Ocena wątku:
  • 8 głosów - średnia: 4.38
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na bułgarskim szlaku jacky @ maryla od lat !
Jacky a figa Wam owocuje?
Odpowiedz
(26.07.2015 20:37:36)nunatak2 napisał(a): Jacky a figa Wam owocuje?

jak na razie jedynie pięknym listostanem ...

i wiele osób pyta się - "cóż to jest za krzew" ?
 
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Mój znajomy od dobrych dwudziestu lat ma dwa krzewy w szklarni pod domem. Szklarnia obecnie nie jest ogrzewana, więc na zimę krzewy okręca przed mrozem. Owoce ma co roku.
Odpowiedz
(26.07.2015 22:51:51)kalachol napisał(a): Mój znajomy od dobrych dwudziestu lat ma dwa krzewy w szklarni pod domem. Szklarnia obecnie nie jest ogrzewana, więc na zimę krzewy okręca przed mrozem. Owoce ma co roku.

niestety - szklarni nie mamy...
figę po kilku latach chowania w doniczce na zimę do piwnicy w końcu wysadziłem pod ścianą "garażu" ...
z początku tylko rozwijała się lekko latem...
ostatniej a mocno lagodnej zimy akurat obsypaliśmy ją na zimę liśćmi...
zasadniczo traktujemy ją jako letni krzew ozdobny...
czy kiedykolwiek odwdzięczy się nam owocami - śmiem mocno powątpiewać...
tudzież pozdrawiam ...
Jacek


Ruszamy w dalszą drogę.
Tak jak sobie obiecaliśmy, zaglądamy do strand fürdő, czyli po naszemu kąpieliska termalnego w Cozia, obok monastyru.
Jest to jeden basen, spory jak na warunki rumuńskie, woda ciepła, nawet słonecznie się robi, ale nie decydujemy się, może następnym razem.
Wejściówka chyba z 10 lejców od głowy, ale wierzymy, że warto.
Planujemy, że jeżeli zatrzymamy się tu w drodze powrotnej, połączymy kąpiele zdrowotne z noclegiem w przylegającym motelu „Crama”.
Umawiamy się już nawet na nocleg. Teraz obowiązuje jeszcze cena sezonu letniego (144 leje), lecz za kilka dni ma być już posezonowa, to znaczy 124 leje za pokój dwuosobowy z całkiem porządnym wyposażeniem.
Jedziemy dalej - nic nowego, poza tym, że w Piteşti po raz pierwszy gubię się, to znaczy spory ruch na drodze wyrzuca mnie na jednym ze skrzyżowań na jakieś osiedle. Patrzę na z lekka zrujnowane domy, patrzę na parkingi i zastanawiam się, skąd ci biedni Rumuni wzięli tyle bogatych bryczek?
Charakterystyczne dla rumuńskiego krajobrazu dacie znikły w masie zachodnioeuropejskich wozów (niekoniecznie z wieloletnim stażem!), a logan jako reprezentant produkcji lokalnego przemysłu motoryzacyjnego zaczyna rzucać się w oczy.
Autostradę przejeżdżamy szybko, na obwodnicy zaglądam do jakiegoś nowo wybudowanego pensjonatu, ale słysząc „40 euro” powiadam grzecznie recepcjonistce, że być może zajrzę do nich w drodze powrotnej, a w myślach sobie takowy zamiar wybijam z głowy.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
W okolicy Giurgiu dopada nas zmrok.
Widzimy elegancki, pięciogwiazdkowy pensjonat, chwila marzeń i... jedziemy dalej – po zapoznaniu się z ceną wywieszoną nad recepcją nawet nie próbuję zabrać głosu. Wkrótce łapiemy nocleg na pięterku nad stacją paliwową RAFO.
Za jedyne 85 lei mamy dwójkę z klimą, telewizorem i... mankamentem, to znaczy łazienką na korytarzu.
W nocy następuje załamanie pogody. Przychodzi silna burza, na kilka godzin "wywala korki" w całej okolicznej energetyce. Tuż po północy podenerwowana Maryla pyta, dlaczego wyłączyłem klimę...


1 września 2007, sobota

Prognoza pogody w wieczornych informacjach telewizyjnych ustawiła mnie na zmianę trasy. Decyzję potwierdzają poranne relacje na żywo z rumuńskich kurortów koło Konstancy - tam też leje.
Bułgaria wita nas deszczem - pierwszy raz od 12 lat!
Psychiczna masakra, jak by rzekło najmłodsze pokolenie...
Wjeżdżamy - ale nie mamy wrażenia wjazdu do Bułgarii.
To jakiś inny kraj! Pochmurno, mokro, chłodno, ponuro...
Z Ruse bierzemy azymut na Sofię. Po drodze rozglądamy się za tradycyjnymi baniczkami – niestety, nici z tego, dopiero później kupujemy je w jakiejś wiosce.
Mają mydlany smak.
W południe przejeżdżamy pod Wielkim Tyrnowem - dosłownie „pod”, ponieważ droga wjeżdża w tunel wydrążony pod miastem.
Wielkie Tyrnowo jest z pewnością warte wizyty, lecz pochmurna i dżdżysta pogoda zniechęca do zwiedzania.
Musi nam na razie wystarczyć robiąca wrażenie panorama miasta.
Wiem, że kiedyś tu wrócimy - tradycyjnie...
Po godzinie docieramy do Etyru. Kiedyś się sporo naczytałem o tutejszym skansenie na internetowym forum, a teraz jesteśmy tutaj w rzeczywistości.
Nie zważając na pogodę parkujemy na obrzeżach i zaczynamy zwiedzanie od obiadu w stylizowanej restauracji, smaczne żarełko, zapamiętałem gjuwecz po rodopsku w charakterystycznych glinianych korytkach.
Po posiłku pora zapoznać się ze skansenem, choć pogoda pod psem.
Najpierw oglądamy kurne chaty, potem piętrowe, drewniane domki z charakterystycznym nawisem nad uliczką, pracownie artystyczne i punkty handlowe będące odpowiednikami naszej Cepelii, później znów mehany (lokalna odmiana oberży). Zwiedzanie kończymy w ulewnym deszczu.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
To musieliście mieć duży niefart z tą pogodą. Mam nadzieję, że potem było już tylko lepiej Wink
Odpowiedz
(28.07.2015 12:53:42)nunatak2 napisał(a): To musieliście mieć duży niefart z tą pogodą. Mam nadzieję, że potem było już tylko lepiej Wink

było ...   zmiennie...
bo...

Odjeżdżając z parkingu obserwujemy obok siebie małe "bum" - po prostu ktoś jadący komuś na dupsku, a mający łyse opony i, rzecz jasna, bryczkę bez ABS-u, z impetem wjeżdża poprzednikowi w garaż. Policjant kierujący ruchem kiwa z politowaniem głową, lecz nie interweniuje. Ot, nic takiego, klasyczna stłuczka, powód prosty: śliski asfalt, który dla Bułgarów nienawykłych do deszczowego lata nie jest asumptem do ostrożnej jazdy.
Jedziemy dalej. Po pewnym czasie zaczynam się orientować, że wdrapujemy się naszym autkiem na Przełęcz Szipczeńską. Z naprzeciwka bardzo dużo autokarów – w jaki sposób ci Bułgarzy nagromadzili tyle sprzętu na tak krótkim odcinku drogi? Temperatura na zewnątrz spada do 7 stopni, czuję się jak na podjeździe pod Kubalonkę w listopadowej aurze.
Na samej górze zrobił się jakiś potężny zator, ruchem kieruje policja, ambulansy krążą „wte i wewte”, kilka autek spoczywa w rowach, ale dlaczego z kółkami do góry?! Cóż, serpentyny pokonywane w takim tempie, w takiej mgle i z tak nadzwyczajnie napiętą uwagą najwyraźniej dają popalić...
Zjazd z góry wynagradza trudy wjazdu i przebijanie się przez zator. Zjeżdżamy po prostu w słoneczną dolinę – sławetną Dolinę Róż, która jednakowoż na chwilę obecną nie różni się wiele od innych dolin.
Kazanłyk wita nas prawie upalnym, wręcz dusznym powietrzem (wkrótce dowiemy się, dlaczego). Póki co, zaczynamy się błąkać po opustoszałym, weekendowym Kazanłyku. Miasteczko jest kompletnie nie oznakowane, młody chłopak wyprowadza nas swoim autkiem na rozstaje w kierunku Sofii; tylko dlatego jest mu po drodze, że jedzie do swojej dziouszki na przedmieścia.


to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
Twoje teksty są jak najlepszy serial! Kończą się w najmniej oczekiwanym momencie i człowiek w napięciu czeka na kolejny odcinek Wink
Odpowiedz
(29.07.2015 20:42:27)nunatak2 napisał(a): Twoje teksty są jak najlepszy serial! Kończą się w najmniej oczekiwanym momencie i człowiek w napięciu czeka na kolejny odcinek Wink

póki co nawijam z historii....
a tak na marginesie - już sobie kreślę nowy szkic tranzytu przez BG...
......
Pogoda się kotłuje przez cały czas, jedziemy równo z czołem frontu atmosferycznego. Wyładowania atmosferyczne są, i owszem, widokowe, ale ich skutki nader przykre... Wtem Maryla spostrzega drogowskaz informujący o bliskości miasteczka Paweł Banja, szybko sięga do naszego ubiegłorocznego dziennika pokładowego i oznajmia, że ma tam być kurort z wodami termalnymi.
Tak, przypominam sobie, opowiadał nam o nim gospodarz kwatery w Obzorze.
Jest tam kilka źródeł mineralnych, mniej lub bardziej gorących, luksusowy kompleks balneologiczno-rehabilitacyjny i trochę domów z infrastrukturą zdolną do obsłużenia kilku tysięcy stałych mieszkańców oraz tłumów gości. Paweł Banja to uzdrowisko o wysokim prestiżu, ciekawe jak się to folderowe hasło reklamowe sprawdza w praktyce...
Mam jednak wątpliwości, czy skręcić do Paweł Banja, widzę bowiem nadzwyczaj czarne chmury gradowe. Maryla przekonuje mnie argumentem, że być może kolejny raz nie przyjdzie nam znaleźć się tutaj tak szybko.
Wjeżdżamy zatem do miasteczka, kątem oka koduję najbardziej istotne obiekty przydatne podróżującym: stację paliw i sporych gabarytów market przy skrzyżowaniu.
W centrum dopada nas burza. Widząc jej groźby szukam sensownego schronienia, kręcę się po placyku, przy którym widać coś w rodzaju przystanku (dworca autobusowego?), w końcu wjeżdżam na wysoki chodnik i chowam się pod jakimś skromnie rozrośniętym drzewkiem.
Za chwilę przychodzi gradobicie. Kule lodowe wielkości dorodnego orzecha włoskiego bombardują nasze autko, prawie się modlimy, bo gdyby rozwaliły nam szyby, to gdzie szukać na tej prowincji "szklarza" do autka?
Wkrótce deszcz przybiera na sile tak, że chodnik, na który przezornie wjechałem, staje się wysepką na morzu wód burzowych zmierzających do centrum chyba z całego miasteczka.
Tuż obok nas zatrzymuje się inne autko, lokalne, a jeszcze inne w odległości na wyciągnięcie ręki prawie topi się na skrzyżowaniu, silnik i wnętrze pojazdu zalane, pasażerowie uciekają...
Ja przez cały czas trzymam mój silnik w trybie pracy. Po kilkunastu minutach nawałnica cichnie, chmury się rozstępują, wody spływają - więc ruszamy.
Przystajemy obok jakiegoś biura podróży i – tak, naprawdę! - na niebie pojawia się słońce. Pracownica biura potwierdza możliwość zakwaterowania (średnia cena ponoć 8-10 lewa od osoby) i opisuje nam dojazd do sanatorium, będącego zarazem domem zdrojowym.
to przyjemne żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi....Big Grin
Odpowiedz
(30.07.2015 09:52:19)jacky6 napisał(a): póki co nawijam z historii....
a tak na marginesie - już sobie kreślę nowy szkic tranzytu przez BG...
......


mi to nie przeszkadza Wink i tak czytam jednym tchem. Pewnie część czytałam jeszcze na com, ale to było już dawno Wink
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości