Liczba postów: 372
Liczba wątków: 5
Dołączył: Oct 2017
Reputacja:
39
Jestem już po trasie. Na liczniku przybyło 7300 km, po drodze przewinęło się 5 krajów. Wrażeń i miejsc było tyle, że jedne skutecznie przykrywają i aż zamazują obraz drugich. Nie będę z tego wyjazdu robił pełnej relacji, z dokładnymi opisami, dokładnym przebiegiem trasy (większość była od punktu do punktu wg. GPS, więc już sam nie pamiętam którędy dokładnie). Nie będzie zarysów historycznych czy przyrodniczych opisów każdego miejsca.
Mam zamysł aby wrzucić krótkie punkt-po-punkcie poszczególnych miejsc odwiedzonych, wraz z kilkoma zdjęciami dającymi ogólny ogląd. Jeśli ktoś z Was będzie chciał dopytać o coś bardziej konkretnego, to zapraszam - w miarę możliwości postaram się coś podpowiedzieć.
D-1: wyjazd koło północy, przejazd przez pół Polski i prawie całe Niemcy. Dość późnym popołudniem dojazd do Trewiru. Udało się zobaczyć miasto z góry, z punktu widokowego... a potem tak lunęło, że odpuściliśmy. Nocleg we wsi pod Trewirem.
Trewir
D-2: rano miał być Trewir... ale lało jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Jedziemy dalej i w Igel szybki wyskok z auta i kilka szybkich zdjęć rzymskiej kolumny, w deszczu, na szczęście już nie w ulewnym. Ciąg dalszy to Luksemburg. Parkujemy na piętrowym P+R Bouillon (max. 24 godz. gratis) i autobusem jedziemy na Stare Miasto. Zaczynamy od Mostu Adolfa, potem spacer po "górnym mieście", zakupy w Auchan na Kirchbergu i powrót do auta. Pogoda pod psem, raz chmury, raz deszcz, momentami ulewny.
Luksemburg
Potem tankujemy do pełna diesla (1,494€ - taniej będzie dopiero w Hiszpanii) i przejazd do Szampanii. Po drodze katedra (UNESCO) w wiosce Epine. Nocleg.
Epine
D-3: przejazd przez Francję. Pogoda robi się wakacyjna, im dalej na południe, tym lepiej. Przypadkiem na trasie pojawia się urocze miasteczko, Argent sur Sauldre. W zasadzie polujemy wtedy na croissanty i bagietki, ale skoro już jest kilka zabytków, to można zrobić rozprostowujący nogi spacer. Jeszcze pół dnia jazdy i nocleg mamy ok. 100 km w linii prostej od granicy z Hiszpanią.
Argent sur Sauldre
Liczba postów: 14,443
Liczba wątków: 28
Dołączył: May 2015
Reputacja:
407
My jak byliśmy w Luksemburgu też lało. Spacer po murach i widoki rekompensowały marną pogodę.
Liczba postów: 1,091
Liczba wątków: 7
Dołączył: May 2015
Reputacja:
95
(24.06.2024 20:01:11)Raphael napisał(a): (...) Po drodze katedra (UNESCO) w wiosce Epine. Bazylika.
Liczba postów: 372
Liczba wątków: 5
Dołączył: Oct 2017
Reputacja:
39
Dzięki za korektę @ Slavekk. Nie mogę już edytować tamtego posta, więc czytelnik niech w myślach zamieni sobie "katedra" na "dająca katedralne odczucie bazylika".
Liczba postów: 1,091
Liczba wątków: 7
Dołączył: May 2015
Reputacja:
95
Wiki podaje, że "ma wymiary katedry", więc... a niech tam 
Przypadek podobny jak w opisach kościoła parafialnego w Ulm, symbolu pychy jego mieszkańców...
Liczba postów: 372
Liczba wątków: 5
Dołączył: Oct 2017
Reputacja:
39
Można przyjąć, że do tej pory mieliśmy do czynienia z "dojazdówką". Wraz z przekroczeniem granicy FR-ES zaczyna się część właściwa.
D-4: o świcie ruszamy na południe. W chmurach wspinamy się na graniczną przełęcz Larrau (1585 m). Droga od strony francuskiej niezbyt szeroka (czyt. wąska), stroma, mocno kręta. Nie próbujcie jej robić kamperem (co innego od strony hiszp. - tam proszę bardzo). Na górze chmury opierają się o graniczny grzbiet - po stronie hiszpańskiej słońce. Po przerwie na chłoniecie przyrody zjeżdżamy do Nawarry i na samoobsługowej stacji napełniamy wysuszony bak w cenie 1,419 €/l (w miejscowości Lumbier).
przeł. Larrau
Parę kilometrów wcześniej mamy Mirador de Iso - świetny punkt widokowy na głęboki wąwóz rzeki Salazar. Punkt ten był głównym powodem, dla którego na przełęcz graniczną wybrałem Larrau, a nie żadną inną z okolicznych.
Mirador de Iso
W pierwszym poście wstawiłem (z Wiki) zdjęcie term na zbiorniku Yesa. Poziom wody okazał się jednak tak wysoki, że nie było widać nawet ruin, przy których te termy się znajdują. Najlepszy czas na ich odwiedzenie to pewnie byłby koniec letniej suszy, zakładam, że jakoś na przełomie VIII/IX. W zanadrzu mamy zwiedzanie - jedziemy do miasteczka Artajona. Czasy świetności ma ono za sobą, ale zachwyca swoimi murami (XI-XIII w.), które okalają najstarszą, położoną na wzgórzu część miejscowości. Wygodny parking jest tuż pod murami. W środku cisza jak makiem zasiał, zero turystów, zero miejscowych. Widać jednak, że życie, choć powoli, normalnie się toczy - stare miasto jest normalnie zamieszkane, przed odrestaurowanymi domostwami parkują samochody miejscowych. Miasteczku nadajemy łatkę "nawarskie Carcassone" i jedziemy na nocleg do nawet dość sporego miasta, Olite.
Artajona
Liczba postów: 372
Liczba wątków: 5
Dołączył: Oct 2017
Reputacja:
39
D-5: W dniu przyjazdu do Olite (D-4), jest jeszcze dość czasu na ogólny spacer po mieście. Olite jest starym miastem, w którym ulokowany jest przede wszystkim zamek królów Nawarry, sukcesywnie przybierający z biegiem czasu formy pałacu. Przez pewien okres uległ zapomnieniu, delikatnemu zrujnowaniu i rozkradzeniu (w środku nie znajdziemy kompletnie żadnego wyposażenia), ale potem został odrestaurowany. Obecnie uznawany jest za jeden z najpiękniejszych zamków-pałaców w Hiszpanii, stylowo dominuje tu mix gotyku z mudejar. Ceny biletów są rozsądne, więc skuszeni opisem wchodzimy do środka równo z otwarciem kasy o 10 rano (poprzedniego dnia mielibyśmy na zamek tylko ok. godziny, a żeby do dokładnie "przelecieć" trzeba poświecić półtora-dwie). Dwie rzeczy robią wrażenie: okna czerpiące ze stylu niewiernych i wieże, co jedna to wyższa.
Olite, pałac ktrólewski
Koło południa opuszczamy Olite. Po drodze mamy, nieco przypadkiem , zachwalany w sieci punkt widokowy na pustynie, czy raczej pustkowia, zwane Bardenas Reales. Górka z widokiem znajduje się przy kościele Ermita de la Virgen del Yugo. Sam kościół, jak setki innych zabytkowych kościołów - ładny, ale niczego nie urywa. Widok natomiast, faktycznie jest rozległy, szeroki... tye tylko, że Bardenas Reales są tak bardzo oddalone, że w zasadzie gołym okiem nie da się dostrzec żadnych szczegółów. Po kilkunastu minutach jedziemy dalej.
Kolejny punkt był zaplanowany już od dawna. To mieszkalne jaskinie na skraju miejscowości Arguedas. Były zamieszkane do lat '60 XX wieku. Plusy dodatnie, jakie czerpali ich lokatorzy, to niewnoszenie opłaty za wynajem oraz komfort termiczny. W zimie w środku jest ciepło, a latem przyjemnie da się odetchnąć od lejącego się z nieba żaru. Plusy ujemne... to pewnie cała reszta.
Cuevas de Arguedas
Arguedas jest też południową "bramą" do obszaru Bardenas Reales. Jest on na tyle duży, że aby zwiedzić wszystkie ciekawe miejsca, trzeba by na to przeznaczyć cały dzień, a jeszcze dokładniejsze zapoznanie się, połączone z małymi wycieczkami pieszymi, to pewnie ze 2-3 dni minimum. Tyle czasu to nie mamy, więc kierujemy się do miejsca najbardziej ikonicznego, pocztówkowego... teraz mówi się instagramowego. To Castildetierra, jakby wychodnia skalna. Najtwardszy materiał został, a reszta dookoła zerodowała. Może to się trochę kojarzyć z naszą Maczugą Herkulesa... ale tylko trochę, bo i materiał inny, i kształt też. Dojazd na miejsce nie sprawia kłopotów. Najpierw jest wąski na 1,5 auta asfalt (na którym mijamy się z tirem!), potem gładki szuter (dla odmiany szeroki). Na miejscu zdjęcia, spacer, zdjęcia na spacerze, znowu zdjęcia, jeszcze trochę zdjęć na odchodne ... i w drogę.
Bardenas Reales, Castildetierra
Docelowym miejscem w tym dniu jest Arnedillo. Docieramy tam w porze popołudniowej. Jeszcze zostaje trochę czasu na spacer. Ale o tym następnym razem.
Liczba postów: 372
Liczba wątków: 5
Dołączył: Oct 2017
Reputacja:
39
D-6: Arnedillo to już La Rioja, najmniejsza hiszpańska wspólnota autonomiczna na kontynencie. Mniejsze są tylko Baleary. Poprzedniego dnia (D-5) udaje się zrobić widokowy spacer dookoła rzeki Cidacos, koło źródeł termalnych, które są największą atrakcją miejscowości, na stare miasto a potem na zbocze od południa widokowo górujące nad rzeką. Rano natomiast oddajemy się temu, po co wszyscy przyjeżdżają do Arnedillo: termalnej kąpieli. Możliwości są trzy. Na południowym brzegu jest hotel z własnym basenem i cenami trzycyfrowymi (w €). Na północnym brzegu jest publiczne, płatne kąpielisko. A tuż przy rzece jest wersja chyba najbardziej klimatyczna, a na pewno najtańsza, bo darmowa, nie licząc parkingu (płatny tylko kartą): ogólnodostępne baseny. Zasadniczą część tworzą trzy, połączone ze sobą, sztuczne baseny, betonowa część do opalania i prysznic. Temperatura zasilającej wody wynosi 52 stopnie. W basenach tych pewnie jest trochę niższa, tak to przynajmniej odczuwałem. Kilkadziesiąt metrów w dół rzeki są jeszcze, dwa bodajże, baseny, tym razem "dzikie" tj. zbudowane z kamieni ułożonych zapewne w czynie społecznym. Tutaj woda jest zdecydowanie gorętsza, rzekłbym, że na granicy komfortu. Często stosowaną metodą kąpielowo-terapeutyczną jest schładzanie się w rzeczce. Rio Cidacos jest rzeczką górską, zimną, co daje "popalić" bardziej niż ten gorąc w basenach... ale za to jak przyjemnie potem zanurzyć się w ciepełku. Minusem całości jak dla mnie jest właśnie umiarkowana możliwość zanurzenia się. Jest bowiem płytko, zbyt płytko jak na mój gust. Wodę miałem do kolan.
Termas de Arnedillo
Jakoś tak pół dni prawie schodzi na te termy. Potem czas jechać dalej. Jest gorąco, słonecznie, widokowo. Przebijamy się przez Góry Iberyjskie aby wjechać do Kastylii (wspólnota Kastylia i León). Jedziemy, jedziemy, tak jakoś się coraz bardziej nie chce, za co winimy gorące kąpiele. Gdzieś w środku niczego zbaczamy z drogi "wojewódzkiej" w leśny dukt i robimy przerwę wśród kastylijskich sosen. Po rozłożeniu koca przerwa zamienia się w "leżakowanie", które z kolei zamienia się w drzemkę. Jako, że gdy śpimy to czas się wcale nie zatrzymuje, trzeba stanąć przed dylematem: co wyciąć z programu. Kierujemy się do Gormaz, gdzie są ruiny największej fortecy Maurów na terenie Hiszpanii. Gdzieś w tyle zostaje Berlanga de Duero ze swoim pięknym (tak wynika z internetu) zamkiem, który ochoczo wycinamy kompensując go snem w lesie.
Ruiny zamku w Gormaz (w GoogleMaps jako Fortaleza califal de Gormaz), choć całe zrujnowane, robią wrażenie. Są wielkie! przede wszystkim w takim sensie, że długie. W linii prostej mają jakieś 380 m długości, szerokość to 15-60 m, a obwód murów to prawie 900 m. Widok z góry możecie obejrzeć np. TUTAJ. Na miejscu nie zachowało się zbyt dużo. Z udogodnień, są tylko tablice z opisami (po hiszpańsku). W jednym miejscu, przy fortecy, można wejść na mury, ale na górze zachowajcie ostrożność - brak bowiem jakichkolwiek zabezpieczeń. Rozmiar sprawia, że zakładane pół godzinki to za mało. Czasu na obejście całości schodzi tyle, że trzeba skreślić dalsze punkty programu. Tak oto z harmonogramu wylatują średniowieczne miasteczko Maderuelo i plaża nad zbiornikiem Linares del Arroyo, gdzie mieliśmy regenerować siły.
ruiny zamku w Gormaz
Nocleg mamy w Aranda de Duero. Tym samym wiadomo już, że z trzech zakładanych wariantów wycieczki, na pewno odpadł niebieski, któremu dawałem wcześniej 10% szans.
Liczba postów: 372
Liczba wątków: 5
Dołączył: Oct 2017
Reputacja:
39
05.07.2024 22:49:40
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.07.2024 16:54:40 przez Raphael.)
D-7: Aranda de Duero traktujemy wyłącznie jako nocleg tranzytowy, w hotelu na obwodnicy. Do miasta nawet nie wjeżdżamy. Główny cel na ten dzień leży w innej strefie czasowej. Po drodze ze zwiedzania będzie jedynie małe co nieco. Pierwszy przystanek to położona jakieś 10 km na zachód od Aranda de Duero wieś Haza. Miała być mała, stara, malownicza, zabytkowa i klimatyczna. W sumie była, ale jakoś tak mało. Niby stare budynki, ale jakieś takie jednak nowe, niby zabytkowa wieża, ale jakaś taka jak ciosany siekierą klocek, niby punkt widokowy, ale tylko na pole. Sytuację trochę ratował stary kościół, szkoda że zamknięty. No nic, trzeba jechać dalej.
Haza, kościół
Mając w perspektywie główną atrakcję, która ma zakończyć dzień, rezygnujemy z wejścia do zamku w Peñafiel. Szacujemy, że trzeba by nań wyłożyć ze 2-3 godziny i ograniczamy się do zdjęć z zewnątrz, z różnych punktów położonych u podnóża góry zamkowej, na co też trochę czasu schodzi.
zamek w Peñafiel
Z Peñafiel do następnego punktu mamy 120 km. To miasto Toro - robimy go na szybko. Parkujemy koło głównej atrakcji miasta, którą jest kolegiata (Colegiata de Santa María la Mayor). Kilka zdjęć z zewnątrz i jazda dalej. Przygotowanie logistyczne do tej atrakcji niestety zawiodło. W pamięci miałem tylko tyle, że kościół ten ma ładny portal. Dopiero po powrocie do Polski wyszło, że portal owszem, ładny, i owszem jest, tyle tylko, że wewnątrz. Zdecydowanie trzeba było poświecić więcej czasu i wydać te parę € na wejście do środka. Jak wygląda ów Pórtico de la Majestad, można zobaczyć np. TUTAJ lub TUTAJ.
Zjeżdżamy jeszcze w dół, do rzeki i przechadzamy się średniowiecznym mostem nad Duero, które następnym razem będziemy już oglądać jako Douro.
Toro
Pod Zamorą tankujemy za więcej niż przyzwoite pieniądze (1,213 €/l, Gasolinera Cobadu). Do kampanijnych obiecanek o 5,19 niewiele brakuje. Gdy przejeżdżamy przez granicę ES-PT zegar podarowuje nam jedną godzinę. Meldujemy się w Miranda do Douro i jedziemy zobaczyć to:
Miradouro de São João das Arribas
Widziałem gdzieś listę najładniejszych punktów widokowych nad Douro (w Hiszpanii ta rzeka to Duero) i Miradouro de São João das Arribas był na bodajże 2. miejscu. Wierzcie lub nie, ale odbiór tego w rzeczywistości jest 10 razy mocniejszy i lepszy niż patrząc na zdjęcie. Do punktu widokowego na spokojnie da się dojechać autem (tylko ostatnie kilkadziesiąt metrów to stromo nachylony szuter - Lambo odpada). Na spokojnie wróciliśmy. Natomiast jadąc tam zaufałem GM i wybrałem domyślną trasę, która wiodła w większości po drogach, po których, delikatnie mówiąc, nie jeździ się ani zbyt przyjemnie, ani zbyt szybko... chyba że wysoko zawieszoną terenówką (po prawdzie rozsądną osobówką da się przejechać, ale powoli i z koniecznością zachowania zdwojonej uwagi).
Wieczorem jeszcze zwiedzanie uroczego Miranda do Douro. Parę punktów widokowych, ruiny zamku, kościół, stare miasto (miasteczko w sumie).
Liczba postów: 372
Liczba wątków: 5
Dołączył: Oct 2017
Reputacja:
39
D-8: Ten dzień miał być jednym z kluczowych w całym programie. Jednocześnie był z nim pewien problem, nierozwiązywalny na tych szerokościach geograficznych. Gdyby to była Laponia, można by było mu zaradzić aplikując hektolitry kawy, yerby, czy innych, bardziej ekstremalnych specyfików. W Portugalii jednak nie da się efektywnej długości dnia wydłużyć do niewiadomo jakich rozmiarów. Planowany na ten dzień odcinek był wręcz napakowany rzeczami z kategorii "łaaał". Przed nami DOURO!
Na pierwszy rzut idzie niepozorna, w zasadzie nic w sobie nie mająca, wioska Picote. W zasadzie. Na jej obrzeżach jest punkt widokowy, wymieniany w rankingu, o którym już wspominałem, a którego mi się nie chce teraz szukać po internetach, na miejscu nr 1: Miradouro da Fraga do Puio. Douro tworzy tu malowniczy wygibas vel zakole vel meander. Zainwestowano tu w wypasiony taras widokowy, w najbardziej wysuniętej części mający szklaną podłogę. Co tu dużo gadać... widok jest przedni: zdjęcie razy 10.
Miradouro da Fraga do Puio
We wsi jest jeszcze, przy cmentarzu, zabytkowy kościółek: Capela de Santo Cristo (XV w.). Kościółek, sama jego bryła, kompletnie się niczym nie wyróżnia. Ale za ołtarzem są freski z XVI w., niedawno przypadkowo odkryte w takcie renowacji. Wiedzę o tym powziąłem w trakcie uprzedniego reserczu, ale na miejsce podjechaliśmy z założeniem "i tak pewnie będzie zamknięte na 4 spusty". Tymczasem... było otwarte. Zwykle tego typu miejsca są zamknięte w celu ochrony przed czynnikami zewnętrznymi, do których zaliczają się w mniejszej raczej części czynniki środowiskowo-naturalne, typu cyrkulacja powietrza, drobnoustroje, bakterie i takie tam, a w większej środowiskowo-społeczne tj. idioci, skrajni odklejeńcy i ci z niewiernych, którzy hołdują idei wyrznięcia wszystkich niewiernych (tych innych niewiernych).
Picote, Capela de Santo Cristo
Już prawie 11, a my dalej w lesie... eee... właściwie to w polu. Wycinamy z programu Cascata da Faia d’Água Alta (yyy... Bukowy Wodospad Wysokiej Wody?). Zdjęcia zachęcają ku niemu, ale szacunek 2 godzin potrzebnych na przejście trasy dyskwalifikuje to miejsce. Jako zamiennik bierzemy miasteczko, dość spore, Mogadouro. Jaki może być zamiennik? Cóż, jest ładnie, ale nie porywająco. Na wzniesieniu górującym nad miastem wznoszą się resztki obronnej warowni. Dostęp do niej jest niemożliwy (zamknięte). Niżej mamy dwa kościoły. Miejscowość do odwiedzenia tylko, jeśli jest po drodze... albo gdy ma się dużo czasu.
Gonimy dalej. Sprawę nieco ułatwia bardzo przyzwoita droga ekspresowa IC5. Jest przy tym bardzo malownicza. Jednym z najładniejszych odcinków tej trasy (z tych, którymi jechaliśmy), jest most Sardão-Meirinhos na rzece Sabor. Nie dość, że okolica to zielone góry i głęboko wcięty wąwóz szerokiej rzeki (szerokiej, bo spiętrzonej tamą i przez to podniesionej i rozlanej), to sam most też wyjątkowy. Nowoczesna konstrukcja o kształcie rogala, tudzież łuku (wygięta w każdym bądź razie), pozwala sprawnie pokonać wodną przeszkodę. Gdybym wcześniej, jeszcze w Polsce, przestudiował dokładnie całą trasę i nie jechał w większości na nawigacji od punktu A do B, to pewnie skręciłbym tuż przed tym mostem w kierunku San Pedro i zrobił kilka zdjęć tej konstrukcji. Z mapy wynika, że jest to jak najbardziej możliwe.
Tymczasem jedziemy, jedziemy, trochę się dłuży, aż w końcu zjeżdżamy w interior. Z czasem drogi robią się coraz to węższe, jednak navi nieubłaganie pcha w nie dalej i głębiej. W planie mamy kolejne miradouro. Docieramy do wioski Pinhal do Douro, przebijamy się przez jej wąziutkie uliczki. Na wyjeździe z wioski znak: nachylenie 15 stopni w dół (chyba 15, pamięć jest zadziwiająco zawodna). Ale spoko, to tylko trochę więcej niż nic... tyle, że wąskawo. Nagrodą jest Miradouro da Fraga da Ola. Z parkingu schodzi się do niego jeszcze kilka minut. Widok jest szeroki, w dole i po prawej, z góry spada wąska, z tej odległości, struga wodospadu. Dalej, na wzgórzach misternie układają się parcele winorośli. Po lewej dostojnie wije się Douro.
Miradouro da Fraga da Ola
Dalej trzeba zjechać w dół, w dolinę... z górki na pazurki. Robi się jeszcze stromiej, brak barierek nawet sam w sobie problemem nie był, ale gorsze wrażenie sprawiało to, że szerokość drogi to 1,5 samochodu, pobocza brak... jak tu się, jakby co, wyminąć  Szczęśliwie nic nie jedzie i lądujemy we wsi Coleja. To był najbardziej ekstremalny odcinek... tego dnia. Teraz widzę, że od parkingu nad punktem widokowym do wsi to 300 m różnicy poziomów na odcinku 1,9 km.
Od punktu widokowego jedziemy w dół z takimi widokami:
Dalej mamy trochę nużącego, choć okolica piękna, kręcenia się po lokalnych drogach, trochę nadganiania na IC5. Po paru przystankach na fotki i odpoczynek, wreszcie docieramy do Pinhão. Jest już koło 18-stej, temperatura troszkę odpuszcza i skwar zamienia się w upał. Pinhão jest istotnym miejscem z kilku względów. To ważny ośrodek winiarski, stąd rzeką transportowano beczki wina do Porto. Gdy zbudowano kolej, to ona przejęła to zadanie. A na trasie przejazdu ująłem to miasteczko ze względu na dwie rzeczy. Raz, że tędy trzeba przejechać, żeby jadąc od wschodu dostać się na słynną, widokową drogę N222. Dwa, lokalna stacja kolejowa ozdobiona jest pięknymi azulejos, opowiadającymi o regionie i jego życiu z wina. Azulejos, czyli ceramiczne płytki, przeważnie w kolorystyce niebieskiej, z przeróżnymi motywami, są ikoniczne dla Portugalii. Bardzo często, całe połacie płytek zespalają się w jeden wielki obraz. Na stacji w Pinhão takich obrazów-opowieści jest kilkanaście.
Pinhão
W Pinhão most przenosi nas na południowy brzeg Douro. Wkrótce wjeżdżamy na N222, najpiękniejszą - tak mówią - drogę widokową w Portugalii. Lepiej jechać nią w dół rzeki, bo lepszy widok. Cisnę ile się da, z uwzględnieniem zdrowego rozsądku. Zbliża się wieczór, do kwatery jeszcze daleko, coś ponad godzinę, a z drogi chcę na chwilę odskoczyć do kolejnego punktu widokowego, Miradouro de Adorigo. Ze względu na położenie circa 200 m nad rzeką, daje on na nią szerszy obraz.
Miradouro de Adorigo
Późnym wieczorem jesteśmy na kwaterze. Dzień był długi i obfity, więc szybko czas spać.
|