24 lipca 2007
Rankiem pakujemy zabawki i meldujemy się przed właśnie otwieranymi termami.
Autko czeka na nas tym razem daleko, na kempingu, bo raz – „za frico”, dwa - w cieniu (w bagażniku mamy słynne, bułgarskie sirene, a choć w solidnym zakonserwowaniu, to zawsze jednak produkt spożywczy).
Baseny nam się podobają, zaliczamy prawie wszystkie.
Wkrótce zaczyna się pogaducha, jako że posłyszano naszą gwarę i zaraz dołączyli się krajanie, to znaczy jakieś młode małżeństwo spod Lublina, pierwszy raz u Madziarów.
Z rozmowy z nimi, a raczej prowadzonego przez nas instruktażu, zorientowaliśmy się jak mizerne mają ludziska pojęcie o kraju naszych bratanków.
O 13:30 przekraczamy granicę w Sátoraljaújhely, trzy godziny później wita nas granica w Leluchowie.
Wkrótce potem Muszyna i na niebie pojawiają się czarne chmury zwiastujące rychłą burzę, więc biegnę szybko do bankomatu PKO BP po polską walutę i chronimy się w karczmie "Rzym" w rynku, by zjeść spóźniony obiadek.
Obiadek, nie powiem, smaczny, ale po wjechaniu na autostradę za Krakowem mina lekko mi rzednie, gdy płacąc banknotem dziesięciozłotowym otrzymanym w ramach reszty z rachunku w "Rzymie" dowiaduję się, że jest on podróbką...
W domu meldujemy się o 21:15 ciesząc się, że to już Polska i zarazem smucąc się, że to już nie Bułgaria.
Poczekajcie jeszcze - to nie koniec bajdurzenia o Bułgarii...
Rankiem pakujemy zabawki i meldujemy się przed właśnie otwieranymi termami.
Autko czeka na nas tym razem daleko, na kempingu, bo raz – „za frico”, dwa - w cieniu (w bagażniku mamy słynne, bułgarskie sirene, a choć w solidnym zakonserwowaniu, to zawsze jednak produkt spożywczy).
Baseny nam się podobają, zaliczamy prawie wszystkie.
Wkrótce zaczyna się pogaducha, jako że posłyszano naszą gwarę i zaraz dołączyli się krajanie, to znaczy jakieś młode małżeństwo spod Lublina, pierwszy raz u Madziarów.
Z rozmowy z nimi, a raczej prowadzonego przez nas instruktażu, zorientowaliśmy się jak mizerne mają ludziska pojęcie o kraju naszych bratanków.
O 13:30 przekraczamy granicę w Sátoraljaújhely, trzy godziny później wita nas granica w Leluchowie.
Wkrótce potem Muszyna i na niebie pojawiają się czarne chmury zwiastujące rychłą burzę, więc biegnę szybko do bankomatu PKO BP po polską walutę i chronimy się w karczmie "Rzym" w rynku, by zjeść spóźniony obiadek.
Obiadek, nie powiem, smaczny, ale po wjechaniu na autostradę za Krakowem mina lekko mi rzednie, gdy płacąc banknotem dziesięciozłotowym otrzymanym w ramach reszty z rachunku w "Rzymie" dowiaduję się, że jest on podróbką...
W domu meldujemy się o 21:15 ciesząc się, że to już Polska i zarazem smucąc się, że to już nie Bułgaria.
Poczekajcie jeszcze - to nie koniec bajdurzenia o Bułgarii...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....

