pokazują jeszcze własny pokoik w głównym budynku, cena 16 lewa. Akceptujemy.
Po południu docieramy do celu pierwszego – Łozenca. Poszukujemy kwatery, ale wybór niewielki, gospodarze nieprzygotowani, jest jeszcze przed sezonem.
W pensjonacie znanym nam z któregoś z poprzednich wyjazdów negocjujemy cenę. Staje na 25 lewa za dwójkę, czyli nietanio, ale że standard jest wysoki, zatrzymujemy się na 5 nocy.
Oto widok klasycznego klocka budowlanego, czyli domku dwurodzinnego zamienionego na pensjonat...
Nieźle zresztą dochodowy, skoro w sezonie gospodyni uruchamia oszklony pawilon handlując kosmetykami i tekstyliami plażowymi...
Interes kręci się na okrągło...
To, że jeszcze nie sezon, ma także inne wady. Wieczorami w restauracyjkach siedzą tylko robotnicy budowlani. Dlatego sami sobie pichcimy. Nasz kombik połknął maszynkę elektryczną (dwupalnikową), więc nie ma problemu. Na obiadek mamy kiseło mljako z tutejszego sklepu (krojone nożem) i ziemniaczki posypane świeżutkim koperkiem i pietruszką wprost z ogródka gospodyni (za zezwoleniem, oczywiście).
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

