02.06.2015 13:50:29
Mieszkamy niedaleko cmentarza, nic więc dziwnego, że któregoś dnia rano oglądamy przez okno pogrzeb. Kondukt idzie – lokalnym zwyczajem – z otwartą trumną, zaś po pochówku żałobnicy wracają z woreczkami poczęstunkowego ciasta.
Plaża pusta, przeczekujemy tylko agresywne, południowe słońce, a potem leżakujemy. Jesteśmy prawie sami - w oddali tylko mała grupka robotników, co to się urwali. Morze jeszcze chłodne.
Bułgarskie plaże nie mają monopolu na słońce. Tam też potrafią przyjść załamania pogody. Wtedy czyni się sporo podobnie jak nad Bałtykiem.
Zaczyna się burzą, potem sztorm, wszystko robi się czarne, nawet morze. Dlatego nazywają je Czarnym.
A jak pohula sztorm, to fale zmywają wszytko co na brzegu morza, nawet małe kawiarenki.
Parasole wbite bardzo mocno w piasek i umocnione padają jak muchy.
Plażowanie zazwyczaj na kilka dni staje się fikcją. Ot - co najwyżej można sobie pójść na spacer i powdychać bryzowego powietrza.
No to jeszcze dla kompletu perspektywa plaży w Łozeńcu.
Podczas takiej właśnie "niefajnej" pogody.
Straszyć nie zamierzam. Ale liczyć się z taką pogodą trzeba.
Takie właśnie silne załamanie pogody w Bułgarii nastąpiło w lipcu 1997, wtedy - w tym samym czasie była słynna wielka powódź w naszym kraju.
W kafejce netowej nie umiałem sobie poradzić z Gadu-Gadu, ichni "informatyk" też nie – jakiś niepokumany, pieron sakramencki.
Dobrze, że wymyślono jeszcze SMS-y.
Wieczory chłodnawe, szum morza koi uszy przemęczone hałasami minionego roku. Wyciągamy zaległe lektury, niektóre tygodniki mają po kilka miesięcy, ale to se ne vadi, nawet fajnie poczytać takie bzdurki z opóźnieniem.
Po prostu się BYCZYMY.
A czas sam sobie leci - jego sprawa!
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

