18.11.2017 05:49:42
plan na środę był dosyć napięty i porozrzucany po mieście. ale najpierw silva jasne pełne na śniadanie, co miała być na kolację, oraz insza zawartość lodówki, już nie w płynie a w formie stałej i zapychającej, co by sił trochę mieć przynajmniej do osiemnastej. bilety by trzeba było jakieś zakupić, więc po znalezieniu odpowiedniej budki ratb z tymże stworzyliśmy mały zator, bo nam wyszło, że jak dzienny kosztuje 8 lei a tygodniowy 17 to wiadomo, że kupujemy tygodniowy. a ten jak się okazało tylko imienny. "pasport!" - głosem nie znoszącym sprzeciwu kolejna panienka z okienka zakomunikowała nam, że na zwykłej karcie nie da się go zakodować i musi wklepać nasze dane do systemu i nadrukować na kawałku plastiku. cała operacja zajęła jakieś 5 minut oraz kolejne 5 na kartę ziutka, czym raczej nie wzbudziliśmy zachwytu coraz to dłuższej kolejki w jednak dość uczęszczanym i popularnym punkcie miasta, jakim jest piata romana. mihai poprzedniego wieczora stwierdził jednak, że wyglądamy jak dwa bysiozakapiory i z naszą posturą oraz bojówkami na tyłku raczej mało kto będzie ryzykował i nas zaczepiał. więc kolejka grzecznie odstała swoje a my udaliśmy się na gara de nord w celu ogarnięcia, czy z biletem zakupionym przez net jest wszystko ok. bukaresztański dworzec to raczej mało ciekawa okolica o każdej porze, pełna wszelkiej maści naciągaczy polujących na frajerów, cinkciarzy, prywatnej inicjatywy transportowej w cenie biletu dookoła świata do tego mówiącej po polsku, oferentów płatnej miłości płci obojga itp, itd. także po załatwieniu tego, co trzeba było załatwić z gara de nord się ewakuowaliśmy do metra i robiąc rundę wokół centrum udaliśmy się na mecz 2 ligi metaloglobus-hermannstadt na położony we wschodniej części miasta pantelimon. pantelimon to może nie jest osiedle z kategorii "trójkąt bermudzki" gdzie wejść można, ale jeszcze trzeba wyjść, czyli berceni-ferentari-rahova położone w południowej części miasta, ale oczy dookoła głowy też trzeba mieć. po zakupieniu jakiejś wałówki z przepitką w lokalnym supermarkecie udaliśmy się na stadion, albo raczej coś co stadion przypominało, bo trybuna jedna, tymczasowa, wzdłuż jednej linii bocznej. po wnikliwej obserwacji i lustracji przez miejscowych czy aby nie z sibiu, chłopaki z trybuny jednak doszli do wniosku że mówimy w dziwnym narzeczu i chyba "din polonia" i łomotu nie będzie, ale na wszelki wypadek przysłali w przerwie jednego swojego, żeby zasięgnął języka i sprawdził kto zacz. w drugiej połowie już na nas nie zwracali uwagi, tym bardziej że dostali od sasów siedmiogrodzkich 3 szybkie bramy zaraz po przerwie. po meczu szybka zawijka do spalnii równie szybkie doprowadzenie się do porządku, bo za 2 godziny na 18 mieliśmy ustawione spotkanie ze znajomymi.

