Rejs do Stambułu przebiega baaardzo lajtowo. Fala minimalna, wieje leciutko, wspomagamy się silnikiem, pijemy drineczki. Dopływamy w środku nocy. Miasto pięknie oświetlone odbija się w wodach Bosforu. Duże statki w nocy przez Bosfor nie płyną, promów też już nie ma więc sprawnie wychodzimy na morze Marmara.
Z nieba wali żar, wiatru prawie wcale. Modlimy się do Neptuna żeby choć trochę przywiało, bo póki co to mamy rejs emerycki. W południe zaglądamy na wyspę Marmara. To jedna wielka kopalnia marmuru. Wszystko jest z marmuru - falochron, nabrzeże, płytki chodnikowe, stoły w knajpkach. Śmiesznie wyglądają marmurowe stoły i plastikowe krzesełka.
Siadamy w ekskluzywnej knajpeczce. Ekskluzywność polega na tym, że jako jedyna ma stoliki z płyty paździerzowej. I plastikowe krzesełka. Zamawiamy 9 browarków marki Efes. Cena - 30 Euro. Czas płynąć dalej.
Płyniemy w stronę Dardaneli, zaczyna wiać. PŁYNIEMY!
Jest późne popołudnie. Wieje całkiem porządnie. Idziemy naprawdę szybko. Chyba dopłyniemy do Grecji wcześniej niż planowaliśmy.
Jest noc. Wieje mocno. Trzeba było zrefować żagle a i tak mamy 8 węzłów. Pod pokładem Kiro patrzy na podłogę i drapie się w głowę. To zawsze znaczy że wszystko jest OK, ale jednak coś się popsuło. Na podłodze stoi woda, w zęzie jest jej pełno. Spaliła się pompa zęzowa a płynąc ostrym kursem bierzemy wodę. Może nie za dużo, ale jej przybywa. Łapiemy wiadra i wywalamy za burtę. Trzeba szukać portu bo nocy raczej nie przetrwamy.
Pozdrawiam, Hary.

