Budapeszt zamiast Albanii - wycieczka na spontanie
W zeszłym roku zamiast lecieć do Albanii, padło na 4 dniowy wypad do Budapesztu, tak naprawdę to siedzący w brzuchu Franek tak postanowił, to co DZIECKU ODMÓWISZ?!?!
Koło godziny 15 w środę, jakoś na początku lipca skoro nie lecimy do Albanii to jedźmy do Budapesztu. OKEJ!
Na szybkości pojechaliśmy po karty EKUZ, otwarte do 16. EUR mieliśmy już wcześniej ogarnięte. Panda zawsze w gotowości. Na bookingu zarezerwowałem jakieś noclegi. Nic tylko spakować kilka bambetli i kolejnego dnia czwarta rano - GUANTANAMO! - jedziemy!
Tak się stało, kolejnego dnia po godzinie 4 rano siedzieliśmy już w Pandzie. Pojechałem tą samą trasą, którą rok wcześniej jechaliśmy do Grecji na ASR. Gliwice-Zory-Pawlowice-Cieszyn-Cadca-Zilina-Martin-Banska Bystrzyca-Zvolen-Sahy-Budapeszt. O ile do Banskiej szło sprawnie to później już ruch się wzmógł i ciągnęło się jak glut z nosa.
W końcu jakoś między 10-11 dojechaliśmy do zatłoczonego i gorącego wtedy Budapesztu. Pogoda była więcej niż znakomita, nie sprzyjająca kobiecie w ciąży na pewno ;P
W samym Budapescie GPS mi się lekko zawiesił i na koniec przy dojeździe do hotelu lekko pobłądziliśmy ale ostatecznie dojechaliśmy.
Na trzy noce zakwaterowaliśmy się tutaj
Hotel Bara
Oceny na bookingu wg mnie zaniżone, ale my znowu nie jesteśmy wybredni i zbyt wymagający. Ważne ze czysto, jest gdzie kimnąć, na plus śniadania w cenie no i 4-5 przystanków autobusem do metra. Wzgórze Gellerta tuz obok.
Wyjazd był na spontanie, wiec nawet nie ogarnęliśmy co w Budapeszcie jest MUST-SEE, gdzie warto zjeść itd. Internet na bieżąco był pomocny, relacja Myszabe również.
Hmm teraz już będę musiał improwizować bo nie wszystko pamiętam, co widzieliśmy i gdzie byliśmy, wiec patrząc na siec komunikacji miejskiej w Budapeszcie i na google maps będę starał się mniej więcej poprzypominać co nie co.
Po przyjeździe zakwaterowaliśmy się w hotelu i udaliśmy się na miasto. Przystanek autobusowy był tuż przy hotelu, ale z racji długiej jazdy autem postanowiliśmy trochę rozprostować kości idąc w kierunku Dunaju a dokładniej Széchenyi lánchíd, czyli Mostu Łańcuchowego. Po drodze zgłodnieliśmy wiec siedliśmy na obiad tutaj
Makos Guba Etterem
Piwo spoko, jedzenie spoko, rachunek spoko, ogólnie spoko, tyle pamiętam. Po konsumpcji zdałem sobie sprawę, że nie ogarnąłem jeszcze forintów i mam jakieś tysiące w drobniakach. Kelner przyniósł rachunek, a ja w drobniakach nastukałem nieco ponad 4000 ft. stykło na styk, hehe

Po drugiej stronie ulicy później wymieniliśmy w banku kasiorke.
Później już udaliśmy się nad Dunaj pstryknąć kilka fotek na tle mostu i Budy.
Obok jest jeszcze Zamek Królewski, Państwowa Biblioteka i jakieś tam muzeum
CDN...