15.06.2015 00:51:49
Jakoś tak wypadło, że gdzieś od 2 w nocy do 8 rano byłem na pokładzie, więc w połowie Bosforu walnąłem się do koja.
W ogóle podczas całego rejsu nie dzieliliśmy się na żadne wachty. Zawsze był ktoś chętny żeby popilnować steru i jeszcze ktoś, żeby z nim pogadać i podać herbaty.
Po pewnym czasie zaczęło mocno bujać, ale to w spaniu nie przeszkadzało. Obudził mnie brak bujania.
Wychodzę na pokład.
Stoimy w porcie rybackim. Przed sobą widzę pylon nowego mostu przy Bosforze i duży kuter rybacki do którego jesteśmy przycumowani. Kumple opowiadają że wyszliśmy w morze ale fale miały ze 4 metry i wiało jak diabli. Po godzinnej walce trzeba było się poddać. W mordewind był za silny żeby ko pokonać. Schowaliśmy się w porcie rybackim.
Dobrzy rybacy za 3 browarki pozwolili przycumować się do ich kutra. Trochę gadamy ze sobą, oczywiście każdy po swojemu. Proponują nam świeże ryby za flaszkę. Savoy whisky momentalnie znajduje się na pokładzie i błyskawicznie, tak żeby Allach nie widział, ląduje w sterówce kutra. Za 15 minut dostajemy miednicę oprawionych świeżutkich ryb. Mąka do reklamówki + 4 rybki do środka i potrząsnąć, olej na patelnię i mamy smażalnię pod pokładem. Jako że za rybami to też jakoś nie przepadam to cały czas podawałem dalej. W końcu musiałem i ja spróbować.
No coś niesamowitego. Ja nie miałem pojęcia że ryby mogą być takie smaczne. Zjadałem łączne z chrupiącą skórką, pierwszy raz w życiu. Po godzinie szaleństwa wszystkie ryby zostały zjedzone.
I co tu robić z takim dniem??? Dzwonimy do znajomych żeby ściągnęli nam prognozę pogody i idziemy zwiedzać miasto. Własnie sprawdziłem. Nazywa się Rumelifeneri. Jako że nasze pieczywo to już prawie sama penicylina idziemy do piekarni. Oczywiście nikt z nas nie ma miejscowych futrzaków więc próbujemy kupić pieczywo za dolary lub euro. To jednak za mała mieścina na takie skomplikowane operacje finansowe. Dopiero w 2 albo 3 sklepiku gościu drapie się w głowę i po oberwaniu po łbie od jakiejś dziewuszki za 5 dolarów ładuje nam całą siatę świeżego chleba (taki biały, jak horwacki kruch), dokłada jeszcze jakieś rogaliki i ciastko. Pycha, chociaż ciastko takie słodkie że szok. Nie daliśmy mu rady w dziewięciu.
Dostajemy prognozę pogody. Jutro, koło 15 ma się poprawić i siła wiatru zmaleje znacząco.
Snujemy się po mieście. Nie goleni ot tygodnia, ogorzali słońcem, wiatrem i brakiem wody nie bardzo różnimy się od tambylców. Wieczorem, zachęcony porannym sukcesem kolega bierze 5 dolców i wali po świeży chlebek na resztę rejsu. Ustalamy, że jutro, chciał nie chciał musimy płynąć.
Resztę wieczoru spędzamy niszcząc zapasy Savoy'a na tyle jednak dyskretnie żeby nie obrazić Allacha.
Ale z tego co pamiętam, to jak jest ciemno to Allach nie widzi.
W ogóle podczas całego rejsu nie dzieliliśmy się na żadne wachty. Zawsze był ktoś chętny żeby popilnować steru i jeszcze ktoś, żeby z nim pogadać i podać herbaty.
Po pewnym czasie zaczęło mocno bujać, ale to w spaniu nie przeszkadzało. Obudził mnie brak bujania.
Wychodzę na pokład.
Stoimy w porcie rybackim. Przed sobą widzę pylon nowego mostu przy Bosforze i duży kuter rybacki do którego jesteśmy przycumowani. Kumple opowiadają że wyszliśmy w morze ale fale miały ze 4 metry i wiało jak diabli. Po godzinnej walce trzeba było się poddać. W mordewind był za silny żeby ko pokonać. Schowaliśmy się w porcie rybackim.
Dobrzy rybacy za 3 browarki pozwolili przycumować się do ich kutra. Trochę gadamy ze sobą, oczywiście każdy po swojemu. Proponują nam świeże ryby za flaszkę. Savoy whisky momentalnie znajduje się na pokładzie i błyskawicznie, tak żeby Allach nie widział, ląduje w sterówce kutra. Za 15 minut dostajemy miednicę oprawionych świeżutkich ryb. Mąka do reklamówki + 4 rybki do środka i potrząsnąć, olej na patelnię i mamy smażalnię pod pokładem. Jako że za rybami to też jakoś nie przepadam to cały czas podawałem dalej. W końcu musiałem i ja spróbować.
No coś niesamowitego. Ja nie miałem pojęcia że ryby mogą być takie smaczne. Zjadałem łączne z chrupiącą skórką, pierwszy raz w życiu. Po godzinie szaleństwa wszystkie ryby zostały zjedzone.
I co tu robić z takim dniem??? Dzwonimy do znajomych żeby ściągnęli nam prognozę pogody i idziemy zwiedzać miasto. Własnie sprawdziłem. Nazywa się Rumelifeneri. Jako że nasze pieczywo to już prawie sama penicylina idziemy do piekarni. Oczywiście nikt z nas nie ma miejscowych futrzaków więc próbujemy kupić pieczywo za dolary lub euro. To jednak za mała mieścina na takie skomplikowane operacje finansowe. Dopiero w 2 albo 3 sklepiku gościu drapie się w głowę i po oberwaniu po łbie od jakiejś dziewuszki za 5 dolarów ładuje nam całą siatę świeżego chleba (taki biały, jak horwacki kruch), dokłada jeszcze jakieś rogaliki i ciastko. Pycha, chociaż ciastko takie słodkie że szok. Nie daliśmy mu rady w dziewięciu.
Dostajemy prognozę pogody. Jutro, koło 15 ma się poprawić i siła wiatru zmaleje znacząco.
Snujemy się po mieście. Nie goleni ot tygodnia, ogorzali słońcem, wiatrem i brakiem wody nie bardzo różnimy się od tambylców. Wieczorem, zachęcony porannym sukcesem kolega bierze 5 dolców i wali po świeży chlebek na resztę rejsu. Ustalamy, że jutro, chciał nie chciał musimy płynąć.
Resztę wieczoru spędzamy niszcząc zapasy Savoy'a na tyle jednak dyskretnie żeby nie obrazić Allacha.
Ale z tego co pamiętam, to jak jest ciemno to Allach nie widzi.
Pozdrawiam, Hary.

