06.07.2015 17:57:15
Na deptaku spacerowym sporo młodzieży nastoletniej, ubranej normalnie, tak jak u nas w pierwszym lepszym kurorciku. Moją uwagę przykuwa niski wzrost i dziewczyn i chłopaków. Sam uważam się za średniaka, 178 cm bez kapelusza, ale tamtejsze 20-latki nie sięgają mi nawet ramienia. Ani jeden.
W kafejce zaanonsowanej na szyldzie jako internetowa stoją tylko monitory... ale telewizyjne. W liczbie dwa. Czyli zwykły barek.
Wracamy do pensjonatu.
Sąsiedzi obok nas, małżeństwo w wieku na oko 40 lat, zaczęli przygotowania do wieczerzy. Niespodziewanie zapraszają nas do siebie - widać, że są nas ciekawi. On ma na imię Angel, ona Elena.
Przysiadamy się do stołu, częstują nas swoimi specjałami, jest feta, sałatka z rodziny szopskiej i piwo Tirana (bardzo wysoka ocena).
Ja stawiam lokalną rakiję, ale oni nie są wysokoprocentowo-trunkowi - ich strata.
Podają też jakąś pseudo-sałatkę o kolorze i konsystencji wodorostów, o nieodgadnionym smaku. Bawimy się w zgadywanki – bezskutecznie. Gdy Maryla mówi "szpinak", Elena protestuje, że nie. Grzecznościowo się częstuję, ale zachwycony nie jestem.
Z Angelem i Eleną "przegadujemy" pół wieczoru, (cudzysłów daję ze względu na trudności w nawiązaniu komunikacji werbalnej). Angel zna tylko trochę greckiego - nie dziwota, Grecja kamieniem rzucić, ale chyba był tam „na robotach”, więc nie ma z nim pomostu językowego, Elena przyznaje się do zawodu nauczycielskiego i znajomości rosyjskiego, więc na tej bazie zaczynamy mówić bukwami...
Jednakże bardziej skuteczne okazują się skróty pojęciowe oparte o słowa zrozumiałe dla większości Europejczyków, poparte nadzwyczaj obfitą gestykulacją...
Wzajemne wypytywanie się dotyczy bardzo prozaicznych zagadnień, poczynając od wykonywanej pracy i zarobków, przez problemy i orientacje polityczne (szybko porzucone), a skończywszy na tematyce kulinarnej.
Po pewnym czasie na stół przywędrowuje kolejne danie - podduszone kalmary, co prawda mocno łykowate, ale można zjeść...
My proponujemy zieloną herbatę parzoną w szklanym dzbanku. Gospodarze się wahają w obawie, że wieczorem napój takowy może zadziałać na nich zbyt pobudzająco, ale w końcu próbują.
W rewanżu częstują nas jakimś gatunkiem lokalnej herbaty, oczywiście ziołowej, która nazywa się piluri (cytuję według zapisu dokonanego w naszym dzienniku przez sklepikarza w mini-markecie, gdzie przed wyjazdem zakupiliśmy sobie cały jej pęczek). Nam ta herbata przypomina kombinację zielonej z ziołami, między innymi szałwią i miętą. (Później piliśmy ją dość często w Bułgarii, a w naszym polskim domku przypomniała nam się w miniony weekend - jednak ma swój smak...)
No i jeszcze dodatkowo uradowała nas Pixi, znana forumowiczka, między innymi z Voyageforum, kupując nam w ubiegłym roku aż 2 opakowania owej herbaty w Grecji.
Tam jest znana ponoć pod nazwą "górskiej". Delektujemy się nią co weekend jako uzupełnienie po porannej kawie.
W kafejce zaanonsowanej na szyldzie jako internetowa stoją tylko monitory... ale telewizyjne. W liczbie dwa. Czyli zwykły barek.
Wracamy do pensjonatu.
Sąsiedzi obok nas, małżeństwo w wieku na oko 40 lat, zaczęli przygotowania do wieczerzy. Niespodziewanie zapraszają nas do siebie - widać, że są nas ciekawi. On ma na imię Angel, ona Elena.
Przysiadamy się do stołu, częstują nas swoimi specjałami, jest feta, sałatka z rodziny szopskiej i piwo Tirana (bardzo wysoka ocena).
Ja stawiam lokalną rakiję, ale oni nie są wysokoprocentowo-trunkowi - ich strata.
Podają też jakąś pseudo-sałatkę o kolorze i konsystencji wodorostów, o nieodgadnionym smaku. Bawimy się w zgadywanki – bezskutecznie. Gdy Maryla mówi "szpinak", Elena protestuje, że nie. Grzecznościowo się częstuję, ale zachwycony nie jestem.
Z Angelem i Eleną "przegadujemy" pół wieczoru, (cudzysłów daję ze względu na trudności w nawiązaniu komunikacji werbalnej). Angel zna tylko trochę greckiego - nie dziwota, Grecja kamieniem rzucić, ale chyba był tam „na robotach”, więc nie ma z nim pomostu językowego, Elena przyznaje się do zawodu nauczycielskiego i znajomości rosyjskiego, więc na tej bazie zaczynamy mówić bukwami...
Jednakże bardziej skuteczne okazują się skróty pojęciowe oparte o słowa zrozumiałe dla większości Europejczyków, poparte nadzwyczaj obfitą gestykulacją...
Wzajemne wypytywanie się dotyczy bardzo prozaicznych zagadnień, poczynając od wykonywanej pracy i zarobków, przez problemy i orientacje polityczne (szybko porzucone), a skończywszy na tematyce kulinarnej.
Po pewnym czasie na stół przywędrowuje kolejne danie - podduszone kalmary, co prawda mocno łykowate, ale można zjeść...
My proponujemy zieloną herbatę parzoną w szklanym dzbanku. Gospodarze się wahają w obawie, że wieczorem napój takowy może zadziałać na nich zbyt pobudzająco, ale w końcu próbują.
W rewanżu częstują nas jakimś gatunkiem lokalnej herbaty, oczywiście ziołowej, która nazywa się piluri (cytuję według zapisu dokonanego w naszym dzienniku przez sklepikarza w mini-markecie, gdzie przed wyjazdem zakupiliśmy sobie cały jej pęczek). Nam ta herbata przypomina kombinację zielonej z ziołami, między innymi szałwią i miętą. (Później piliśmy ją dość często w Bułgarii, a w naszym polskim domku przypomniała nam się w miniony weekend - jednak ma swój smak...)
No i jeszcze dodatkowo uradowała nas Pixi, znana forumowiczka, między innymi z Voyageforum, kupując nam w ubiegłym roku aż 2 opakowania owej herbaty w Grecji.
Tam jest znana ponoć pod nazwą "górskiej". Delektujemy się nią co weekend jako uzupełnienie po porannej kawie.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

