(09.07.2015 19:48:29)nunatak2 napisał(a): To widoki mieliście raczej słabe
Czekam na ciąg dalszy
![[Obrazek: 4hxqgk.jpg]](http://i59.tinypic.com/4hxqgk.jpg)
a znalazłem jeszcze dwie komórkowe fotki z tej plaży...
![[Obrazek: jb5ug6.jpg]](http://i57.tinypic.com/jb5ug6.jpg)
potem, to jest za rok zacząłem się ponownie bawić elektroniczną fotografiką kupując w sklepie "najniższej ceny" tani aparacik kodaka...
13 lipca 2007
Poranek przesypiamy, jako że w naszym apartamencie są wyjątkowo światłoszczelne żaluzje.
Śniadankiem delektujemy się jak nowożeńcy i znowu wybieramy się na plażę.
Ledwie stawiamy nasz prywatny parasol na plaży, zjawia się stróż parasolowy, ten od parasoli płatnych, i zaczyna dyskurs.
Chociaż rozbiłem parasol tak, że nawet nie sąsiaduje on z tymi płatnymi, młody człowiek jest uparty. Ja też. Wreszcie sugeruję mu, coby dla prawnego rozwiązania sporu wezwał lokalnego szeryfa, a gdy nie akceptuje sugestii - pokazuję mu czerwoną kartkę i olewam. Mamy błogi spokój - aż do czasu na kolejnej plaży, ale o tym dalej.
W ciągu dnia temperatura wody podnosi się na tyle, że z błogą chęcią zanurzam się w odmętach Adriatyku.
Wracamy na chwilę do apartamentu, coby spożyć własnoręcznie sporządzony posiłek, kartoszki plus kos. I co tu więcej gadać, czyli pisać?
Ileż można opisywać byczenie się na plaży? Nie zamiaruję konkurować z Elizą Orzeszkową...
Wieczorem natomiast mamy w swoim apartamenciku zabawę w chowanego z Wałęsą, czyli lokalną elektryką.
Otóż gwałtownie rozwijająca się na wybrzeżu albańskim infrastruktura turystyczna boryka się z brakami w dostawach energii elektrycznej.
Objawy są bardzo "zabawne", ale przede wszystkim zagadkowe: w całym mieszkaniu są co najmniej cztery fazy, włączane naprzemiennie.
Zanim się połapałem, o co chodzi, skoczyłem do gospodarza ze spaloną – w moim przekonaniu – żarówką.
Gospodarz grzecznie dostarczył nową, ale to nie pomogło.
Po jakimś czasie zaświeciły się obie, i to naraz.
Dalsze zbytki były z naszym czajnikiem elektrycznym, któren nagle się na nas obraził i przestał gotować wodę, więc musiałem ratować się rezerwą - czyli grzałką tradycyjną. Kląłem jak szewc, sądząc, że akurat teraz złośliwie padł nam czajnik.
A potem zaczęła się wieczorna opera chińska, czyli włączające się nagle i bez naszego udziału wentylatory, lampki podświetlenia kuchennego alebo też oświetlenie łazienkowe... nie chcąc bawić się z elektryką, olaliśmy ją i delektowaliśmy się wieczornymi efektami na werandzie.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....


