02.07.2015 20:00:28
9 lipca 2007
Rankiem wychodzę nad morze. Jest już sporo osób, pewna grupka wygląda nawet tak, jakby całą noc spędziła na plaży. Dokonuję drobnych zakupów w narożnym straganie, między innymi kawałek sera typu feta, pieczywko, tomaty i 10 jajek na ulubione danie śniadaniowe – jajecznicę.
Wymieniam też w kantorze 10 euro.
Zaraz po śniadaniu wybieramy się w nieznane z całym rynsztunkiem, czyli parasolem plażowym, składanymi leżakami i wałówką. Nad morze mamy niedaleko. Rozbijam plażowe "obozowisko" i podchodzę do wody.
Ogarnia mnie tu uczucie trudne do zdefiniowania, słowo szok - to za mocne określenie, ale zaskoczenie - to już za słabo powiedziane, bo temperatura nasuwa i mnie, i Maryli skojarzenie z wodami termalnymi u Madziarów.
Czy to aby na pewno woda morska? Chyba tak, bo jest słona... Pierwszy raz w życiu wchodzę do morza bez dreszczy, jakie niejednokrotnie trzepały mną nie tylko nad Bałtykiem, ale też i nad Morzem Czarnym. Trudno dać wiarę, że jesteśmy nad Adriatykiem.
Sama plaża jest piaszczysta, choć nie od razu przyzwyczajamy się do koloru piasku przywodzącego na myśl ziemię z podwórka.
Nie specjalnie rajcuje nas też pewien widoczek: hełmy bunkrów betonowych, miejscami pogrupowanych po parę sztuk. Tyle już lat od rządów Envera Hodży upłynęło, a one stoją jak wojsko, w odstępach 100-200 metrów od siebie.
Czytałem, że w czasach reżimu zbudowano ich w całym kraju ponad 750 tysięcy, żeby zapewnić schronienie na wypadek inwazji radzieckiej każdej rodzinie albańskiej.
Dziś bunkry porasta trawa. W przypadku tych nad Adriatykiem solanka morska też swoje uczyniła, lepiej więc do nich nie podchodzić, z piasku wystają jakieś resztówki prętów zbrojeniowych. Ale po jakimś czasie i one wzrokowi nie wadzą.
Rankiem wychodzę nad morze. Jest już sporo osób, pewna grupka wygląda nawet tak, jakby całą noc spędziła na plaży. Dokonuję drobnych zakupów w narożnym straganie, między innymi kawałek sera typu feta, pieczywko, tomaty i 10 jajek na ulubione danie śniadaniowe – jajecznicę.
Wymieniam też w kantorze 10 euro.
Zaraz po śniadaniu wybieramy się w nieznane z całym rynsztunkiem, czyli parasolem plażowym, składanymi leżakami i wałówką. Nad morze mamy niedaleko. Rozbijam plażowe "obozowisko" i podchodzę do wody.
Ogarnia mnie tu uczucie trudne do zdefiniowania, słowo szok - to za mocne określenie, ale zaskoczenie - to już za słabo powiedziane, bo temperatura nasuwa i mnie, i Maryli skojarzenie z wodami termalnymi u Madziarów.
Czy to aby na pewno woda morska? Chyba tak, bo jest słona... Pierwszy raz w życiu wchodzę do morza bez dreszczy, jakie niejednokrotnie trzepały mną nie tylko nad Bałtykiem, ale też i nad Morzem Czarnym. Trudno dać wiarę, że jesteśmy nad Adriatykiem.
Sama plaża jest piaszczysta, choć nie od razu przyzwyczajamy się do koloru piasku przywodzącego na myśl ziemię z podwórka.
Nie specjalnie rajcuje nas też pewien widoczek: hełmy bunkrów betonowych, miejscami pogrupowanych po parę sztuk. Tyle już lat od rządów Envera Hodży upłynęło, a one stoją jak wojsko, w odstępach 100-200 metrów od siebie.
Czytałem, że w czasach reżimu zbudowano ich w całym kraju ponad 750 tysięcy, żeby zapewnić schronienie na wypadek inwazji radzieckiej każdej rodzinie albańskiej.
Dziś bunkry porasta trawa. W przypadku tych nad Adriatykiem solanka morska też swoje uczyniła, lepiej więc do nich nie podchodzić, z piasku wystają jakieś resztówki prętów zbrojeniowych. Ale po jakimś czasie i one wzrokowi nie wadzą.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

