08.07.2015 16:19:42
12 lipca 2007
Rankiem z lekką niewiarą we własne umiejętności kierowcy odpalam maszynę. Obawiam się pierwszych kilometrów górskiej trasy, ale jakoś się jedzie.
Koło Dhermi ( tak miłe sercu Carnivalce ) mijamy stacyjkę benzynową (całe dwa dystrybutory), w której dokupiłem dwa dni temu kilkanaście litrów paliwa, a jej pracownik umiejętnie skojarzył moją narodowość, sylabizując "polski fiat".
Z góry mamy bardzo efektowny widok na plażę w Dhermi, w Radhime kolejna plaża widziana z wysoka, próbujemy zatrzymać się tu na łyczek kawy termosowej, ale w trzy pierony zmykamy do autka, gdyż temperatura spada do 16 stopni i wieje zimny górski wiatr.
Przejeżdżamy przez centrum Vlorë, podziwiając imponującą główną aleję wysadzaną palmami i co najmniej trzy bankomaty. Ale tak w ogóle to miasto jak miasto...
W Panaja notujemy kilka malowniczo położonych przy drodze restauracyjek i tawern, ale nam jeszcze nie jest głodno.
W Fier, godzinę lekcyjną później, skręcamy z drogi głównej do Divake, gdzie ponoć zięć Mussoliniego miał swoją willę. Przed wjazdem do strefy plażowej zatrzymuje nas szlaban. Kasują nas na 100 leków, płacimy i po chwili wjeżdżamy na „zaplecze plaży”, na drogę gruntową. Przed samym plażowiskiem pęta się patrol policyjny. Co oni sprawdzają, przecież warunki drogowe uniemożliwiają przekroczenie prędkości...
Wzdłuż plaży ciągną się jakieś prymitywne kempingi, bungalowy i rozwalające się budynki z gliny, być może wzniesione przed 50 laty jako zakładowe domy wczasowe. Mnie ich widok kojarzy się z czworakami dworskimi, teraz już w rozsypce - ale widzę, że jeszcze wciąż są zamieszkane.
W końcu parkujemy przy jakiejś przyzwoicie wyglądającej restauracyjce i idziemy na plażę.
Tu kolejne zaskoczenie: plaża jest szeroka na 300-400 metrów, takiej w Europie jeszcze nigdzie nie widziałem. Nad samą wodą sporo ciał smażących się promieniach słońca, parasoli relatywnie mało, widać za to „biznesmenów” fast-foodowych.
Rankiem z lekką niewiarą we własne umiejętności kierowcy odpalam maszynę. Obawiam się pierwszych kilometrów górskiej trasy, ale jakoś się jedzie.
Koło Dhermi ( tak miłe sercu Carnivalce ) mijamy stacyjkę benzynową (całe dwa dystrybutory), w której dokupiłem dwa dni temu kilkanaście litrów paliwa, a jej pracownik umiejętnie skojarzył moją narodowość, sylabizując "polski fiat".
Z góry mamy bardzo efektowny widok na plażę w Dhermi, w Radhime kolejna plaża widziana z wysoka, próbujemy zatrzymać się tu na łyczek kawy termosowej, ale w trzy pierony zmykamy do autka, gdyż temperatura spada do 16 stopni i wieje zimny górski wiatr.
Przejeżdżamy przez centrum Vlorë, podziwiając imponującą główną aleję wysadzaną palmami i co najmniej trzy bankomaty. Ale tak w ogóle to miasto jak miasto...
W Panaja notujemy kilka malowniczo położonych przy drodze restauracyjek i tawern, ale nam jeszcze nie jest głodno.
W Fier, godzinę lekcyjną później, skręcamy z drogi głównej do Divake, gdzie ponoć zięć Mussoliniego miał swoją willę. Przed wjazdem do strefy plażowej zatrzymuje nas szlaban. Kasują nas na 100 leków, płacimy i po chwili wjeżdżamy na „zaplecze plaży”, na drogę gruntową. Przed samym plażowiskiem pęta się patrol policyjny. Co oni sprawdzają, przecież warunki drogowe uniemożliwiają przekroczenie prędkości...
Wzdłuż plaży ciągną się jakieś prymitywne kempingi, bungalowy i rozwalające się budynki z gliny, być może wzniesione przed 50 laty jako zakładowe domy wczasowe. Mnie ich widok kojarzy się z czworakami dworskimi, teraz już w rozsypce - ale widzę, że jeszcze wciąż są zamieszkane.
W końcu parkujemy przy jakiejś przyzwoicie wyglądającej restauracyjce i idziemy na plażę.
Tu kolejne zaskoczenie: plaża jest szeroka na 300-400 metrów, takiej w Europie jeszcze nigdzie nie widziałem. Nad samą wodą sporo ciał smażących się promieniach słońca, parasoli relatywnie mało, widać za to „biznesmenów” fast-foodowych.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

