Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak to bujam się po Bałkanach rok po roku i przestać nie mogę.
#15
Chyba już czas na podsumowanie tegorocznej wyprawy. Na szczegółowe wspominki też znajdzie się chwila, na zdjęcia również. Obiecuję. Ale zacznijmy tego, co lubię najbardziej czyli od podróżowania. Na dzień dobry pociąg Warszawa - Budapeszt. Towarzystwo w przedziale? Wyjątkowo miłe. Dyrektor jednego z ważniejszych warszawskich muzeów wraz z dwoma synami w drodze do Rumunii na wycieczkę rowerową. Po rozmowach czuć, że jedziesz z człowiekiem wykształconym. Czysta przyjemność intelektualna. Budapeszt. Kilka godzin czekania na przesiadkę. Graty do przechowalni i na spacer. Przetartymi szlakami, ale o innej godzinie niż zazwyczaj. Rano też jest ciekawie. Lubię obserwować budzące się do życia miasto. Lubię widzieć, jak życie przyspiesza z każdą godziną. A najbardziej lubię być obok tego. Obserwować, ale nie uczestniczyć. To mam na co dzień w domu. Chyba po 14:00 meldujemy się na Keleti. Następny etap to Budapeszt - Zagrzeb. Węgierscy kolejarze (których ulubioną angielską frazą jest "we have a problem") na dzień dobry kasują trzy młode Brytyjki po 81 euro, ponieważ czeski kolejarz coś pochrzanił w ich kartach InterRail, i według Węgra nie miały ważnych biletów. Taki urok tych konduktorów. Problem wymawiają częściej niż hello.
W czasie ekstremalnie nudnego przejazdu do Zagrzebia jedynym urozmaiceniem była zmiana środka transportu z pociągu na autobus w jakiejś nieznanej nam z nazwy miejscowości, przejazd pojazdami zastępczymi (godzinka) i załadowanie się abarot do pociągu w kolejnej nieznanej nam z nazwy miejscowości. Dalsza podróż pociągiem przebiegła bez niespodzianek, do Zagrzebia zajechaliśmy jakoś po 21:00 i pierwszy, dwudziestoczterogodzinny przejazd łączony można było uznać za zakończony. Zakończony piwem w knajpie w pobliżu hostelu, w którym się zatrzymaliśmy. Dzień później w tej samej knajpie oglądaliśmy z miejscowymi olimpijski finał zawodów w piłkę wodną rozgrywany pomiędzy Chorwacją a Serbią. Chorwaci nie byli zachwyceni.
Zwiedzanie Zagrzebia to raczej temat na zdjęcia. Poza jednym wyjątkiem. Nudzisz się na starówce? Masz dosyć kręcenia się między turystami, którzy absolutnie nie patrzą jak idą? Mam dla ciebie rozwiązanie sprawdzone. Wsiądź w byle jaki tramwaj i pojedź na pętlę. Zobaczysz prawdziwe miasto i jego codzienność.
Kontynuując podróż. Następny etap, Zagrzeb - Lublana. Pociąg, choć spóźniony 45 minut, jedzie sprawnie, szybko i przez przyjemną okolicę (to zweryfikowaliśmy w drodze powrotnej do Zagrzebia. "Na tam" była paskudna pogoda i bardzo słaba widoczność). W Lublanie krótka przerwa i autobus do Bohinjskiej Bistricy. Alpy Julijskie są przecudowne, polecam z czystym sumieniem odwiedzenie tego zakątka Słowenii. Weryfikacja tej cudowności również musiała trochę poczekać. W dniu przyjazdu lało jak cebra.
Tu przerwa. Bohinj zasługuje na swój osobny wątek. Albo nawet dwa.
Koniec przerwy. 26 sierpnia Anno Domini 2016. Wasz oddany mastika świętuje urodziny (jeszcze raz dziękuję za życzenia). Prezent jaki dostałem? Chyba jeden z najlepszych możliwych. Podróż z Bohinjskiej Bistricy do Podgoricy. Czas trwania prezentu? Trzydzieści jeden godzin (w przybliżeniu). Etapy? Bistrica - Lublana - Zagrzeb - Belgrad - Podgorica. Środki przeznaczone na realizację? Autobus, sztuk jeden. Pociągi, sztuk trzy. Po kolei. Z Bistricy wyruszyliśmy około 13:00, w piątek. Późnym popołudniem zameldowaliśmy się w Lublanie. O 18:30 (chyba) wsiedliśmy w pociąg do Zagrzebia. Na miejsce dotarliśmy około 21:30, w międzyczasie weryfikując uroki linii kolejowej łączącej te dwie stolice. W Zagrzebiu był mały dylemat. Czy iść na autobus, który o 22:30 odjeżdżał do bośniackiego Neum, czy też może nie męczyć się w autobusie, tylko poczekać do 23:44 i uderzyć do Belgradu. Pociąg wygrał w przedbiegach. Dworcowa knajpa stała się świadkiem pierwszych toastów. Za kwadrans północ ruszyliśmy do stolicy Serbii. Towarzysz podróży? Po raz kolejny, bardzo udany. Młody jazzman wracał z wypadu do Włoch, gdzie ze znajomymi urządzali jam sessions. Kolejne piwa i niemożliwe ilości papierosów utylizowaliśmy przy magicznych dźwiękach Duka Ellingtona, Elli Fitzgerald czy samego Satchmo. I tak do trzeciej czy czwartej rano. O szóstej z minutami przyturlaliśmy się do Belgradu, pierwsze kroki? Oczywiście w stronę odjazdów. Trzeba wybrać kolejny cel. Podgorica, odjazd za jakieś dwie godziny? Pewnie, teraz to już z górki. Czas przejazdu? Jakieś dwanaście godzin, wliczając dwugodzinne opóźnienie. Towarzystwo? Wyborne. Nobliwy starszy pan w wieku lat dziewięćdziesięciu sześciu oraz dwie siostry w okolicach przedemerytalnych, odbywające epicką podróż z samego Las Vegas do Podgoricy. Pierwszą, po kilkunastu latach na obczyźnie.
21:00 z lekkim okładem i lądujemy w Podgoricy, meldujemy się w pierwszym lepszym motelu i idziemy na piwo.
To tyle na dziś Smile
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
RE: Jak to bujam się po Bałkanach rok po roku i przestać nie mogę. - przez mastika_fan - 15.09.2016 14:05:23

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości