Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
Elektroniczna wersja też może być. Jak już wszystko wrzucisz to się poskleja w całość i będzie oki.
Odpowiedz
Jestem ZDECYDOWANIE za Smile
Odpowiedz
(02.08.2015 18:15:13)dżek napisał(a): Elektroniczna wersja też może być. Jak już wszystko wrzucisz to się poskleja w całość i będzie oki.

mam to w jednym kawałku, ale ...
jak padł projekt edycji papierowej zdecydowałem się podzielić na odcinki, dodałem fotografie i ilustracje oraz opisy tychże...
i tak czytacie - oglądacie to co mam względnie dobrego...
tym samym cieszy mnie, że czytając i pisząc - przeżywacie to ze mną jeszcze raz...
...
zostało mi równo pół roku do emerytury - tej już w wersji wydłużonej przez uciekiniera do Brukseli...
...
i czynię mocne przymiarki aby długie okresy stypendialne od ZUS spędzać w cieplejszych miesiącach właśnie w BG...
będzie cieplej i taniej ...
i przyjemniej ... 
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Jacky, jesteśmy z Tobą, nasz prawie emerycie! Pisz ku chwale naszego forum!
Odpowiedz
jacky6 odnośnie książki to trzeba będzie pogadać na zlocie

a tymczasem wstawiaj dalsze części
ks. Tischner
„Prawdy są trzy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda”
Odpowiedz
(03.08.2015 08:53:59)peter napisał(a): jacky6 odnośnie książki to trzeba będzie pogadać na zlocie

a tymczasem wstawiaj dalsze części

Już dawno zwątpiłem w powodzenie wersji drukowanej na papierze....
Stąd mój skromny wkład - dar, by tylko nie zaginął trud edycji ...
---
Objeżdżamy zatem wszystkie widziane w polu rażenia wzrokowego motele, i te już działające pełną parą, i te na etapie stopniowego wykańczania, ale nie znajdujemy nic odpowiedniego.
Darymny futer - albo zajęte, albo za drogo.
Już-już mamy zamiar opuścić centrum i ratować się jakimś skromnym noclegowiskiem na przedmieściu, gdy zahacza nas miejscowa obywatelka, przejeżdżająca swoim oplem. Rzecz jasna, korzystamy z jej oferty zakwaterowania w apartamenciku na pierwszym piętrze takiej sobie willi. Decydującym argumentem jest darmowa miejscówka dla naszego autka na podwórku, gdzie lśni od kropli deszczu gryfny blumsztynder... to znaczy ładne rabatki kwiatowe. Zadbany ogródek w tym kraju nadal jest rzadkością, więc się nam trafiło. Cena pokoju ustalona zostaje (jednostronnie) na poziomie 35 lewa za dobę i nie podlega dyskusji.
Wprowadzamy się - nie jest źle, telewizor w każdym razie stoi. Oszukałem się jedynie widokiem instalacji klimy, która potem okazała się... atrapą - chyba od dłuższego czasu nie miała szczęścia do serwisanta.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
2 września 2007, niedziela

Niestety, pogoda kompletnie się załamuje.
Rankiem robimy obchód wszystkiego co się da w okolicy.
Ponownie zaglądamy do Augusty, żeby stwierdzić, iż basen termalny w środku ładniej się prezentował w reportażu telewizyjnym, który widziałem kilka miesięcy wcześniej w satelitarnym kanale bułgarskiej telewizji państwowej.
Docieramy nawet do odkrytego basenu mineralnego przy hotelu „Chisaria”, wielkim molochu z czasów późnego Żiwkowa.
I co? Basen pełny, ale tylko wody.
Ludzi brak, a to oznacza, że coś jest nie tak...
No i mamy: temperatura circa 25 stopni, czyli dobra do relaksacyjnego popływania.
Przy basenie małe oczko czyli coś a' la jacuzzi, w nim temperatura już circa 33 stopnie...
Nie rozumiem, dlaczego tylko w nim, skoro miejscowi Bułgarzy mają tak dużo wody termalnej o temperaturze wytrysku ponad 70 stopni?
Dlaczego nie budują moczydeł jak w Magyarlandzie?
( PS - dopiero po kilka latach znalazłem coś takiego ... a było to w Dobrinishte )
Dla rozrywki ucinamy sobie małą pogaduchę z panem doktorem dyżurującym przy basenie w pawilonie o charakterze chińsko-targowo-ogrodowym.
Nasz rozmówca zastępuje kolegę-doktora chwilowo na kilkudniowym urlopie i sam jest, co prawda, specem od nerek, ale chętnie przerywa lekturę jakiegoś wiekowego podręcznika medycznego.
Jego zdaniem wszelakie choróbska mogą być leczone jedynie skalpelem.
Przyznaje, że tutejsze wody być może relaksują, ale przy okazji mocno podważa ich walory lecznicze.
Uskuteczniamy także spacer po parku zdrojowym, gdzie do ujęć mineralnych wód pitnych co chwila przybywają bułgarscy kuracjusze z pękami pięciolitrowych baniaków i po skrupulatnym napełnieniu pakują je do przepastnych bagażników swoich ład i żiguli.
I my próbujemy owej cudownej wody, ale cóż, słynna „Chisarianka”, zajmująca najlepsze miejsca na półkach bułgarskich marketów, ma tak niski stopień zmineralizowania, że nie daje osobom zepsutym smakiem Muszynianki czy Piwniczanki szansy na konsumpcję - nawet w celach zdrowotnych.
Wreszcie z nosem utkwionym w przewodniku szukamy historycznych murów i innych obiektów pamiętających czasy Rzymian, lecz znajdujemy ich niewiele i mamy wrażenie, że są zbyt skromnie wyeksponowane.
Na te wszystkie rozczarowania nakłada się nękająca mnie od kilku dni wyjątkowo złośliwa infekcja górnych dróg oddechowych.
Tym razem w podróżnej apteczce nie mamy żadnych antybiotyków, nawet pospolity gargarin gdzieś się stracił, zaś płukanie gardła solą, a potem jeszcze jakimś preparatem made in Switzerland zakupionym w lokalnej aptece, niewiele daje.
Coś mi się widzi, że pomóc może tylko regularne płukanie gardła preparatem o nazwie rakija...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
W sumie pobyt w Chisarii oceniam minusowo.
Nie twierdzę, że moja noga nigdy tam więcej nie postanie, być może kiedyś tam wrócimy, ale gospodarze będą musieli popracować nie tylko nad usługami kąpielowymi.
Spore zastrzeżenia mam także do tamtejszej bazy gastronomicznej. Spacerując, dostrzegliśmy co najmniej dwie stylowe mehany, jednakże kończący się sezon oznaczał dla nich powolne zapadanie w zimowy sen.
W końcu, widząc sporą ilość oddanych konsumpcji gości, postanowiliśmy się pożywić w pizzerii w centrum.
Pałaszujący goście byli jednak oznaką mylącą - pizzę na poziomie „szkoda gadać” po bohatersku zjedliśmy, ale podana nam zupa szkembe już wołała o pomstę do nieba. Siorbnąłem ze dwa razy i zawołałem kelnerkę, żeby zabrała te pomyje, przecież to sama woda z dodatkiem mąki, sproszkowanej papryki i soli, w której pływają jakieś kożuszki kojarzące mi się z mlekiem...
Gdy kobieta doręczyła mi kwit barowy, odliczyłem skrupulatnie równowartość zupek, bo jeszcze nigdy do tej pory w Bułgarii nie podano mi z taką bezczelnością dania nie nadającego się do konsumpcji.
Potem myślałem nawet, żeby napisać netową reklamację do właściciela lokalu (na serwetce był nadruk z adresem e-mailowym), ale tradycyjnie dałem sobie spokój, choćby dlatego, żeby uniknąć późniejszego najazdu jakichś bałkańskich reketerów...


_________________
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Jacky, miałem to samo w Sozo, dzisiaj na tradycyjne bułgarskie śniadanie wylosowałem Pileszka zupa. Okazała się mieszanką kilku nieudanych eksperymentów kucharza bistro Mag Dak przy wejściu na Harmani. W środku zacny kawałek suchego mięsa i brunatnozielona ciecz o nieokreślonym smaku. Musiałem zadowolić się szopską na wynos ( tu chyba nie można nic spieprzyć) i zupką chmielową.
Odpowiedz
(05.08.2015 18:26:16)dżek napisał(a): Jacky, miałem to samo w Sozo, dzisiaj na tradycyjne bułgarskie śniadanie wylosowałem Pileszka zupa. Okazała się mieszanką kilku nieudanych eksperymentów kucharza bistro Mag Dak przy wejściu na Harmani. W środku zacny kawałek suchego mięsa i brunatnozielona ciecz o nieokreślonym smaku. Musiałem zadowolić się szopską na wynos ( tu chyba nie można nic spieprzyć) i zupką chmielową.

relatywnie prawie nie pamiętam wielu przypadków zaserwowania niedobrego żarełka w BG...
wręcz przeciwnie ...
ale przypadki chodzą po ludziach ...
no to jadziem dalej ...

3 września 2007, poniedziałek


Opuszczamy Chisarię.
Jest prawie 11:00, gdy znajdujemy się na rogatkach. Kierujemy się na południe, do Bełozem - miejscowości znanej z kościoła katolickiego prowadzonego przez ośrodek misyjny polskich Kapucynów.
Na miejscu wypatrujemy charakterystycznej wieży kościelnej, oglądanej wcześniej w necie... jest!
Zatrzymujemy się obok bramy w białym murze okalającym zabudowania parafialne. Po podwórcu kręci się nieco młodzieży, szczególnie w okolicy sceny pod gołym niebem. Od pewnej forumowiczki przedstawiającej się jako Justinka wiem, że do Bełozem ludzie zjeżdżają się na spotkania festiwalowo-moderacyjne. Teraz widzimy w jakich warunkach odbywają się imprezy kulturalno-religijne na niwie pozornie odmiennego wyznania.
Zmierzamy dyplomatycznie (czyli powolnym krokiem) do portalu kościoła. Jedna z młodych dziewczyn zrywa się i prawie biegnie na plebanię (w tradycyjnym tego słowa rozumieniu), skąd zaraz wychodzi młody człowiek, a choć jest w cywilu, domyślam się, że jest bratem zakonnym. Niesie z sobą klucze do kościoła. Wchodzimy doń na mikro chwilę modlitewnego skupienia. Wystrój wnętrza, tak samo jak architektura widziana z zewnątrz, jest bardzo skromny, acz schludny.
Prawdę mówiąc, spodziewałem się tu spotkać ojca Krzysztofa, z którym chyba rok wcześniej umawiałem się na nasz ewentualny "najazd" z noclegiem, lecz wówczas nie dojechaliśmy. Okazuje się, że ojciec Krzysztof przebywa akurat na urlopie w Polsce.
Brat-klucznik opowiada nam o realiach swojej pracy i adaptacji do otoczenia.
Bełozem jest „przepołowione” – podzielone między wyznania dwóch głównych religii chrześcijańskich.
Jest też ponoć osadą typowo rolniczą, aczkolwiek nam nie wpadły w oko żadne większe placówki „fabryczne” z tej branży. Wygląda na to, że mieszkańcom doskwiera bieda i... tradycja - widzieliśmy dużą, szklaną butlę mleka przyniesioną na plebanię przez parafiankę.
Są też nowoczesne akcenty: na terenie posesji Kapucynów stoi budynek przygotowany pod noclegi dla gości przybywających na spotkania (kiedyś u nas takie zloty zwano oazami).
Teraz stoi pusty, ale bracia Kapucyni spodziewają się przyjazdu grupy dziennikarskiej.
Nieśmiało pytam, czy ewentualnie przejeżdżający tędy Polacy mogliby liczyć na nocleg... bo są ku temu skromne, ale i realne warunki... no i tej rozwijającej się parafii przydałaby się pomoc materialna - wszak skazana jest na walkę z trudnościami charakterystycznymi dla epoki postsocjalistycznej, gdzie z rolnictwa nie idzie już wyżyć...
Koniec końców, dyplomatycznie a serdecznie dziękujemy za zaproszenie na kawę, przed nami jeszcze długa droga tego dnia, było to tylko takie małe, rekonesansowe wdepnięcie.
Ale jestem pewien, że zajrzymy tam kiedyś jeszcze raz.

I jeszcze kilka skanów "widokówek" z Bełozem...

[Obrazek: 10dbcye.jpg]

...


[Obrazek: k2k7yq.jpg]



Pokładowe stery ustawiamy na wybrzeże, lecz do celu jeszcze daleko...



to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 4 gości