Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
(19.08.2015 08:50:52)Bulgaricus napisał(a): Jedną posadziłem a drugą się właśnie tak zastanawiam czy nie zostawić na zimę w donicy - zobaczymy.

będziemy zatem oczekiwać na wiosnę informacji i fotografii...

===

Kolejnym etapem wycieczki do Nesebyru jest tracenie kalorii podczas jeszcze jednego spacerku.

Robimy kilka kółeczek po starówce, idąc chwilami pod prąd i nie raz zawracając – uderza mnie przy tym odkrycie, że zawsze coś dostrzega się po raz pierwszy.
Oto mamy jedną z ruin cerkiewnych.

[Obrazek: 5v245s.jpg]

Widoczny w głębi grajek może i jest naprawdę niewidomy, ale gdy tylko posłyszał polską mowę, uderza w klawiaturę, wydobywając z niej polską melodię, bodajże „Szła dzieweczka do laseczka”…
Nooo...cenią już nas i dostrzegają w świecie, nieprawdaż?

[Obrazek: 15rch6t.jpg]

Długi spacer zmierza ku końcowi. Robimy sobie wspólną, pamiątkową fotkę.

[Obrazek: e6put1.jpg]

Za naszymi plecami przyczaja się pejzaż Słonecznego Brzegu, do którego udajemy się w chwilę później.
Rzut oka na plażę w Słonecznym Brzegu upewnia nas, iż faktycznie jest to jedna z najładniejszych plaż w kraju, tak ze swej natury, jak i stopnia zadbania przez gospodarzy.
Sam Słoneczny Brzeg, jako olbrzymi kompleks hotelowy, przytłacza swoją „blokowiskością”.
Są tacy co to lubią, my jednak wracamy do swojego Obzoru, tutaj panuje już spokój końca sezonu, jest kameralnie...
Oczywiście nie da się ukryć, że koniec sezonu ma też swoje minusy.
Trochę smutno człowiekowi, jak leci z rana po baniczki, a sklepiko-piekarnia jest już zamknięta...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
16 września 2007, niedziela
To już ostatnia niedziela pobytu. Udajemy się do Burgas.
Po drodze zaglądamy do Primorska - też kompilacji miasteczka i hotelowiska, ale plaża zdecydowanie się nam nie podoba, choć wcale nie ma tłumów.
W burgaskim „Metrze” robimy tradycyjne zakupy spożywcze. Kupujemy rzeczy twarde - jak sirene i płynne - w procentażu winnym i nie-winnym. Maryla nie bardzo wierzy w jakość wrzuconego przeze mnie do koszyka wina Mecza Kryw (dopiero potem, w Polsce, stwierdziła, że widać miałem szczęście w znalezieniu dobrego rocznika). Sama wrzuca zgrzewkę innego wina - "wsmakowaliśmy" się bowiem w wina markowane Melnikiem, choć sygnowane przez producentów z Sandanski.
Wieczory zrobiły się chłodne, więc przytrafiło się nam już podgrzewanie wina. Skrzętna Maryla ma zawsze w bagażniku tradycyjną mieszaninę przypraw, dzięki której lepiej nam smakują tańsze gatunki win.
Na zakończenie dnia w Burgas zajeżdżamy do braci Kapucynów na niedzielną mszę popołudniową w kameralnym kościółku, celebrowaną w języku bułgarskim.

[Obrazek: 67v4nb.jpg]

Parkujemy na placu przy dworcu kolejowym. W niedzielę o tej porze bywa zazwyczaj luźny.

[Obrazek: 289ag0m.jpg]

Sam kościół wygląda niepozornie, przyklejony do zwykłego budynku ze sklepem z artykułami elektrycznymi - i jakby ginie...
Choć nie wiem, czy przypadkiem ów budynek nie został tak przyklejony, żeby kościół przestał być widocznym.

[Obrazek: vkgwi.jpg]

Latem odprawiana jest tam msza w języku polskim, jeśli dobrze pamiętam to o godzinie 10:30.
Ale i wtedy więcej jest wiernych przybyłych z ośrodków wczasowych lub indywidualistów jak my aniżeli lokalnej Polonii.
Przynajmniej takie jest moje odczucie.

Wszystkich wiernych policzyć można na palcach obydwu rąk.
Taka chwila skupienia bardzo się nam przydaje.
Już kończą się nasze wakacje, za kilka dni wyruszymy w drogę powrotną, więc jest za co dziękować Panu Bogu, prosząc przy okazji o łaskawość podróżną.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
17 września 2007, poniedziałek

Ogarnia nas dekadencki nastrój posezonowy.
Przez ostatnie dni sporo spacerowaliśmy, wędrowaliśmy wzdłuż plaży na południe, oglądaliśmy pustawy deptak, z rzadka wzrok padał na opalającą się, samotną parę (bez
tekstylną!), czasem jeszcze ktoś odważny brał morską kąpiel... brrr... nie jest już za ciepło.

Chodziliśmy też w stronę północną, do osiedla dopiero co ukończonych hoteli.
W powietrzu czuć było farbę, choć już w tym roku mieszkali tam pierwsi goście.

Ale teraz jest już po 15 września i wszystko opustoszało.

Ze smutkiem patrzyliśmy, jak z każdym dniem zmniejszała się ilość kramików w centrum Obzoru.

Plusem było to, że trwała wyprzedaż, z czego skwapliwie korzystaliśmy.

No cóż... kiedy się już kupiło pamiątki i upominki dla wszystkich najbliższych, to pozostaje tylko...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
18 września 2007, wtorek

...powrót do domu.
Już od wielu lat obiecywałem sobie przejechać się nową trasą przez nieznany kraj - Serbię.
No to jadymy - najpierw w kierunku Burgas, potem boczną drogą na skróty.
Ponad 40 minut tracimy na stacyjce benzynowej.
Widząc szyld Shella postanawiam nakarmić bak, tak żeby na kawał drogi starczyło.
Przed podłączeniem dystrybutora upewniam się w kasie, czy uregulowanie płatności kartą Visa Express jest bezproblemowe.
Odpowiedź jest, rzecz jasna, twierdząca, więc leję po korek i wyciągam kartę - wtedy terminal pada.
Kasjerka po kilku próbach ratowniczych pyta, czy mam gotówkę, więc ripostuję pytaniem, czy w ich wsi występuje jakowyś bankomat.
Przestraszona kasjerka wzywa kogoś przez telefon na ratunek, a ja zaczynam z Marylą degustację kawy z termosu.
Serwis terminala przybywa po 20 minutach i... poddaje się prawie bez walki.
Tymczasem rachunek trzeba uregulować.

Nie mam zamiaru dymać 50 kilometrów w jedną stronę do Burgas, gdzie mają bankomat, więc oferuję równowartość w euro, licząc po kursie obustronnie korzystnym.
Po dłuższej chwili negocjacji słyszę z ulgą, że jest akcept takowego rozwiązania. Przypadek ów potwierdza korzyść z posiadania w podróży niewielkiej ilości euro. Tak gdzieś w granicach kosztu jednego tankowania i jednego noclegu.
      
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Oj tak, tak, święta racja trochę euraków zawsze trzeba mieć przy tyłku. Też mieliśmy przypadek, że w Ruse na Lukoilu padł terminal, a leva zostawiliśmy tylko 4 sztuki, na most. W sumie, to chyba była wina naszego banku, bo z bankomatu też nie chciało wyrzucić. Dobrze, że to było w dzień powszedni, a kilkaset metrów wcześniej jest bank.
pozdrawiam Smile

HU:  03? - 10; 14
BG: 11;12;13;15;16;17.
PL: 20;22.
E: 18;19;26
AL i MK: 21
MNE: 23
MNE, AL, MK: 24
P: 25
Odpowiedz
(23.08.2015 18:36:51)wojtekpl napisał(a): Oj tak, tak, święta racja trochę euraków zawsze trzeba mieć przy tyłku. Też mieliśmy przypadek, że w Ruse na Lukoilu padł terminal, a leva zostawiliśmy tylko 4 sztuki, na most. W sumie, to chyba była wina naszego banku, bo z bankomatu też nie chciało wyrzucić. Dobrze, że to było w dzień powszedni, a kilkaset metrów wcześniej jest bank.

właściwie - po latach stwierdziłem, że zapasik w dukatach jest nieco większy a przywieziony do kraju wraca do magazynku...

Cała trasa do granicy, jako wiodąca via magistrala, nie byłaby warta opisu, gdyby nie kolejna strata czasu w Starej Zagorze.
Coś dzieje się w centrum, więc tamtejsi smerfowie wymyślili objazd.
Jest on sterowany przez fachowców z lizakami, lecz tylko w pewnej części miasta, więc wykonuję dwie okrąglutkie pętelki po jakiejś niewartej tego dzielnicy.

Z miasta wyskakuję omyłkowo na starą drogę do Sofii, strata kolejnych kilkudziesięciu minut jest nieunikniona. Trudno się mówi!
Jedziemy sobie dalej magistralą, normalnie, jak po lotnisku, a tu dobrzy ludzie migają lampkami, bo lokalne smerfy łapią na ograniczeniu prędkości... szkoda, bo może bym nadrobił straty.

Tymczasem Maryla robi się głodna. Obiecałem jej posiłek na trasie w jakiejś mehanie dla tirów, a tutaj nic nie widać... Wreszcie tuż przed granicą, w Dragomán, znajdujemy jakąś archaiczną knajpkę. Pileszka supa musi nam wystarczyć, bo na konkret, czyli drugie danie trzeba dłużej poczekać.

Prawie przed samym szlabanem granicznym wydajemy ostatnie pieniążki bułgarskie, tradycyjnie w kioskach z napojami, tym razem na wino i dżin - alem się zdziwił fest, bo ceny tu były wyższe niż wewnątrz kraju.
Nie wiem jak jest teraz ale wtedy oceniłem że Bułgarzy mieli widocznie całkiem inne podejście do tematu niż w tym samym czasie na przykład Słowacy, u których w każdym sklepiku przygranicznym ceny artykułów monopolowych utrzymały się na poziomie atrakcyjnym dla Polaków.
Cóż - jesteśmy w €landzie jedną nogą a po wejściu do Schengen sklepiki przygraniczne upadły.

Granicę przekraczamy sprawnie i za chwilę po stronie serbskiej mamy spory wybór szyldów zachęcających do noclegu. Teraz jeszcze nie pora na spanie, ale notujemy sobie detale pod kątem przyszłych wojaży. Po stronie bułgarskiej nie widziałem na pograniczu żadnej godnej zaufania sypialni.

W miejscowości Ciflik, gdzie jesteśmy około 19:00, widzę po prawej stronie szyld zakładu oponiarskiego i reklamę noclegowiska.
Skręcam, zatrzymujemy się, a tu gospodyni już nas wita, zanim zdążyliśmy wysiąść.
Idzie z nami do domu, pokazuje mieszkanko na górze nad warsztatem - jeszcze niedawno mieszkała tam jej córka.

Zajmujemy kuchnio-salon-sypialnię, full wypas z klimą, która przydaje się wieczorem, bo... noce są już bardzo chłodne.
Płacimy za te luksusy 20 euro.
Gospodyni chciała 25 ze śniadaniem, ale po co nam to, skoro mamy własne wiktuały z Bułgarii.
Pytam tylko, czy nie ma przypadkiem czegoś ciepłego na teraz, już gotowego znaczy.
W odpowiedzi gospodyni pokazuje mi wypchaną zamrażarkę – towar może i dobry, ale raczej nie na chłodny wieczór...
Nie ma zmartwienia, na górce nad warsztatem czeka kuchnia, więc szykujemy sobie własną wieczerzę.
Dla odprężenia kibicuję rozmaitym drużynom koszykarskim z telewizora.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
19 września 2007, środa

Noclegowisko nowe, w nieoswojonym państwie – tym niemniej wyspaliśmy się dobrze.
Po śniadanku, powoli odnosząc bagaże do autka, otrzymuję od gospodyni zaproszenie na kafanę, czyli ichnią kawcię.
Wiem, że przyrządzają ją na swój sposób, więc chętnie korzystam, oczywiście odczekując, aż się Maryla wyguzdra i przytaska na parter.
Chociaż kawka – zaparzana rzecz jasna w tygielku – jest mocno taka sobie, fajnie jest przyklapnąć na foteliku przed domkiem.
Gospodyni dopytuje się o nasze zawody, pracę, emerytury, codzienny żywot.
Miło się rozmawia, ale musimy się streszczać, bo czas w drogę.

Tak na marginesie - po kilku latach przyszło mi jechać do Turcji trasą kukurydzianą. Wyliczyłem nocleg właśnie u tych oponiarzy.
Podjechałem, gospodyni nas poznała ale miejscówka była zajęta. Szybki jej pomyślunek, chwila czekania i przyjeżdża jej zięć holując nas do swojego domku w małym miasteczku nieopodal.
Warto mieć takie miejscówki na trasie.

W końcu odpalam silnik. Droga zaczyna się polepszać, pojawia się wjazd na autostradę. Jesteśmy na wysokości Nisu, lecz nie w głowie nam zwiedzanie, przed nami jeszcze sporo kilometrów klasycznej autostrady z punktami żywienia i płacenia. Zaczynamy odmierzać czas zmniejszającą się liczbą kilometrów pozostałych do Belgradu.
Co do płatności za przejazd, to pierwszy odcinek od Aleksinacu do Belgradu kosztował 1050 dinarów, drugi od Belgradu do Starej Pazowy 400 dinarów. Chyba teraz niewiele więcej.

Przejazd obwodnicą Belgradu, dziwacznie wiodącą jakby przez centrum, daje nam do myślenia.
Zastanawia mnie stacja radiowo-telewizyjna: czy jest to owa słynna stacja zbombardowana przez Amerykanów?
Ostatnie kilometry autostrady za Belgradem to klasyczne pola kukurydziane.
Głód maltretuje nam żołądki, więc widząc przed gospodą "Stari As" w Begeč sporą gromadkę autek, zjeżdżam.
Tutaj muszą dobrze dawać żryć, skoro tyle klienteli, myślę sobie.
Niestety, musimy się obyć smakiem – odbywa się tu właśnie lokalne weselisko, więc głodny klient z zewnątrz nie może liczyć na więcej, aniżeli na wysłuchanie muzyki w stylu skocznego Bregovića.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Jedziemy dalej w kierunku granicy państwowej całkiem niczego drogą opisaną jako kategoria czwarta.
Tuż przed granicą wydajemy w markecie resztówkę serbskiej waluty klasycznie - na koniak Cezar, który zapamiętałem ze swojej pierwszej delegacji do SFRJ przed wieloma laty.
Chorwacki odcinek trasy też pokonujemy szybko, przez Vukovar, Osijek, do przejścia granicznego w Donji Miholjac.
Zastanawiamy się, jak jechać dalej.
Są dwa programy: pierwszy - bardziej nas pociągający - to nocleg przy kąpielisku termalnym w Csokonyavisonta.
Jeszcze nigdy tam nie byliśmy, lecz z relacji krewnych wiemy, że warto.
Drugi program powiada o kąpielisku Harkány, którego zaznaliśmy już wielokrotnie, ale znając jego walory chętnie ponowimy kontakt.
Mamy tam „swoich” gospodarzy i znamy prawie wszystkie zakątki.
Ostatecznie wyszło nam, że do Harkány dojedziemy szybciej, jeszcze tylko chorwacko-węgierskie przejście graniczne i jesteśmy na miejscu.
Ku naszemu rozczarowaniu okazuje się, że „nasz” pensjont jest pustawy - a kiedyś tętnił życiem...
To nas zniechęca.
Maryla odważnie rzuca hasło jazdy do Csokonyavisonta.
Niebo już ciemnieje, liczę czas... a niech tam, poradzimy sobie, zawsze się znajdzie jakiś kąt do spania, a ostatecznie prześpimy się w samochodzie.
Ha! - ostatni raz w samochodzie spaliśmy dziesięć lat temu...
Dzięki jeździe „ponad kodeks” (ale tylko poza terenem zabudowanym) do Csokonyavisonta wjeżdżamy triumfalnie niedługo po zmroku.
Nazwa tej wsi bierze się ponoć z połączenia dwóch starych nazw: Csokony i Visonta.
Nazwa długa, a wieś jeszcze dłuższa - przejechaliśmy coś, co zdawało się być "centrum", jedziemy dalej, zabudowania jakby mizerniejsze, coraz rzadsze, wreszcie pustka...
Gdzie to termalne kąpielisko?
Zatrzymuję się na stacji paliw i pytam.
Odpowiedź jest krótka: jeszcze trochę i termalfürdő będzie po lewej.
Zgadza się, jest! Wjeżdżamy do dzielnicy domków weekendowych, rozglądamy się, są szyldy o wynajmie kwater, ale domki nieoświetlone.
Na jakimś skrzyżowaniu zagaduję parę ludzi idących z psiakiem.
Pokazują mi domek dopiero co minięty, cofamy, wychodzi do nas starsza pani, zaprasza, pokazuje wnętrze, negocjujemy cenę - po 2500 forintów od łebka, ale niech będzie, przynajmniej standard dość wysoki.
Wprowadzam autko za bramę, kolacyjka - rzecz jasna zakropiona tym, z czym wyjechaliśmy z Bułgarii, przegląd programów z satelity (sporo chorwackich) i udajemy się na spoczynek.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
20 września 2007, czwartek

Rankiem wychodzę na poszukiwanie znanego nam węgierskiego marketu ABC.

Obiegam uliczki wzdłuż i wszerz, lecz nie ma ani śladu nie tylko ABC, ale nawet choćby A.
Przy okazji zaglądam na kąpielisko.
Brama jest otwarta, w kasie nikogo, a sporo Niemców z kempingu już się moczy i wdycha opary termy pod gołym niebem.

Muszę kupić coś na śniadanie, wracam zatem do naszej chatki, wskakuję do auta i podjeżdżam parę kilometrów do centrum.

Tamże odnajduję ABC-Coop i kupuję tradycyjne, węgierskie białe pieczywko (Maryla powiada, że niezdrowe, ale co zrobić, jak nam tak smakuje), do tego nasz ulubiony vajkrem – smarowidło serowe przypominające nasz ser topiony, tylko nieco bardziej miękkie.
Po śniadanku rutynowa kawka i zbieramy się do termy.

Kąpielisko odbieramy jako fantastyczne i tym sposobem Csokonyavisonta wchodzi na stałe do zbioru „naszych” miejsc.

Wieczorem - bardzo ciepłym - ubieramy się w elegantsze stroje i idziemy na mały spacer zwieńczony kolacją w restauracji z nadzwyczaj smaczną kuchnią lokalną.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
21 września 2007, piątek

Smutnawy dzień... Z pościeli – powstań! Bambetle – spakuj! Kierunek – Bratysława!
Potem Zwardoń i już witamy się z gąską.
Nie, nie będziemy płakać – przywieźliśmy wszak tyle wspomnień, i tyle buteleczek z rakijką...
Na jakiś czas nam wystarczy.


***

Zastanówmy się teraz, jak sprawdziła się nam opcja „posezonowa”.
Ścisły sezon kończy się w ostatnich dniach sierpnia, jako że turyści z Europy Północnej mający dzieci w wieku szkolnym tudzież inne obowiązki usuwają się z wolna w cień domowych pieleszy.
Bułgarzy mają jeszcze wprawdzie wakacje do połowy września, ale to już nie jest letnia masówka, przynajmniej na wybrzeżu.
Na kurortowych „listach obecności” przybywa minusów, właściwie robi się coraz smutniej, chociaż na pocieszenie człowiekowi pozostają ceny kwater spadające na łeb i na szyję, oraz kuszące wyprzedaże w handelku ulicznym.
Z innej jednak strony niektóre knajpki są już zamykane, wskutek czego klientela przenosi się do tych pozostałych i ulubione potrawy „wychodzą” szybciej, niżby się człowiek spodziewał.
Kolejną kwestią – nie tylko losową - jest aura.
To prawda, że kilkudniowe załamanie pogody objawiające się silnym wiatrem sztormowym może zdarzyć się zawsze, ale posezonowe wieczory robią się już stanowczo zbyt chłodne.
I z pewnością częściej niż w pełni lata pogoda wygania wczasowiczów z plaży.
Wtedy wąskie uliczki zabytkowych miejscowości i co lepsze knajpki zapełniają się trochę gęściej, niż byśmy chcieli...
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości