Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
Zauważyłam, że obaj dawkujecie emocje Wink Muszę uzbroić się w cierpliwość!
Odpowiedz
(23.07.2015 21:53:01)Bulgaricus napisał(a):
(23.07.2015 21:50:18)nunatak2 napisał(a): Co tak króciutko jacky? Dorzuć choć kilka zdań... Wink

Jacky jest bardziej oszczędny ode mnie w pisaniu Smile

I na szczęście!
Odpowiedz
(23.07.2015 21:56:55)dżek napisał(a):
(23.07.2015 21:53:01)Bulgaricus napisał(a):
(23.07.2015 21:50:18)nunatak2 napisał(a): Co tak króciutko jacky? Dorzuć choć kilka zdań... Wink

Jacky jest bardziej oszczędny ode mnie w pisaniu Smile

I na szczęście!

Czemu na szczęście, to mam wcale nie pisać ?
Odpowiedz
Zdecydowanie się nie zgadzam
Odpowiedz
Kto mówi, że nie! Ale z umiarem!
Odpowiedz
30 sierpnia 2007, czwartek
Rankiem oglądam otoczenie, czyli podwórko i ogródek.
Pomimo "zimowiskowego” charakteru wioski widać mocno zaawansowane przygotowania pod kątem letnich gości. Prognoza pogody obejrzana w telewizji słowackiej (a także sprawdzona wcześniej w internetowej pogodynce) nie napawa, niestety, optymizmem. Nie ma co się łudzić, chłopy i baby – bydzie loć.
Na pograniczu z Magyarlandem pogoda się poprawia.
Konsumujemy posiłek na obrzeżach Tokaju.
Buduje się tam coraz więcej piwniczek, pseudo-piwniczek i punktów noclegowych. Przy następnej okazji trzeba się będzie tym zainteresować bliżej.
Kolejna granica - z Rumunią, znów pusto, jedziemy dalej.
Wiem, że za Zalău mój starszy syn nocował kiedyś w fajnym motelu i mam jego adres, ale gdy doń docieramy, dowiadujemy się, że nie ma wolnych pokoi.
Nie do końca dajemy wiarę, bowiem na parkingu stoją jeno dwa autka... Prawdopodobnie kelnerka w restauracyjce motelowej, pełniąca jednocześnie funkcję recepcjonistki, woli olać kolejnego petenta, bo po co ma się wysilać za te same pieniądze. Albo nie zdążono posprzątać po poprzednich klientach...
Trudno, toczymy się dalej.
Robi się ciemno, zaczyna padać.
Zaglądamy do kilku moteli po drodze, niestety - historia się powtarza.
Za Alba Iulia, w Unirea kątem oka widzę z lewej strony parking dla tirów i szyld jakiejś knajpy.
Na jej tyłach stoi „Pensiunea Robert”. Gdy wchodzimy do knajpy, w nasze nozdrza uderza aromat dobrego żarełka - ale nie teraz, jeszcze nie teraz, Jacky!
Zwracam się do barmanek ze śmiałym zapytaniem o cazare (czyli pokój - akurat mi się to słówko przypomniało).
Słysząc to, siedząca przy stoliku kobieta, pewnikiem właścicielka, podnosi się i idzie po klucze.
Pokazuje nam pokoik na zapleczu knajpy, sympatyczny, schludny, z telewizorem. Na pytanie "ile" wymienia cenę 50 lei (częściowo posługując się palcami).
Upewniamy się, czy cena dotyczy całego pokoju i wnosimy nasze manatki, po czym niezwłocznie udajemy się do knajpy.
Analiza menu nie trwa długo, tradycyjnie decydujemy się na zupki, każda inna, z drugich dań wybór pada zaś na zapiekany ser kaszkawał i na... specjalność kuchni.
Wprawdzie nazwa owej specjalności figuruje w menu tylko po rumuńsku, a barmanka nie umie wyklarować co to jest, ale ja wiem – czuję to którymś tam zmysłem - że musi to być coś dobrego.

Któryś tam zmysł mnie nie zawodzi – dostaję słuszną porcję wyśmienitej golonki w sosie fasolowo-pomidorowym, mięciutkiej i tak dużej, że wystarcza dla nas dwojga. Ser natomiast, chociaż smaczny, jest raczej mizernych rozmiarów (aczkolwiek obywa się bez lupy).
Do tego piwko...
Jedząc, dyskretnie obserwujemy innych gości.
Wkrótce przybywają trzy pary nastolatków, na oko z przedziału wiekowego 16-17 lat. Zamawiają sobie pożywne posiłki z dużą ilością frytek, a my się zastanawiamy, gdzie są ich rodzice, jako że na zegarze jest już 23:15, lokal daleko za wsią, a młodzi nie są ani per pedes, ani na rowerkach.
Cóż, takie są przemiany obyczajowe - nie tylko w naszym kraju...
Niedaleko nas zasiada kolejna para młodych ludzi; jedzą niewiele, zamawiają butelkę wina Cotnari, ale nie opróżniają jej nawet w jednej trzeciej i szybko znikają.

Później domyślam się, że są naszymi sąsiadami zza ściany i tak im było spieszno do pościeli, że ledwie napoczętą flaszkę zostawili na stole, ku radości barmanek.
(Widziałem, jak po pewnej chwili barmanki, skulone pod kontuarem, ukradkiem częstowały się pozostałością flaszki.)
Późno. Czujemy upływający czas.
Tuż po północy walczymy z baterią (wodną) pod natryskiem.
Woda płynie, lecz z powodu braku oświetlenia poruszamy się w łazience po omacku.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Od razu mi lepiej. Dzięki za kolejny tekst Smile
Odpowiedz
(24.07.2015 06:26:40)nunatak2 napisał(a): Od razu mi lepiej. Dzięki za kolejny tekst Smile

no jadziem dalej Panie Zielonka Big Grin

31 sierpnia 2007, piątek

Ruszamy po śniadanku. Pogoda się kisi, markotno się robi...
Przed Sibiu skręcamy w boczną drogę do bardzo starego kurortu Ocna Sibiului (jego dawna nazwa to Salzburg), do którego już kilka razy sobie obiecywałem zajrzeć.
Najpierw przejeżdżamy przez "zmodernizowaną" wioskę (piszę w cudzysłowie, jako że widać tu rękę, a raczej skarbonkę nowobogackich z pobliskiego Sibiu).
Tak, już i do Rumunii sięgnął "trynd" na uwspółcześnianie staroci architektonicznych...
W Ocna Sibiului zaglądamy na teren nowoczesnego kompleksu kąpielowego, zlokalizowanego obok świeżo wybudowanego hotelu.
Wstęp niby wolny, ale pustawo, w basenie pływają ze dwie osoby.
Mierzymy ręką temperaturę wody - niewiele ponad 20 stopni.
Następnie przechodzimy do domu zdrojowego, mocno przypominającego myślą architektoniczną stare łazienki w Krynicy.
Zaglądamy do środka - korytarze gabinetów lekarskich i zabiegowych.
Zachodzimy do wewnętrznego basenu termalnego – jest to miniatura Basenu Wojciecha z Lądka Zdroju, ale w marmurach, widać przepych czasów przedwojennych.
„Mieszanym europejskim” próbujemy nawiązać kontakt werbalny z panią doktor z recepcji, lecz ta – od początku nieufna - chowa się pod ladę, więc Maryla nie ma z kim pogadać.
Cóż... zostaje nam na pocieszenie lektura tablicy pamiątkowej ku czci fundatora, czy tam założyciela uzdrowiska.
Kiedy wreszcie recepcjonistce „doktorowej” powraca śmiałość i wznawia z Marylą rozmowę to zaraz przypomina się jej "stara miłość" do kolegi Polaka na stażu medycznym w Germanii, nawet parę polskich słówek…
Maryla mierzy jeszcze, tym razem za pomocą specjalistycznego sprzętu zwanego termometrem lekarskim, temperaturę wody w termie.
Dobre moczydło!
Tyle że... cennik za jednorazowe skorzystanie prawie na poziomie małego aquaparku.

Może kiedyś ponownie tu zajrzymy – ale dopiero, gdy dojdzie do tego, że będziemy mieć za dużo kasy na koncie.      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
[Obrazek: 246l835.jpg]

Mały przerywnik w relacji - prezentacja "pamiątek" przywiezionych przed laty z BG z zadomowionych w naszym przydomowym ogródku... 

Przywiezione z Czarnomorca - krzak figi od gospodyni Tranulka i hortensje od gospodyni Doczka



Внос от Czarnomorca - храстови смокини от домакинята Tranulka и хортензии от домакинята Doczka
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Leczniczą specjalnością Ocna Sibiului są słone jeziora.
Na obszarze ponad 50 hektarów jest ich sporo – jedne tylko słone, inne słone i ciepłe dzięki zdolności gromadzenia energii słonecznej.
Największym szacunkiem cieszy się tak zwane Jezioro Bez Dna, 32-metrowej głębokości pomnik przyrody z niespotykanym efektem heliotermicznym, ale jest też wiele innych, gorąco polecanych przez foldery.
Tutejsze wody mają być cudowne jako panaceum na reumatyzm i choroby, na które zapadają jeno niewiasty.
Idziemy obejrzeć dwa największe polodowcowe klejnoty w okolicy... eee gdzie tam - rozpędziłem się - dwa duże stawy, będące dawnymi solnymi wyrobiskami pokopalnianymi. Jeden z nich ma nawet odpowiednią nazwę: Jezioro Opuszczonej Kopalni, a choć jest najgłębszym antropogenicznym zbiornikiem słonowodnym Rumunii (160 metrów), nie ma nad czym się rozwodzić.
Najbardziej słone jest jezioro Brancoveanu – aż 310 gramów soli na litr, po prostu 30-procentowy roztwór. Ale tak czy inaczej, całe te ichnie szeroko reklamowane „słone jeziora” są to, powiedzmy, odpowiedniki naszych dawnych zalanych bieda-szybów, jeno większych rozmiarów.
Oczywiście ogrodzone, pomosty drewniane – niczym jakowyś skarb natury.
Jest prawie południe, jakiś facet sobie pływa i pokazuje nam, że utrzymuje się na powierzchni wody jak w Morzu Martwym.
Ale woda chłodna, powietrze jeszcze też nie skażone upałem, więc nawet gdybym miał chętkę, to bym do tej wody nie wlazł.
Zresztą jakieś niesympatyczne męty w niej widać, a gdybym potem chciał wziąć prysznic, to byłby kłopot, bo w leżącym nad brzegiem bardzo eleganckim motelu, połączonym z uzdrowiskowymi pokojami zabiegowymi, dostęp do natrysku wcale nie jest swobodny. Być może za jakiś czas owa wioska nabierze kurortowego życia... ale czeka ją jeszcze bardzo długa droga, o czym przekonujemy się robiąc dwa kółeczka po pustawych uliczkach.
Mijamy nie więcej niż dwa pensjonaty urządzone w wyremontowanych kamieniczkach, pamiętających czasy Franza Josefa i dzielnego wojaka Szwejka.
      

właśnie w archiwum znalazłem komórkowe fotki...

[Obrazek: 30wtclx.jpg]


[Obrazek: 29pelhy.jpg]

teraz po latach - chyba pojadę już inną trasą i ominę ten kurort ...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości