Przepraszam za niepisanie, masa roboty, już się poprawiam.
Jest noc, na mocno zrefowanych żaglach idziemy 8 węzłów. Woda pod pokładem zaczyna być problemem, bo mimo ciągłej pracy prawie całej załogi za bardzo jej nie ubywa. Część załogi stwierdza - przecież jeszcze nie toniemy i spokojnie idzie spać. W sumie to mieli dużo racji - wszyscy nawet byśmy się tam nie zmieścili.
Odpalamy dizel grota. Cała na przód. To niweluje przechył i przestajemy nabierać wodę. Ale i tak trzeba szukać portu. Nikt nie ma pojęcia gdzie może być, bo nie udało nam sie zdobyć locji ani morza Czarnego ani Marmara. Szukamy na nawigacji najbliższego brzegu i jakiegoś zagłębienia i po jakimś czasie widzimy czerwone i zielone światła wejścia do portu - trafiamy na jakiś malutki port rybacki. Wbijamy się śmiało, mamy alibi. Cumujemy do nabrzeża i dość zmęczeni idziemy spać. Całe szczęście nikt nie przypłynął w nocy bo na bank zajęliśmy czyjeś miejsce.
Rano budzi nas cudna pogoda. Kiro idzie do miasta kupić nową pompę ale pompy nie ma. Nie niepokojeni przez nikogo wypływamy z portu. Musimy popłynąc do Galipoli. To duże miasto u wejścia do Dardaneli i tam na pewno kupimy pompę.
Płyniemy półwiatrem, jest cudna pogoda. Mijamy piękne wysepki, opalamy się, pijemy whisky z arbuza. Przy 4-5 węzłach duża Bavaria za bardzo się nie przechyla więc nie bierzemy wody. Żyć nie umierać.
Po południu wpływamy na szlak wodny duuużych jednostek. Zaczyna wiać. Musimy uważać na te kolosy bo zasuwają nadspodziewanie szybko a ich manewrowość jest mocno ograniczona. Czasami, mimo silnego wiatru trzeba odpalać diesla żeby uciec im z drogi. Odkrywamy, że płynąc lewym halsem bierzemy wodę a prawym nie. Prawdopodobnie jedna z łazienek pobiera wodę. Na wszelki wypadek czopujemy (mamy własne kołki!!!) rurę od pompy zęzowej (zawór zwrotny był w pompie a nie na rurze) i już bez sensacji dopływamy do miasta. Miasto ma duży port promowy ale nie ma portu jachtowego. Promy pływają jak tureccy taksówkarze. Wszędzie ich pełno, płyną tak szybko jak potrafią i trąbią na każdego w pobliżu.
Jest noc, na mocno zrefowanych żaglach idziemy 8 węzłów. Woda pod pokładem zaczyna być problemem, bo mimo ciągłej pracy prawie całej załogi za bardzo jej nie ubywa. Część załogi stwierdza - przecież jeszcze nie toniemy i spokojnie idzie spać. W sumie to mieli dużo racji - wszyscy nawet byśmy się tam nie zmieścili.
Odpalamy dizel grota. Cała na przód. To niweluje przechył i przestajemy nabierać wodę. Ale i tak trzeba szukać portu. Nikt nie ma pojęcia gdzie może być, bo nie udało nam sie zdobyć locji ani morza Czarnego ani Marmara. Szukamy na nawigacji najbliższego brzegu i jakiegoś zagłębienia i po jakimś czasie widzimy czerwone i zielone światła wejścia do portu - trafiamy na jakiś malutki port rybacki. Wbijamy się śmiało, mamy alibi. Cumujemy do nabrzeża i dość zmęczeni idziemy spać. Całe szczęście nikt nie przypłynął w nocy bo na bank zajęliśmy czyjeś miejsce.
Rano budzi nas cudna pogoda. Kiro idzie do miasta kupić nową pompę ale pompy nie ma. Nie niepokojeni przez nikogo wypływamy z portu. Musimy popłynąc do Galipoli. To duże miasto u wejścia do Dardaneli i tam na pewno kupimy pompę.
Płyniemy półwiatrem, jest cudna pogoda. Mijamy piękne wysepki, opalamy się, pijemy whisky z arbuza. Przy 4-5 węzłach duża Bavaria za bardzo się nie przechyla więc nie bierzemy wody. Żyć nie umierać.
Po południu wpływamy na szlak wodny duuużych jednostek. Zaczyna wiać. Musimy uważać na te kolosy bo zasuwają nadspodziewanie szybko a ich manewrowość jest mocno ograniczona. Czasami, mimo silnego wiatru trzeba odpalać diesla żeby uciec im z drogi. Odkrywamy, że płynąc lewym halsem bierzemy wodę a prawym nie. Prawdopodobnie jedna z łazienek pobiera wodę. Na wszelki wypadek czopujemy (mamy własne kołki!!!) rurę od pompy zęzowej (zawór zwrotny był w pompie a nie na rurze) i już bez sensacji dopływamy do miasta. Miasto ma duży port promowy ale nie ma portu jachtowego. Promy pływają jak tureccy taksówkarze. Wszędzie ich pełno, płyną tak szybko jak potrafią i trąbią na każdego w pobliżu.
Pozdrawiam, Hary.

