Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
#31
(30.05.2015 01:27:12)wkrak napisał(a): To ja się przyznam, że niejaki "jacky" był moją inspiracją bałkańską. Od 2010 jeździmy w tym kierunku 3-5 dni w jedną stronę, później półtora tygodnia na miejscu i na powrót do domu znowu parę dni. Dzięki temu można sporo pozwiedzać na kierunku rumuńskim, a nawet bułgarskim, jeżeli pojedziemy na Vidin.
A teraz trzeba będzie sobie odświeżyć jacky'ego wspomnienia!
 dzięki za pamięć...
cóż, dzienniki pokładowe pozostały, wystarczyło je zmodernizować i zilustrować...
właśnie tym roku mam przymiarkę tranzytować nowym wiaduktem przez Calafat / Vidin - ale dopiero we wrześniu :-)




odcinek piętnasty...

Rakija... och, to osobny temat. Rakija pasuje nie tylko do szopskiej, oczywiście. Nie skłamię, jeżeli powiem, że jest trunkiem wszechstronnym, znakomicie sprawdzającym się w towarzystwie dań ciepłych i zimnych, mięsnych i wegetariańskich, a nawet owocowych. Sama w sobie (na zimno alebo mniej tradycyjnie - na gorąco, z ziółkami, jak nasz grzaniec) też doskonale się komponuje z różnymi nastrojami duszy ludzkiej.

Każdy szanujący się Bułgar produkuje ów narodowy trunek w domowych pieleszach. Domaszną rakiję przechowuje się w wielkich, szklanych butlach oplecionych trzciną, zwanych damadżanami, najczęściej w garażu. Naród bułgarski pija najczęściej rakiję z winogron (grozdową), śliwek (sliwową), moreli (kajsijewą) lub różnych owoców mieszanych (płodową).
Z takich, na przykład, 100 kilogramów dobrze dojrzałych śliwek można wyprodukować 10 litrów złocistego napoju. Rzecz jest prosta: owoce należy umieścić w beczce i czekać, aż sfermentują, mieszając od czasu do czasu. Zakończenie fermentacji poznaje się po utworzonej na powierzchni owocowej masy skorupie. W tym momencie zacier owocowy można już destylować.
Dobra rakija powinna być przedestylowana dwukrotnie. Czasem Bułgarzy chwalą się, że rakija była obok szkockiej whisky ulubionym napojem samego Churchilla. [i]Na zdrawe
!

No właśnie. Dni mijają, butelki pękają jedna za drugą, kończymy ukraińską pieprzówkę, potem whisky koziołek, i wreszcie rakiję - sklepową, a i gospodarz stawia domaszną.
Żyć, nie umierać! Wypoczywamy na całego. Codzienny ceremoniał po śniadanku - kawcia, do kawci prasa i baniczki (niestety, tylko raz, bo jeszcze się przed sezonem nie wprawili w masowy wypiek, więc zakąszamy pieczywkiem z domasznim medem).

Choć produkt "domowy" w przeważających przypadkach oceniany jest najwyżej, to w marketach spotykane trunki też potrafią być markowe...

[Obrazek: 140m2x3.jpg]

A oto paleta rakijek uwieczniona na półce marketu w Łozeńcu.



[/i]
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#32

Mieszkamy niedaleko cmentarza, nic więc dziwnego, że któregoś dnia rano oglądamy przez okno pogrzeb. Kondukt idzie – lokalnym zwyczajem – z otwartą trumną, zaś po pochówku żałobnicy wracają z woreczkami poczęstunkowego ciasta.
Plaża pusta, przeczekujemy tylko agresywne, południowe słońce, a potem leżakujemy. Jesteśmy prawie sami - w oddali tylko mała grupka robotników, co to się urwali. Morze jeszcze chłodne.

Bułgarskie plaże nie mają monopolu na słońce. Tam też potrafią przyjść załamania pogody. Wtedy czyni się sporo podobnie jak nad Bałtykiem.

[Obrazek: 25k62au.jpg]

Zaczyna się burzą, potem sztorm, wszystko robi się czarne, nawet morze. Dlatego nazywają je Czarnym.

A jak pohula sztorm, to fale zmywają wszytko co na brzegu morza, nawet małe kawiarenki.
Parasole wbite bardzo mocno w piasek i umocnione padają jak muchy.

[Obrazek: 29zo4u8.jpg]

Plażowanie zazwyczaj na kilka dni staje się fikcją. Ot - co najwyżej można sobie pójść na spacer i powdychać bryzowego powietrza.

No to jeszcze dla kompletu perspektywa plaży w Łozeńcu.

[Obrazek: 25ho26u.jpg]

Podczas takiej właśnie "niefajnej" pogody.
Straszyć nie zamierzam. Ale liczyć się z taką pogodą trzeba.
Takie właśnie silne załamanie pogody w Bułgarii nastąpiło w lipcu 1997, wtedy - w tym samym czasie była słynna wielka powódź w naszym kraju.

W kafejce netowej nie umiałem sobie poradzić z Gadu-Gadu, ichni "informatyk" też nie – jakiś niepokumany, pieron sakramencki.
Dobrze, że wymyślono jeszcze SMS-y.
Wieczory chłodnawe, szum morza koi uszy przemęczone hałasami minionego roku. Wyciągamy zaległe lektury, niektóre tygodniki mają po kilka miesięcy, ale to se ne vadi, nawet fajnie poczytać takie bzdurki z opóźnieniem.
Po prostu się BYCZYMY.
A czas sam sobie leci - jego sprawa!
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#33
2 czerwca 2006, piątek

Czas leciał, leciał i w końcu przeleciał, trzeba się zbierać dalej.
Rano jedziemy do Carewa, gdzie okradam bankomat na kwotę 300 lewa. Jeszcze mały spacerek, zaglądamy do kafejki netowej i wracamy.
Rozliczamy się z gospodynią, która wydaje nam karty meldunkowe, z tym, że – jak podkreśla – data wyjazdu z Bułgarii nie jest wpisana, mamy to sami wykonać później. (Tu komentarz: tak też skrupulatnie uczyniliśmy, no i co? W Ruse karty meldunkowe były włożone do paszportów, oddali nam je z powrotem, widać nie chcieli powiększać u siebie zasobów makulatury...
Stąd więc moja serdeczna rada dla zainteresowanych: olewać karty meldunkowe!)
Prawdę pisząc, mam przerwę w pobytach tranzytowych w BG od 2012, myślę zatem, że karty meldunkowe odeszły do niechlubnych kart historii.

Na pożegnanie z Łozencem robimy pierwsze tego roku zakupy ceramiki użytkowej. Mamy tuzin zamówień od rodziny na tak zwane „skorupiaki”, czyli naczyńka pod powszechnie jadane w Bułgarii gjuwecze.
Jedna sztuka kosztuje 2,60 lewa. Nawet biorąc pod uwagę upływ czasu to i tak wzrost cen skorupiaków nie powalił na kolana. Już 5 lat później, czyli AD 2010 ceny wzrosły do poziomu 2,90 - 3,40 lv za sztukę - w zależności od jakości wykończenia.
Centra zaopatrzenia są "ruchome" i jeśli ktoś chce nabyć "serwis" dla siebie i rodzinki wystarczy jak wykorzysta "pogorszenie" pogody na ekskursję i porozglądać się co na rynku piszczy.
Można też mieć i praktyczniejsze spojrzenie na świat i wykonać zakupy skorupiaków i od razu je zastosować w kuchni nie żałując sobie ryzyka ewentualnego uszkodzenia w użytkowaniu...

[Obrazek: 33auyxx.jpg]

Na załączonym obrazku widać leczo w skorupiakach stygnące na parapecie okna naszej kwatery.
A że przy okazji zostały uwiecznione nasze "rozweselacze" to już inksza broszka...
W każdym bądź razie - smakowało i polecamy.
W kolejnych odcinkach postaram się podać recepturę na ową lokalną odmianę leczo.

Ponadto warto wiedzieć...
Gotowanie w takich „skorupiakach” to zupełnie nie to samo, co przypiekanie naszych „eintopfów” w formach żaroodpornych bez pokrywy. Potrawa zamknięta w glinianym naczyniu osiąga wysoką temperaturę powoli, a w tym czasie smaki się dokładnie mieszają i aromaty przenikają.
Bułgarzy w ogóle lubią ceramikę. Używają ceramicznych misek do zupy, półmisków i salaterek oraz glinianych dzbanów do wody i rakii, a nawet do przechowywania słynnego na cały świat bułgarskiego jogurtu (ponoć woda wsiąka w glinę, czyniąc go gęstszym i smaczniejszym).
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#34
Gdy wczesnym popołudniem wyjeżdżamy z Łozeńca
machając na pożegnanie lokalnym budowlom...

[Obrazek: 9k17xd.jpg]

jak na przykład budynkowi poczty bułgarskiej.

Kiedyś to była szacowna instytucja, znaczki pocztowe ( bardzo ładne kiedyś tam się kupowało )...
A teraz termometr wskazuje 23 stopnie. Zmierzamy do Obzoru.
Po drodze w Burgas, w tamtejszym supermarkecie „Metro” (odpowiednik naszego „Makro”) robimy zakupy. Od lat jeździmy do Bułgarii, więc doskonale wiemy, co dobre. Nabywamy zgrzewkę kiseło mljako marki „Na baba”, wina, piwo, rakiję, paletki pileszko file, czyli filetów z kurczaka, sirene, Burgas salam (niebieska opaska), ljutenicę (to taka pasta z papryki i pomidorów jadana na zimno jak keczup, nasz hit sezonu).

Czas idzie naprzód, od pewnego czasu w Metro bulgarskim można już płacić plastykiem.
I dopiero od niedawna dorobił się tej opcji płacenia nasz "Makro & cash"...
Stosowne argumenty dotarły do Szefostwa owej firmy, której klientem jestem w PL zanim market w Sosnowcu został otwarty.

Gdy docieramy do Obzoru, zarezerwowany lokal już na nas czeka. Gospodarze należą do szeroko rozkorzenionej lokalnej familii; nawet latem, kiedy zjadą się niezapowiedziani goście, znajdują dla nich pokoje, rozprowadzając ich po rodzinie.
Urządzamy się. Nie jestem pewien jak długo tu zabawimy, więc daję gospodarzom tylko zaliczkę.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#35
Regularnie okradałem obzorski bankomat – wówczas przed laty jedyny w okolicy. Doświadczenie uczy mnie, że lepiej pobierać kasiorka w czasie pracy banku, bo jakby co, to jest gdzie pogonić z reklamacją. Tuż przed wyjazdem z Obzoru zdarzyło się któregoś razu chwilowe zawieszenie systemu bankowego (chyba internet wtedy padł), ale poszliśmy sobie na plażę i po 3 godzinach było po krzyku. I jeszcze jedno: nigdy nie płacę z góry!

Znów posługuję się zdjęciami wykonanymi rok później.

[Obrazek: 2d0kw7t.jpg]

Taki jest rzut wieczorny na panoramę Obzoru widzianą z sąsiedniego miasteczka - Białej.
Zajrzeliśmy i tam, wrażenia powalającego na kolana na nas nie zrobiło.
Ale dobrze przejechać się po okolicy, ma się wtedy skalę porównawczą.
Babcia Vasylka u której mieszkaliśmy powiadała, że w Białej dobrą restaurację prowadzi jej plemiennik ( czyli krewniak ).

Więcej wrażeń bywa podczas wieczornego spaceru.

[Obrazek: 6ishsp.jpg]

Nowo wybudowane super luksusowe hotele aż psują atmosferę tego miasteczka. Cóż, taki jest jego los. Przyjechali arabscy inwestorzy i poczuli, że warto władować kasę.

I te palmy niby w egipskim stylu.

A mnie zaczęło już wieczorem skręcać. Chciałem popisać się swoją siłą i dostałem okazję.

[Obrazek: oidsa1.jpg]

Na obzorskim ryneczku rozpoczęła działalność fajna knajpka z oryginalnymi elementami dekoracji. Na pewno wrażenie czynią prehistoryczne zwierzaki. Dobrze tylko pomyśleć, bo innym młodszym małżeństwom idącym na spacer z małymi dzieciakami, owe stworki mogą się im przyśnić nocą.

Ta fotka wykonana została wtedy z telefonu komórkowego, proszę o wybaczenie jakości.

W ramach pogłębiania wiedzy o Bułgarii notujemy ceny żywności. Są lekko skaczące, szczególnie w weekendy. Pomidory i papryka wciąż nie najtańsze, tak samo jak pierwszy rzut na rynek brzoskwiń i moreli. A na arbuzy jeszcze za wcześnie.

Stajemy się maniakami skubania słonecznika solonego (w późniejszym okresie pożegnamy się z tym przysmakiem za doradą naszych wyrwizębów). Pestki słonecznikowe to rzecz w Bułgarii powszechna i szczególna. Jada się je nie na surowo (jak u nas), tylko posolone i upieczone. Jak mówią spece w temacie, pieczenie pestek to trudna sztuka, bo łatwo je przypalić, a jeszcze łatwiej nie dopiec. Zaś typowy (czyli umiarkowanie wybredny) Bułgar ani pestek przypalonych, ani niedopieczonych jeść nie będzie.

Robimy też zapasy wody mineralnej. Oboje z Marylą należymy do amatorów wód wysoko zmineralizowanych w rodzaju naszej Muszynianki, więc w Bułgarii jesteśmy przegrani. Większość dostępnych tu wód to po prostu... kranówa, a przynajmniej tak jest w naszej ocenie. Ale znajdujemy coś dla siebie: Aqua Diva z Bełowa, gazowana i niegazowana, w większych i mniejszych butelkach.

Jemy, pijemy, spacerujemy, bierzemy słoneczne kąpiele - a czas znowu sobie leci. Na plaży i w uliczkach z wolna przybywa miejscowych, głównie w weekendy. Przed sezonem nie jest źle. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż w naszej kwaterze spędziliśmy aż 13 nocy.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#36
Co rozumiesz przez "nigdy nie płacę z góry" ? Smile
...:::Bbbuuulllgggaaarrriiiaaa Rrruuullleeezzz:::...
96 97 98 99 00 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22
Odpowiedz
#37
(07.06.2015 01:04:15)Wawo napisał(a):
Nigdy nie płacę całej kwoty jaką zazwyczaj chcą mieć gospodarze tylko zadatkuję połowę.


15 czerwca 2006, czwartek

O szóstej rano jest 14 stopni. Ruszamy do domciu, smutno nam - tutaj dopiero zaczyna się sezon, Bułgaria rozkwita...
Za Szumenem w miejscowości Strujno są bary po obydwu stronach drogi i stacja benzynowa.

[Obrazek: 10p1u2v.jpg]

Chyba jeszcze niedawno musiał być tam spory ruch tranzytowy i owe bary zarabiały na tyle, że zaczęto myśleć o rozbudowie, stąd w tle widać rozgrzebaną a nieukończoną inwestycję.
Właściwie te bary przydrożne porównując do rumuńskich są o tyle skromniejsze, że u Romków są juz pobudowane mniej lub bardziej skromne moteliki.
Zastanawiałem się dlaczego ich ( motelików ) brakuje u Bułgarów. Według mnie choćby dlatego, że zmierzający nad Czarne Morze obcokrajowcy ( czytać w domyśle Polacy i trochę Słowacy ) czują już powiew morza i ani im w głowie zatrzymywać się do spania, zdaje się, że cel podróży jest już blisko.
A gospodarze ( czytać Bułgarzy ) raczej na trasie w drodze nad morze się nie zatrzymują, wszak dopiero co wyjechali z domku.

W 2004 roku zatrzymaliśmy się tam na posiłek - było wtedy około południa, więc zjedliśmy fajne zupki, kebaba i kjufte, czyli coś z rodziny kotletów mielonych, oraz przepyszną sałatkę fasolową. (Ta sałatka w wersji szczodrze przyprawionej cebulką i czosnkiem weszła na stałe do naszego domowego menu). Tym razem jest za wcześnie na żarełko, więc śmigamy do przodu. 


Upłynęło kolejnych 6 lat i znów zatrzymaliśmy się tam na posiłek. Ale ważniejsza była pomoc szefa kuchni.
Padał nam akumulator, dolał wody i dzięki temu dojechaliśmy do serwisu w Russe.


 Mijamy Usinci, Razgrad, Osenec, wreszcie Car Kałojan - tu już tradycyjnie zatrzymujemy się w centrum, żeby zrobić ostatnie zakupy. 

Jeśli przejeżdżamy przez Car Kałojan a zdarza się nam to średnio raz na rok to mamy świadomość wydania tam ostatniego grosza... eee... stotinki.
Przynajmniej tak było do niedawna. Opcję tę mogę polecić osobom wyjeżdżającym z Bułgarii z silnym postanowieniem niewracania do tego kraju.
Ja już teraz nie silę się na wydawanie waluty, od kilku lat wracam do kraju z resztówką, która okazuje się jak przydał na następny wyjazd.
Stabilizacja waluty bułgarskiej jest niepodważalna a jakaś malutka inflacja nie czyni wrażenia na pamiętających galopującą hiperinflację z okresu spadkowego PRLu.

Bierzemy baniczki, nawet smaczne, a potem medytujemy w sklepie spożywczym na co przeznaczyć ostatnie lewa. Dylemat „brandy czy ljutenica” rozstrzyga się na korzyść tej drugiej, ostatnie stotinki idą na jakieś wafelki, jeszcze mała kawcia z termosu i dalej wio!

Żegna nas zatem ostatnie spokojne miasteczko w BG, potem pozostaje przed nami duże miasto graniczne.

Droga przez Ruse - to właściwie prosta jak drut obwodnica.
Bardzo rzadko widywałem tam radarowców, prędzej już TIRówki, choć chyba ostatnio spadło zapotrzebowanie na ich usługi.
Na pewno można spokojnie dotankować, choć nie jest to już teraz potrzebne, ceny paliwa w BG i Romkowie mocno się upodobniły. 

Natomiast dobrze jest wypatrywać owego skrzyżowania. Jak się je przegapi to podobno czeka nas dobrych kilka kilometrów zanim skapniemy się jak zawrócić.

Przejście graniczne w Ruse - ku uwadze - było to 9 lat temu - za przejazd mostem pobierają 6 euro, szybka odprawa i już Rumunia. No tak, zaczyna się! Dezynfekcja - 6,50 lei, „ekologia” - 39 lei, a ja mam w piterku tylko 41 lei. Chcę więc zapłacić za „ekologię” lejami, a za dezynfekcję drobnymi euro, lecz Wielka Pani Urzędniczka nie wyraża zgody, żąda całej kwoty w jednej walucie i wymusza stawkę 20 euro za całość, wydając pokwitowanie w lejach. Bardzo szerokie nożyce kursowe sprawią, że pieniążki pójdą do jej kieszonki i zasilą budżet domowy. I pomyśleć, że zabrakło mi tylko kilku lei!

[Obrazek: 2mq5g15.jpg]

Lecz nie jest to postrachowy poradnik, takie sobie moje porady są w innym wątku.
Tutaj jest tylko wspomnienie sprzed kilku lat.
Teraz ( pisane wtórnie AD 2015 ) nie ma już:
- dezynfekcji,
- ekologii,
jest tylko myto mostowe, czyli znacznie niższy niż przeprawa promowa cennik za przejazd wiaduktem, który powstał ponoć przy usilnej a braterskiej współpracy myśli architektonicznej i pracy wykonawczej naszych ojców a dla niektórych dziadków z PRLowskim paszportem.    
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#38
Drzewiej tak bywało - zaraz za przejściem traciłem kolejne dwa leje z haczykiem na jednodniową rovinietę.
Teraz więcej trzeba wysupłać z sakiewki lub błysnąć zbliżeniówką.

Jedziemy przez Bukareszt. Poprzednimi laty fruwałem przez Ghimpati i Aleksandrię, ale teraz pcham się do stolicy. Decembrie, Jilava, za Jilavą kierunek Piteşti - znakiem drogowym jest Carrefour, widać go z daleka.
Obwodnica ma dobrze zrobioną nawierzchnię, ale źle zorganizowany ruch poprzeczny. 

Tamże całe wariatkowo. Kolejne skrzyżowanie, gdzie główny ruch drogowy obwodnicą podporządkowany jest wjeżdżającym z bocznych ulic / dróg ?
Wystarczyłby jeden partol policyjny, który by szybko rozładował korek, jeżeli brakuje kasiorka na lampki...

Ale patrolu niet. Utykamy w korku ze stratą prawie całej godziny.
I taka historia z dłuższym lub krótszym korkiem powtarza się od lat.
Co prawda w soboty lub w niedziele można mieć więcej fartu ale gwarancji nie ma.
Choć kiedyś udało mi się zaliczyć ową obwodnicę prawie za mgnieniem oka.

[Obrazek: 27xgx8w.jpg]

Oto charakterystyczny punkt, skrzyżowanie na obwodnicy, gdzie trzeba skręcić w lewo kierując się na carrefoura... 


Mijamy ów charakterystyczny punkt orientacyjny na trasie.
Przyznam się, że już kilkakroć miałem ochotę zajrzeć tam dla porównania z polską wersją owego marketu, ale zawsz coś odwodziło mnie od tego zamiaru.

W Piteşti okradam bankomat na 150 lei, w Lintesti tankuję i chcę płacić kartą, ale automat odrzuca mi Visę Intelligo. Muszę wyciągnąć zwykłą Visę Electron, która szybko oczyszcza się z zasobów.

Temperatura systematycznie spada, przed Milcoiu jest już „zespół barowy”, czyli poniżej 15 stopni i deszcz. Idziemy na dwie zupki i trzy kebaby z chlebem - płacimy aż 17 lei... Rumuńskie zupy to ciorba de burta zabielane flaczki na giczy cielęcej (ichnia wersja szkembe) i ciorba de vacuta - jarzynowa na mięsie wołowym, też zabielana.

[Obrazek: 1xyr9j.jpg]

I to jest solidnym punktem odniesienia do kuchni bułgarskiej.
Niby niewielka różnica, ale ...
Nie są złe, ale bułgarskie czorby są o niebo lepsze.
Czorby to zupy niebyt gęste i niezbyt tłuste, powoli gotowane z drobno pokrojonych składników, zwykle mocno przyprawione.

Co ciekawe, Bułgarzy – tak jak my śmietaną - prawie zawsze doprawiają sobie czorby octem winnym; bywa też, że dodają do nich zasmażkę z mąki, posiekanej cebuli i... startych na tarce pomidorów. Najbardziej zaś szokującym daniem z tego gatunku jest czorba octowa – z cebuli, ryżu, przypraw i octu.
Nigdy jej nie jadłem (a nawet nie widziałem w menu żadnej restauracji), ale wyczytałem taką ciekawostkę w „Bałkańskich zapiskach kuchennych” autorstwa pewnej znanej na Śląsku rodowitej Bułgarki, Iliany Genew-Puhalewy.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
#39
Carrefour niczym się nie różni Smile
...:::Bbbuuulllgggaaarrriiiaaa Rrruuullleeezzz:::...
96 97 98 99 00 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22
Odpowiedz
#40
Od Rîmnicu Vîlcea mamy już intensywny deszcz i tylko 12 stopni.
Prędkość, tak jak i temperatura, leci na łeb, nawet do 10 kilometrów na godzinę, bo stare rumuńskie ciężarówki nie mają siły wtoczyć się pod górkę. Leje, potoki i rzeki wezbrane, nawet nie ma gdzie i jak wyjść z autka, coby kartofelki odcedzić.

Za Sibiu przestaje padać, ale rezygnuję z zamiaru zwiedzania tamtejszej starówki (widać jej fragmenty), a także z zamiaru nocowania i "solankowania" w Ocna Sibiului - będzie na za rok. Ociepla się do 20 stopni, kątem oka widzę w hotelu "Comfort" nowy cennik, chyba 24,50 euro za dwójkę...

[Obrazek: 15eentc.jpg]

Ten motelik znany jest i popularny dość mocno wśród naszych krajan planujących swoją jazdę na Bałkan a szczególnie do BG.
Z prostego względu - leży jakby w połowie trasy i można czynić tam rezerwacje mejlowo.

[Obrazek: 11bherp.jpg]

Ma sporo zalet, przede wszystkim ogrodzony i pilnowany przez ochroniarza parking.
Więc spać można bez strachu. O swoje autko.

Muszę poszukać fotki pokoiku która pokazywała, że małżeństwo z starszym dzieciakiem spokojnie się prześpi.
Pozostanie dylemat, czy dzieciak nie spadnie z górnej koi.

Poza tym na odcinku Sibiu - Deva mamy sporo motelików, myślę, że nawet latem byłaby szansa na spanie bez łaski.

Jest późno. W Deva widzę po prawej motel "Pacific Pensiunea”.

[Obrazek: 11tpn2v.jpg]

Ta fotka wykonana już kilka lat później. Ale z wiedzą, że pensjonat został solidnie dopasiony. Tyle, że parking zrobili mu już taki "zewnętrzny".

Płacimy 100 lei za dwuosobowy pokoik z telewizorem, włączam jakiś mecz i relaksuję się małą rakiją i piwkiem.
Nasze autko już śpi, dobrze zabezpieczone pod okiem recepcjonistki.
Mała poprawka - w roku 2006 parking był boczny a nasze autko stało wtedy tuż pod drzwiami naszego "numeru".
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości