Poza oczywistą pasją rozciągającą się na południe od Suboticy, na pewno gra w Darts, godzinami mogę stać przed tarczą i rzucać. Trzy razy z rzędu potrójna dwudziestka łazi za mną wszędzie, zawsze noszę ze sobą lotki, na wypadek jakby gdzieś się trafiła tarcza i można by zagrać. Pierwszy tydzień każdego roku (od bodaj pięciu lat) mija pod znakiem wypowiadanych przez moją lepszą połowę słów "jak ty to możesz oglądać" - mistrzostwa świata trwają dokładnie siedem dni

. Magiczna dziewiąta lotka jest moim prawdopodobnie nieosiągalnym marzeniem. Dziewiąta lotka - czyli rozegranie turniejowego dystansu - zejście z 501 punktów do zera dziewięcioma rzutami (najmniejsza możliwa ilość) i zakończenie wartością podwójną - double out. Lotki 18 gramów, na razie tak zwane softip (czyli groty plastikowe), na lotki steel (metalowe końcówki) też przyjdzie pora, po prostu łatwiej jest znaleźć miejsce do grania softami. I kolejne rzuty, kolejne niepowodzenia, koncentracja, i jest sześćdziesiątka, potem kolejna, wpada 180 w jednej kolejce i jest euforia. Potem kapota, trzy jedynki z rzędu i jest wnerw, że jak to? Przecież w poprzedniej kolejce tak dobrze rzucałem, do cholery. Po następnej godzinie gry kolejna dekoncentracja, lotki latają jak porąbane po całej tablicy. I myślę, że czas kończyć na dzisiaj, jeszcze tylko jedna gra, i bum wysokie wartości wchodzą jak złoto, no to jeszcze raz i jeszcze raz od nowa. Aż ledwie mam siłę przyjąć odpowiednią pozycję, zachować balans ciała, wypuścić lotkę w odpowiednim momencie. Z klubu do domu, w głowie ten wąski wycinek tarczy opatrzony wartością 20, w domu patrzę na swoją tarczę, ale tu nie raczej nie rzucam, nie ma klimatu. Tarcza wisi, bo wisi. Uwielbiam tę grę