12.11.2018 11:20:07
Wracając z wioski Montesinho poczuliśmy, że nasza Quinta, przy wszystkich swoich zaletach, ma jedną wadę - śniadania są podawane w godzinach 9:00-11:00.
Czasu portugalskiego! Czyli od 10:00 czasu polskiego.
Samo w sobie to jest nawet przyjemne, tak poleniuchować rano, ale w Portugalii obiady się jada w południe, a najpóźniej do piętnastej. Jak tu jeść obiad 2 godziny po obfitym śniadaniu?
Obfitym bo jak może być inaczej, kiedy jest do dyspozycji pyszny, własnej roboty biały ser wysuszony na kamień, takiż ser dojrzewający, jajecznica, wędliny, świeże owoce (figi świeże - pychota!) a na deser (deser do śniadania…) jeszcze ciepłe ciasto (najczęściej tarta z owocami)?
No chłop takiej siły w sobie nie ma, żeby się tego wszystkiego nie naż…eee nadegustować…
Żona twierdziła, że przynoszę jej wstyd tak często kursując pomiędzy naszym stolikiem i bufetem… Jaki wstyd? Ja tylko przynosiłem kolejne porcje "lekkiego śniadanka"
Nic dziwnego że na następny posiłek byliśmy gotowi późnym popołudniem.
Tylko że po 15ej to większość restauracji jest zamkniętych.
Wracamy sobie samochodem w kierunku Braganca i rozglądamy się za jakimś barem czy inną jadłodajnią.
Okolica słabo zaludniona i bar raczej się kojarzy z kawą lub piwem.
Z pokarmów "stałych" to raczej czipsy z torebki…
Aż tu nagle przy pustej drodze widzimy strzałkę do "Restaurante Tipico Javali" (Javal to jest portugalski dzik), o tutaj ->
Skręcamy, podjazd nie zachęca bo pusty.
Ale drzwi nie zamknięte, wchodzimy się rozejrzeć. Jakieś panie się krzątają ale raczej sprzątają kuchnię niż gotują. Na nasze pytanie o jakiś obiad kręcą przecząco głowami, ale wołają następną panią. Ta spogląda znacząco na zegarek i udaje się na zaplecze. Już mieliśmy wychodzić, kiedy wraca z kartą i propozycją nie do odrzucenia - z całej karty może nam przygotować tylko jedno danie - pokazuje zdjęcie w karcie. OK, cokolwiek byle było…
A potem była wyżerka!
Pani przyniosła wielki półmisek mięsiwa (raczej wołowina niż dziczyzna) w rewelacyjnym sosie z jadalnych kasztanów. Do tego miejscowe ziemniaki i fasolka.
Rzuciliśmy się na to, a kiedy talerze zaczęły prześwitywać spod mięsa pani pojawiła się ponownie i nałożyła nam drugą taką porcję…
Ufff, ciężko było ale trzeba bronić honoru Polaka na obczyźnie, daliśmy radę
Potem się wyturlaliśmy do samochodu… następnego dnia na obiad tylko zupka … no bo kto by odpuścił takie śniadanie?
Czasu portugalskiego! Czyli od 10:00 czasu polskiego.
Samo w sobie to jest nawet przyjemne, tak poleniuchować rano, ale w Portugalii obiady się jada w południe, a najpóźniej do piętnastej. Jak tu jeść obiad 2 godziny po obfitym śniadaniu?
Obfitym bo jak może być inaczej, kiedy jest do dyspozycji pyszny, własnej roboty biały ser wysuszony na kamień, takiż ser dojrzewający, jajecznica, wędliny, świeże owoce (figi świeże - pychota!) a na deser (deser do śniadania…) jeszcze ciepłe ciasto (najczęściej tarta z owocami)?
No chłop takiej siły w sobie nie ma, żeby się tego wszystkiego nie naż…eee nadegustować…

Żona twierdziła, że przynoszę jej wstyd tak często kursując pomiędzy naszym stolikiem i bufetem… Jaki wstyd? Ja tylko przynosiłem kolejne porcje "lekkiego śniadanka"

Nic dziwnego że na następny posiłek byliśmy gotowi późnym popołudniem.
Tylko że po 15ej to większość restauracji jest zamkniętych.
Wracamy sobie samochodem w kierunku Braganca i rozglądamy się za jakimś barem czy inną jadłodajnią.
Okolica słabo zaludniona i bar raczej się kojarzy z kawą lub piwem.
Z pokarmów "stałych" to raczej czipsy z torebki…
Aż tu nagle przy pustej drodze widzimy strzałkę do "Restaurante Tipico Javali" (Javal to jest portugalski dzik), o tutaj ->
Skręcamy, podjazd nie zachęca bo pusty.
Ale drzwi nie zamknięte, wchodzimy się rozejrzeć. Jakieś panie się krzątają ale raczej sprzątają kuchnię niż gotują. Na nasze pytanie o jakiś obiad kręcą przecząco głowami, ale wołają następną panią. Ta spogląda znacząco na zegarek i udaje się na zaplecze. Już mieliśmy wychodzić, kiedy wraca z kartą i propozycją nie do odrzucenia - z całej karty może nam przygotować tylko jedno danie - pokazuje zdjęcie w karcie. OK, cokolwiek byle było…
A potem była wyżerka!

Pani przyniosła wielki półmisek mięsiwa (raczej wołowina niż dziczyzna) w rewelacyjnym sosie z jadalnych kasztanów. Do tego miejscowe ziemniaki i fasolka.
Rzuciliśmy się na to, a kiedy talerze zaczęły prześwitywać spod mięsa pani pojawiła się ponownie i nałożyła nam drugą taką porcję…
Ufff, ciężko było ale trzeba bronić honoru Polaka na obczyźnie, daliśmy radę

Potem się wyturlaliśmy do samochodu… następnego dnia na obiad tylko zupka … no bo kto by odpuścił takie śniadanie?

