Dalej wszystko toczy się gładko: Poprad, Bánréve-Král, wieczorem mijamy Bogács, w niesamowitej burzy docieramy do Gyula, gdzie po półtorej godziny poszukiwania stajenki życzliwa dusza uchyla przed nami wrót gospody przy stacji benzynowej.
Już po północy, ale nic to. Jesteśmy prawie na granicy węgiersko-rumuńskiej.
Przy okazji powracam do poprzedniego postu.
Otóż napomknąłem tam, że do luku bagażowego wrzuciliśmy prawie całą zawartość lodówki i spiżarni. Musieliśmy tak uczynić, bo zapasu w owych szafkach zawsze mamy sporo a decyzję wyjazdową podjęliśmy może z 3 dni przed wyjazdem.
Dalsza i bliższa rodzinka też była na wyjazdach, więc nie było kogo "obdarować".
Jesteśmy oszczędni na tyle, że mamy świadomość nie wyrzucania dóbr na które się ciężko zapracowało ale sensownego wykorzystania.
Lodówkę postanowiliśmy na czas wyjazdu wyłączyć, po co ma przez prawie 2 tygodnie żreć energię i to nie małą.
Natomiast dla równowagi mogę podzielić się swoją obserwacją o Bułgarach przyjeżdżających z głębi kraju nad morze i to w nieźle wypasionych brykach.
Przywożą z sobą bardzo dużo domowej rakii ale w oryginalnych flaszkach markowych zachodnich napitków. Znaczy się każdy ma swój sposób na szpanowanie.
Ja wolę swój, owe ziemniaki były nadzwyczaj smaczne z połączeniu z lokalnym "kisiałym mliakiem", więcej, nadzwyczaj zdrową kuracją "antymięsną".
No i jeszcze raz ta Gyula.
Jest jedną z miejscowości na pograniczu madziarsko - romkowym, posiadającą jeden z najładniejszych w tej części Europy kompleks basenów termalnych.
Polecam ją - szczególnie dla rodzin z małymi dziećmi jako miejsce i stałego pobytu jak też i na przykład 2 noclegów na trasie.
Brakuje mi ilustracji z tamtego okresu i miejsca.
Więc dla urozmaicenia opisu bułgarskich widoczków dokładam jeden obrazek z prowincji.
Klasyczna retro zabudowa małomiasteczkowa, wręcz wioskowa.
Żeby "cuś" takiego ujrzeć trzeba nieraz zjechać z głównej drogi.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

