29.06.2015 17:47:08
8 lipca 2007
Budzi nas poranek zadziwiająco ciepły jak na górskie już krajobrazy.
Odpalam rakietę i pożeram kilometry: Požega, Sevojno, Užice, Borova Glava, Kokin Brod...
Widząc punkty handlowe, a dokładnie pawiloniki typu GS, idziemy na zakupy.
Do torby wpada chlebek, serbskie piwo Jelen, no i domaszna rakija po 250 dinarów za literek.
W Velikej Župie robimy ostatnie zakupy, w przemyślany sposób pozbywając się dinarów. Nabywamy miejscowe przyprawy i lokalną wersję herbatki hibiscusowej, która pierwotnie zdawała się zmarnowanym groszem, ale w ostatniej fazie podróży, gdy dopadły nas bałkańskie upały, okazała się wyjątkowo smakowita i gasząca pragnienie lepiej niż tradycyjne napitki.
Z granicy serbsko-czarnogórskiej nic nie pamiętam, ale tego grzechu nie żałuję.
Notuję tylko, że w Montenegro non-stop jeździ się na światłach, zaś domy widziane przy drodze są skromniejsze i bez ogrodzeń.
Widzimy monastyr Moraca, ale niestety, odkładamy zwiedzanie „na zaśkę”.
Tunele i piękne górskie krajobrazy - choć kierowca widzi tylko 40% tego co pasażer(ka) - i tak cieszą oko.
Tak jak w rumuńskich Karpatach, nie chciałbym stracić takich krajobrazów przez nocną jazdę.
Późnym popołudniem zdobywamy Sukobin, gdzie po raz pierwszy pojawia się tablica "carina" – aha, to po ichniemu cło, czyli granica na horyzoncie.
Tymczasem droga robi się lokalna, bynajmniej nie sugerująca, że łączy dwa mocarstwa. Daje się jechać, tyle że trzeba mocno uważać przy mijaniu się z pojazdami z naprzeciwka. Nachodzi mnie wtedy refleksja, że przed dwudziestoma laty zlecaliśmy ówczesnym spedytorom jugosłowiańskim transport wina z Albanii, odbiór zaś następował w naszych 20-stopowych tank-kontenerach, więc teraz nie za bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie przejazd ciągnika z naczepą podkontenerową na tej trasie...
Budzi nas poranek zadziwiająco ciepły jak na górskie już krajobrazy.
Odpalam rakietę i pożeram kilometry: Požega, Sevojno, Užice, Borova Glava, Kokin Brod...
Widząc punkty handlowe, a dokładnie pawiloniki typu GS, idziemy na zakupy.
Do torby wpada chlebek, serbskie piwo Jelen, no i domaszna rakija po 250 dinarów za literek.
W Velikej Župie robimy ostatnie zakupy, w przemyślany sposób pozbywając się dinarów. Nabywamy miejscowe przyprawy i lokalną wersję herbatki hibiscusowej, która pierwotnie zdawała się zmarnowanym groszem, ale w ostatniej fazie podróży, gdy dopadły nas bałkańskie upały, okazała się wyjątkowo smakowita i gasząca pragnienie lepiej niż tradycyjne napitki.
Z granicy serbsko-czarnogórskiej nic nie pamiętam, ale tego grzechu nie żałuję.
Notuję tylko, że w Montenegro non-stop jeździ się na światłach, zaś domy widziane przy drodze są skromniejsze i bez ogrodzeń.
Widzimy monastyr Moraca, ale niestety, odkładamy zwiedzanie „na zaśkę”.
Tunele i piękne górskie krajobrazy - choć kierowca widzi tylko 40% tego co pasażer(ka) - i tak cieszą oko.
Tak jak w rumuńskich Karpatach, nie chciałbym stracić takich krajobrazów przez nocną jazdę.
Późnym popołudniem zdobywamy Sukobin, gdzie po raz pierwszy pojawia się tablica "carina" – aha, to po ichniemu cło, czyli granica na horyzoncie.
Tymczasem droga robi się lokalna, bynajmniej nie sugerująca, że łączy dwa mocarstwa. Daje się jechać, tyle że trzeba mocno uważać przy mijaniu się z pojazdami z naprzeciwka. Nachodzi mnie wtedy refleksja, że przed dwudziestoma laty zlecaliśmy ówczesnym spedytorom jugosłowiańskim transport wina z Albanii, odbiór zaś następował w naszych 20-stopowych tank-kontenerach, więc teraz nie za bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie przejazd ciągnika z naczepą podkontenerową na tej trasie...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

