07.07.2015 19:45:14
11 lipca 2007
Rankiem szybko wymykam się na plażę, jestem jej bardzo ciekaw. Pogoda ładna, plaża raczej wąska, pasemkami kamienista, miejscami piaszczysta, ludzi jeszcze nie zalega wielu, a po przeciwległej stronie zatoki zgrupowanie moteli.
W centralnej części coś jakby niedokończony fragment mola, albo inaczej - oparta na słupach mocno wpuszczonych w morze restauracja.
Trochę dalej szumnie zwany „port”, poszliśmy do niego wczoraj przy okazji wieczornego spaceru. Przy nabrzeżu bujał się jacht i motorówka straży przybrzeżnej, z budyneczku "kapitanatu" wyjrzał jakiś mundurowy sprawdzając, kto to mu się po jego terytorium szwenda i łaskawym gestem udzielił nam zezwoleństwa na przebywanie. Widać było też przywiezione transportem morskim (czyli pewnie jakąś większą kabotażową łajbą) palety pustaków i cegieł.
Transportu takiego asortymentu drogą lądową, zwłaszcza tą którą dojechaliśmy tutaj, sobie nie wyobrażam.
Po śniadanku pora na kolejną dostawę świeżego prowiantu. Kupujemy lokalną mineralkę (najpopularniejsza nosi nazwę Glina, ale jest i smaczna i dosyć zmineralizowana), lokalny jogurt (tutaj nazywany kos), bardzo świeży i smaczny, szukamy też do naszej tradycyjnej, pośniadaniowej kawci drożdżówek, a tu za chorobę ich nie widać.
Maryla - jak to Maryla – tłumaczy jak Polak w Anglii, dużymi literami: DRO-ŻDŻÓ-WKA, a ja zrywam boki.
Ekspedientki wytrzeszczają oczęta i w najlepszym razie pokazują zwykłe bułki.
Załamani, bierzemy garstkę niesmacznych herbatników, lecz w drodze powrotnej napotykamy śmieszny napis na ścianie w bocznym zaułku: "BEREKTORY". Kojarzy mi się to z "derektorami" znad Wisły, ale okazuje się, że berektory w ogóle nie mają nóg i są nadzwyczaj smacznymi bułeczkami.
Około południa wyciągam z bagażnika parasol i leżaki, zbieramy się na plażę i tym razem znowu trzęsie nami szok, bo woda morska, chyba od jakiejś bryzy wymieszana, jest chłodna i w niczym nie przypomina tej z Durrës.
Tutaj też widnieją charakterystyczne grzybki bunkrów. Dla odmiany stylu architektonicznego chcemy zajrzeć do pobliskiej cerkiewki, ale jest zamknięta...
Rankiem szybko wymykam się na plażę, jestem jej bardzo ciekaw. Pogoda ładna, plaża raczej wąska, pasemkami kamienista, miejscami piaszczysta, ludzi jeszcze nie zalega wielu, a po przeciwległej stronie zatoki zgrupowanie moteli.
W centralnej części coś jakby niedokończony fragment mola, albo inaczej - oparta na słupach mocno wpuszczonych w morze restauracja.
Trochę dalej szumnie zwany „port”, poszliśmy do niego wczoraj przy okazji wieczornego spaceru. Przy nabrzeżu bujał się jacht i motorówka straży przybrzeżnej, z budyneczku "kapitanatu" wyjrzał jakiś mundurowy sprawdzając, kto to mu się po jego terytorium szwenda i łaskawym gestem udzielił nam zezwoleństwa na przebywanie. Widać było też przywiezione transportem morskim (czyli pewnie jakąś większą kabotażową łajbą) palety pustaków i cegieł.
Transportu takiego asortymentu drogą lądową, zwłaszcza tą którą dojechaliśmy tutaj, sobie nie wyobrażam.
Po śniadanku pora na kolejną dostawę świeżego prowiantu. Kupujemy lokalną mineralkę (najpopularniejsza nosi nazwę Glina, ale jest i smaczna i dosyć zmineralizowana), lokalny jogurt (tutaj nazywany kos), bardzo świeży i smaczny, szukamy też do naszej tradycyjnej, pośniadaniowej kawci drożdżówek, a tu za chorobę ich nie widać.
Maryla - jak to Maryla – tłumaczy jak Polak w Anglii, dużymi literami: DRO-ŻDŻÓ-WKA, a ja zrywam boki.
Ekspedientki wytrzeszczają oczęta i w najlepszym razie pokazują zwykłe bułki.
Załamani, bierzemy garstkę niesmacznych herbatników, lecz w drodze powrotnej napotykamy śmieszny napis na ścianie w bocznym zaułku: "BEREKTORY". Kojarzy mi się to z "derektorami" znad Wisły, ale okazuje się, że berektory w ogóle nie mają nóg i są nadzwyczaj smacznymi bułeczkami.
Około południa wyciągam z bagażnika parasol i leżaki, zbieramy się na plażę i tym razem znowu trzęsie nami szok, bo woda morska, chyba od jakiejś bryzy wymieszana, jest chłodna i w niczym nie przypomina tej z Durrës.
Tutaj też widnieją charakterystyczne grzybki bunkrów. Dla odmiany stylu architektonicznego chcemy zajrzeć do pobliskiej cerkiewki, ale jest zamknięta...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

