dojeżdżamy na obiad do Pri Pancho
Z zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Ot stara, drewniana mehana, wchodzimy do środka - jeszcze gorsze wrażenie, natomiast kubki smakowe już wariują od zapachów, będzie dobrze.
Przechodzimy na tył, do ogrodu. Ogródek mieści kilkanaście stolików z ławami, oddzielone od siebie parawanami, zapewniając odosobnienie w konsumpcji. Tu dopiero wystrój zachęca do degustacji. Miła kelnerka przynosi menu no i .... zaczyna się dylemat co zjeść?
Na pewno będzie szopska, pileszka zupa, kawarma, kurczak z grilla, frytki, namówiony przez Artura od Teresy zamawiamy też ryby - czernokopy. Na przystawkę zamówiliśmy paprykę faszerowaną ryżem i mięsem - świetna.
Czekaliśmy z nadzieją na Pri Pancho, ponieważ kuchnia w Kamchiji nas nie rozpieściła -tu dostaliśmy to , co chcieliśmy - bułgarskie smaki, które dobrze pamiętamy z Achtopola i Sinemorca. Z premedytacją nie piszę "tradycyjne" smaki, ponieważ skąd Polakowi wiedzieć, że jest to tradycyjny smak ? Z uśmiechem podchodzę do tego określenia; o tradycyjnym smaku może powiedzieć autochton, ktoś kto wychował się w tej kulturze i w tej kuchni ( jest tu u nas paru takich gagatków ). A zapomniałbym, jeszcze rybna zupa wylądowała na stole. O ile HD połyka pileszkę wszędzie tak samo ( albo zje albo nie ) o tyle przy frytkach pierwszy raz w życiu, wyrzuca z siebie pochwałę kuchni bułgarskiej " dobre frytki". Kawarma, rybna - takie smaki mi odpowiadają. Odleciałem przy czernokopach - delikatne mięso, bez żadnych ziemniaków, chleba - wystarczy Zagorka i szopska. Jesteśmy spełnieni kulinarnie - a tu jeszcze deser...
Pri Pancho - tu wrócił nam smak Bułgarii, jaką znamy: w Sinemorcu poznaliśmy 2 mehany na podobnym poziomie, w Obzorze jest Teokla. Jesteśmy naprawdę zadowoleni.
O ile się nie mylę to było w czwartek, choć może w piątek ? Czas w BG jakby zastygł, tak tu jest moi drodzy.
Następuje zmiana pogody od piątku do niedzieli pada, wieje - pierwszy raz pogoda nas zaskakuje, ale... jedziemy na plażę.
Vis a vis Kristal nad brzegiem są rozłożone leżaki i baldachimy, należące do sanatorium. Dziś puste, za wyjątkiem jednej rosyjskiej rodziny. AD nigdy nie kąpał się w deszczu, morze jest na tyle spokojne, że wskakujemy do wody i nie słyszymy ostrzeżenia LP " uspokójcie się" . Deszcz pada niemal pionowo i dość intensywnie, wynurzając z wody ramiona, ma się uczucie jakby wielkie szpilki wbijamy się w skórę. Pływamy ponad godzinę - wiatr i fale przybierają na sile, więc zarządzamy ewakuację.
deszczowa Kamchija
W sobotę pogoda jest podobna, leje z przerwami na ostre słońce - nie ma mowy o plażinngu, zbyt duży wiatr - więc postanawiamy udać się do Warny. Po godzinie jesteśmy w muzeum Warneńczyka ( dwa zdjęcia, więcej zamieścił dżek w odpowiednim wątku ).
![[Obrazek: WP_20150821_11_28_50_Pro.jpg]](http://s14.postimg.org/g9nt8o3gh/WP_20150821_11_28_50_Pro.jpg)
Jesteśmy zszokowani - o ile mauzoleum prezentuje się dostojnie, o tyle muzeum to zemsta Teodora Żiwkowa, nie wiadomo tylko za co. Wstyd, że muzeum króla (też Bułgarów) wygląda jak kurnik, jedna sala, parę eksponatów, część to rekonstrukcje. Wychodzimy po kilkunastu minutach zażenowani, AD " i co już, po muzeum ?", LP odpowiada " nie denerwuj taty ". Chciałem młodemu pokazać historię naszego kraju i Europy, przed wizytą z ciekawością słuchał o Warneńczyku, jego historii, bitwie . Choć może, to my Polacy mamy manię megalomanii i wystawiamy pomniki, muzea na zasadzie postaw się a zastaw się ? Nie wiem, ale Warneńczyk to był ktoś, więc zasługuje na większą pamięć.
kurnik
![[Obrazek: WP_20150821_11_36_39_Pro.jpg]](http://s18.postimg.org/xe357pjft/WP_20150821_11_36_39_Pro.jpg)
Wracamy. Już nie pada, choć nadal pizga okrutnie, aby zagłuszyć zdenerwowanie udajemy się na długi spacer po plaży.
wieczorem dalej wieje
Budzimy się w niedzielę i pogoda bez zmian, co robimy ? Telefon do Marcina i jedziemy znów do Obzoru.
tak Obzor prezentuje się podczas wiatru...
Szwędamy się bez celu po miasteczku, na obiad kierujemy się do Teokli. Pocałowaliśmy bramę ( przypomniałem sobie że czynne jest od 17stej, a była bodajże 15sta ), więc udajemy się do Złotej Rybki. Po drodze składamy wizytę rakijowemu dziadkowi, próbujemy szlachetnego trunku i umawiamy się za parę dni na zakup ( mój nie dojdzie do skutku, ale o tym dalej ).
W Złotej Rybce jakby biedniej, puściej niż w latach które pamiętam. Obsługuje nas właściciel - przesadnie miły, jakby chciał odbić finansową stratę dnia na nas wierząc, że spróbujemy wszystkiego... Dziś już nie sięgnę pamięcią co zamówiliśmy, ale to pewnie efekt " średniego smaku" - kiedyś w Rybce były pyszne szaszłyki, dziś to już wspomnienie. Tak, zamówiłem pileszka szaszłyk, chwila niepamięci.
Wracamy wieczorem do Kamchiji z nadzieją, że w poniedziałek pogoda się do nas uśmiechnie.
Poniedziałek - czyli jak peter skorzystał pierwszy raz z transportu sanitarnego w BG.
Pierwsze łypnięcie okiem powoduje uśmiech - jest słońce, nie pada. Zbieramy się na plażę. Aha, wieczorem będziemy mieli gościa - ewcia zawitała apartament niżej, umówiliśmy się u nas na tarasie.
Zapomniałbym - w pierwszym tygodniu w ośrodku mieszkał Korba z familią, spędziliśmy jeden wieczór nad basenami w towarzystwie whisky Savoy i nie mniej wesołej siostry Korby - Katarzyny ( pozdrowienia ).
podziwiam do dziś
![[Obrazek: WP_20150827_14_48_15_Pro.jpg]](http://s14.postimg.org/8hytldif5/WP_20150827_14_48_15_Pro.jpg)
Otumanieni słońcem, wskakujemy z AD do wody. Atakujemy fale z pasją, z jaką wiewiór z EL ( Epoka Lodowcowa ) atakował orzeszka, bez ustanku i oczami jak po LSD. Nie mamy umiaru po 2 dniach deszczu. Morze było przez te dni bardzo wzburzone, w miejscu gdzie obozowaliśmy zmieniła się struktura dna, piasek odsłonił trochę kamieni na dnie. Jeden z nich był przeznaczony dla mnie - wskakując do wody, stopa po kontakcie z kamieniem zaczęła delikatnie boleć.
Wieczorem z wizytą wpadła ewcia - miłą rozmowę przerwał cholerny ból stopy, opuchlizna robiła się coraz większa. Ok, pomyślałem sobie - jeśli to złamanie, będzie wesoło. Za parę dni powrót, z nogą w gipsie ciężko się prowadzi - LP chyba zauważyła powagę sytuacji a scenariusz, że to ona prowadzi podczas powrotu, powoduje, że minę ma nie tęgą. Szybka decyzja, dzwonimy do AXA - miła Pani informuje, że karetka z Warny dotrze za godzinę. Ból przybiera na sile, nie mogę już stanąć na nogach. Karetka dociera po 2 godzinach, z pomocą AD i sanitariusza gramolę się na leżankę w karetce i jedziemy.
Mimo bólu, układam scenariusz - co robić dalej ? Wjeżdżając na most w Warnie widzę przez tylne szyby świecące klosze latarni - mam wrażenie jakiegoś dejavu... Tak, już wiem - przypomniałem sobie ostatnią relację Kocura, coś mnie ściska w żołądku.
Wiecie jak wygląda stan nawierzchni mostu w Warnie ? Wiecie, a sanitariusz zapieprza jakby nie pamiętał - trzęsie niemiłosiernie, a szuflady z lekami i przyrządami mam wrażenie zaraz wszystkie się otworzą i będą fruwać jak w kosmosie. Po kilkudziesięciu minutach dojeżdżamy do kliniki. Prześwietlenie i wynik - brak złamania, uff nie ma tragedii, po prostu strasznie stłuczona. Propozycja lekarza aby jednak unieruchomić nogę i założyć gips, spotyka się z moim oporem, więc zakładają monstrualnych rozmiarów opatrunek i dostaje receptę z lekami. Sanitariusz zwozi mnie na wózku do karetki. Wyciąga z niej kule i proponuje transakcję handlową - ja mu daje 70leva on mi kule, podziękowałem, schodzi na 50, ja nadal nie zgadzam się. Jak tak dalej pójdzie to sprzeda respirator z karetki, dureń. Strzela drzwiami z hukiem i .... jedzie przez Warnę co najmniej setką. Moich przekleństw nie ma końca, ale skurczybyk nastawił głośno radio wiec mnie nie słyszy. Po 2 w nocy jestem w Kamchiji.
Nie muszę już chyba nikogo przekonywać do dodatkowego ubezpieczenia - temat załatwiony szybko, sprawnie, nikt nie pytał się o EKUZ.
Wtorek spędzam w łóżku - reszta familii na basenach. W czwartek mieliśmy wyjeżdżać, ale zostaniemy do soboty, zresztą dziś, najpóźniej jutro dojedzie Bulgaricus ( dojedzie w czwartek, a w zasadzie w piątek w nocy - to chyba najdłuższa podróż do BG w nowoczesnej historii hehe )
Po lekach i okładach czuję się na tyle dobrze, że w środę podjeżdżamy na plażę - noga doskwiera, ale to tylko 2 km. Nie ma szaleństw i Zagorki, jest tylko moczenie nóg w wodzie - myślę sanatorium czy jak, odwracam się i patrzę w stronę lasu...
Nasza Teresa ma dziś urodziny więc postanawiamy przesłać jej tort - cóż, że z piasku i mms-em, ale tort!
tort
![[Obrazek: WP_20150827_15_31_10_Pro.jpg]](http://s17.postimg.org/wtgazc5kv/WP_20150827_15_31_10_Pro.jpg)
W piątek ( w nocy dojeżdża Bulgaricus z familią ) decydujemy się podjechać do Pri Pancho, zjemy dobrze i przetestujemy nogę.
Nie jest źle, tzn zjedliśmy bardzo dobrze - a jazda samochodem nie była jakąś udręką.
Czas się pakować, jutro wyjazd.
Trasa powrotna wykluczyć musiała Karpaty, ze względu na jeszcze lekki ból w nodze: z Ruse na Ghimpati, Alexandria, Caracal, Krajowa, Timisoara, Arad ( nocleg Hotel Lotus - dwie dwójki za 280 zł, przyjemny - 100m obok Kaufland i Lidl), Oradea, Debreczyn, Tokaj ( musimy tu przyjechać na kilka dni ), Trebisov itd... - powiem tak, z 3 tras jakimi jechałem przez RO, ta najbardziej komfortowa choć to tylko i wyłącznie w weekend, ale najmniej widokowa.
Kamchija... Czy wrócimy ? Z pewnością. Czy polecam ? Tak, ale zastanów się czego oczekujesz. Kilometrów plaż na wpół dzikich ? Jedź. Szukasz rozrywki i straganów ? Nie jedź. Na plażę dojeżdżaliśmy codziennie autem, ale jak już wspomniałem - można wynająć apartament w kompleksie sanatorium, nad samym morzem. Nie polecam ośrodków kempingowym - nie chcę sobie nawet przypominać ich stanu budowlanego, zresztą atakują tam hordy meszek, których o dziwo nie ma na plaży i u ujścia rzeki, przy przystani też nie ( to te pseudo centrum ), tym bardziej w Oasis. W Bliznaci jest parę sklepów, mehana - zaopatrzenie ok, do kantoru w Str. Oyrahowo ok. 10 km. Pamiętajcie, że Kamchija to nie miejscowość - nie ma tu sklepów, domów, miejsc do rozrywki. Natomiast to idealne miejsce do wyciszenia, odpoczynku od codziennego zgiełku, długich spacerów, przypomnienia sobie jak wygląda przyroda nie stłamszona przez betonowe zapędy architektoniczne.
Wracając, zastanawiamy się głośno, gdzie chcemy się udać za rok - Sinemorec, Ahtopol, może płn wybrzeże ?
a może zdradzimy Bułgarię...
Z zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Ot stara, drewniana mehana, wchodzimy do środka - jeszcze gorsze wrażenie, natomiast kubki smakowe już wariują od zapachów, będzie dobrze.
Przechodzimy na tył, do ogrodu. Ogródek mieści kilkanaście stolików z ławami, oddzielone od siebie parawanami, zapewniając odosobnienie w konsumpcji. Tu dopiero wystrój zachęca do degustacji. Miła kelnerka przynosi menu no i .... zaczyna się dylemat co zjeść?
Na pewno będzie szopska, pileszka zupa, kawarma, kurczak z grilla, frytki, namówiony przez Artura od Teresy zamawiamy też ryby - czernokopy. Na przystawkę zamówiliśmy paprykę faszerowaną ryżem i mięsem - świetna.
Czekaliśmy z nadzieją na Pri Pancho, ponieważ kuchnia w Kamchiji nas nie rozpieściła -tu dostaliśmy to , co chcieliśmy - bułgarskie smaki, które dobrze pamiętamy z Achtopola i Sinemorca. Z premedytacją nie piszę "tradycyjne" smaki, ponieważ skąd Polakowi wiedzieć, że jest to tradycyjny smak ? Z uśmiechem podchodzę do tego określenia; o tradycyjnym smaku może powiedzieć autochton, ktoś kto wychował się w tej kulturze i w tej kuchni ( jest tu u nas paru takich gagatków ). A zapomniałbym, jeszcze rybna zupa wylądowała na stole. O ile HD połyka pileszkę wszędzie tak samo ( albo zje albo nie ) o tyle przy frytkach pierwszy raz w życiu, wyrzuca z siebie pochwałę kuchni bułgarskiej " dobre frytki". Kawarma, rybna - takie smaki mi odpowiadają. Odleciałem przy czernokopach - delikatne mięso, bez żadnych ziemniaków, chleba - wystarczy Zagorka i szopska. Jesteśmy spełnieni kulinarnie - a tu jeszcze deser...
Pri Pancho - tu wrócił nam smak Bułgarii, jaką znamy: w Sinemorcu poznaliśmy 2 mehany na podobnym poziomie, w Obzorze jest Teokla. Jesteśmy naprawdę zadowoleni.
O ile się nie mylę to było w czwartek, choć może w piątek ? Czas w BG jakby zastygł, tak tu jest moi drodzy.
Następuje zmiana pogody od piątku do niedzieli pada, wieje - pierwszy raz pogoda nas zaskakuje, ale... jedziemy na plażę.
Vis a vis Kristal nad brzegiem są rozłożone leżaki i baldachimy, należące do sanatorium. Dziś puste, za wyjątkiem jednej rosyjskiej rodziny. AD nigdy nie kąpał się w deszczu, morze jest na tyle spokojne, że wskakujemy do wody i nie słyszymy ostrzeżenia LP " uspokójcie się" . Deszcz pada niemal pionowo i dość intensywnie, wynurzając z wody ramiona, ma się uczucie jakby wielkie szpilki wbijamy się w skórę. Pływamy ponad godzinę - wiatr i fale przybierają na sile, więc zarządzamy ewakuację.
deszczowa Kamchija
W sobotę pogoda jest podobna, leje z przerwami na ostre słońce - nie ma mowy o plażinngu, zbyt duży wiatr - więc postanawiamy udać się do Warny. Po godzinie jesteśmy w muzeum Warneńczyka ( dwa zdjęcia, więcej zamieścił dżek w odpowiednim wątku ).
![[Obrazek: WP_20150821_11_28_50_Pro.jpg]](http://s14.postimg.org/g9nt8o3gh/WP_20150821_11_28_50_Pro.jpg)
Jesteśmy zszokowani - o ile mauzoleum prezentuje się dostojnie, o tyle muzeum to zemsta Teodora Żiwkowa, nie wiadomo tylko za co. Wstyd, że muzeum króla (też Bułgarów) wygląda jak kurnik, jedna sala, parę eksponatów, część to rekonstrukcje. Wychodzimy po kilkunastu minutach zażenowani, AD " i co już, po muzeum ?", LP odpowiada " nie denerwuj taty ". Chciałem młodemu pokazać historię naszego kraju i Europy, przed wizytą z ciekawością słuchał o Warneńczyku, jego historii, bitwie . Choć może, to my Polacy mamy manię megalomanii i wystawiamy pomniki, muzea na zasadzie postaw się a zastaw się ? Nie wiem, ale Warneńczyk to był ktoś, więc zasługuje na większą pamięć.
kurnik
![[Obrazek: WP_20150821_11_36_39_Pro.jpg]](http://s18.postimg.org/xe357pjft/WP_20150821_11_36_39_Pro.jpg)
Wracamy. Już nie pada, choć nadal pizga okrutnie, aby zagłuszyć zdenerwowanie udajemy się na długi spacer po plaży.
wieczorem dalej wieje
Budzimy się w niedzielę i pogoda bez zmian, co robimy ? Telefon do Marcina i jedziemy znów do Obzoru.
tak Obzor prezentuje się podczas wiatru...
Szwędamy się bez celu po miasteczku, na obiad kierujemy się do Teokli. Pocałowaliśmy bramę ( przypomniałem sobie że czynne jest od 17stej, a była bodajże 15sta ), więc udajemy się do Złotej Rybki. Po drodze składamy wizytę rakijowemu dziadkowi, próbujemy szlachetnego trunku i umawiamy się za parę dni na zakup ( mój nie dojdzie do skutku, ale o tym dalej ).
W Złotej Rybce jakby biedniej, puściej niż w latach które pamiętam. Obsługuje nas właściciel - przesadnie miły, jakby chciał odbić finansową stratę dnia na nas wierząc, że spróbujemy wszystkiego... Dziś już nie sięgnę pamięcią co zamówiliśmy, ale to pewnie efekt " średniego smaku" - kiedyś w Rybce były pyszne szaszłyki, dziś to już wspomnienie. Tak, zamówiłem pileszka szaszłyk, chwila niepamięci.
Wracamy wieczorem do Kamchiji z nadzieją, że w poniedziałek pogoda się do nas uśmiechnie.
Poniedziałek - czyli jak peter skorzystał pierwszy raz z transportu sanitarnego w BG.
Pierwsze łypnięcie okiem powoduje uśmiech - jest słońce, nie pada. Zbieramy się na plażę. Aha, wieczorem będziemy mieli gościa - ewcia zawitała apartament niżej, umówiliśmy się u nas na tarasie.
Zapomniałbym - w pierwszym tygodniu w ośrodku mieszkał Korba z familią, spędziliśmy jeden wieczór nad basenami w towarzystwie whisky Savoy i nie mniej wesołej siostry Korby - Katarzyny ( pozdrowienia ).
podziwiam do dziś
![[Obrazek: WP_20150827_14_48_15_Pro.jpg]](http://s14.postimg.org/8hytldif5/WP_20150827_14_48_15_Pro.jpg)
Otumanieni słońcem, wskakujemy z AD do wody. Atakujemy fale z pasją, z jaką wiewiór z EL ( Epoka Lodowcowa ) atakował orzeszka, bez ustanku i oczami jak po LSD. Nie mamy umiaru po 2 dniach deszczu. Morze było przez te dni bardzo wzburzone, w miejscu gdzie obozowaliśmy zmieniła się struktura dna, piasek odsłonił trochę kamieni na dnie. Jeden z nich był przeznaczony dla mnie - wskakując do wody, stopa po kontakcie z kamieniem zaczęła delikatnie boleć.
Wieczorem z wizytą wpadła ewcia - miłą rozmowę przerwał cholerny ból stopy, opuchlizna robiła się coraz większa. Ok, pomyślałem sobie - jeśli to złamanie, będzie wesoło. Za parę dni powrót, z nogą w gipsie ciężko się prowadzi - LP chyba zauważyła powagę sytuacji a scenariusz, że to ona prowadzi podczas powrotu, powoduje, że minę ma nie tęgą. Szybka decyzja, dzwonimy do AXA - miła Pani informuje, że karetka z Warny dotrze za godzinę. Ból przybiera na sile, nie mogę już stanąć na nogach. Karetka dociera po 2 godzinach, z pomocą AD i sanitariusza gramolę się na leżankę w karetce i jedziemy.
Mimo bólu, układam scenariusz - co robić dalej ? Wjeżdżając na most w Warnie widzę przez tylne szyby świecące klosze latarni - mam wrażenie jakiegoś dejavu... Tak, już wiem - przypomniałem sobie ostatnią relację Kocura, coś mnie ściska w żołądku.
Wiecie jak wygląda stan nawierzchni mostu w Warnie ? Wiecie, a sanitariusz zapieprza jakby nie pamiętał - trzęsie niemiłosiernie, a szuflady z lekami i przyrządami mam wrażenie zaraz wszystkie się otworzą i będą fruwać jak w kosmosie. Po kilkudziesięciu minutach dojeżdżamy do kliniki. Prześwietlenie i wynik - brak złamania, uff nie ma tragedii, po prostu strasznie stłuczona. Propozycja lekarza aby jednak unieruchomić nogę i założyć gips, spotyka się z moim oporem, więc zakładają monstrualnych rozmiarów opatrunek i dostaje receptę z lekami. Sanitariusz zwozi mnie na wózku do karetki. Wyciąga z niej kule i proponuje transakcję handlową - ja mu daje 70leva on mi kule, podziękowałem, schodzi na 50, ja nadal nie zgadzam się. Jak tak dalej pójdzie to sprzeda respirator z karetki, dureń. Strzela drzwiami z hukiem i .... jedzie przez Warnę co najmniej setką. Moich przekleństw nie ma końca, ale skurczybyk nastawił głośno radio wiec mnie nie słyszy. Po 2 w nocy jestem w Kamchiji.
Nie muszę już chyba nikogo przekonywać do dodatkowego ubezpieczenia - temat załatwiony szybko, sprawnie, nikt nie pytał się o EKUZ.
Wtorek spędzam w łóżku - reszta familii na basenach. W czwartek mieliśmy wyjeżdżać, ale zostaniemy do soboty, zresztą dziś, najpóźniej jutro dojedzie Bulgaricus ( dojedzie w czwartek, a w zasadzie w piątek w nocy - to chyba najdłuższa podróż do BG w nowoczesnej historii hehe )
Po lekach i okładach czuję się na tyle dobrze, że w środę podjeżdżamy na plażę - noga doskwiera, ale to tylko 2 km. Nie ma szaleństw i Zagorki, jest tylko moczenie nóg w wodzie - myślę sanatorium czy jak, odwracam się i patrzę w stronę lasu...
Nasza Teresa ma dziś urodziny więc postanawiamy przesłać jej tort - cóż, że z piasku i mms-em, ale tort!
tort
![[Obrazek: WP_20150827_15_31_10_Pro.jpg]](http://s17.postimg.org/wtgazc5kv/WP_20150827_15_31_10_Pro.jpg)
W piątek ( w nocy dojeżdża Bulgaricus z familią ) decydujemy się podjechać do Pri Pancho, zjemy dobrze i przetestujemy nogę.
Nie jest źle, tzn zjedliśmy bardzo dobrze - a jazda samochodem nie była jakąś udręką.
Czas się pakować, jutro wyjazd.
Trasa powrotna wykluczyć musiała Karpaty, ze względu na jeszcze lekki ból w nodze: z Ruse na Ghimpati, Alexandria, Caracal, Krajowa, Timisoara, Arad ( nocleg Hotel Lotus - dwie dwójki za 280 zł, przyjemny - 100m obok Kaufland i Lidl), Oradea, Debreczyn, Tokaj ( musimy tu przyjechać na kilka dni ), Trebisov itd... - powiem tak, z 3 tras jakimi jechałem przez RO, ta najbardziej komfortowa choć to tylko i wyłącznie w weekend, ale najmniej widokowa.
Kamchija... Czy wrócimy ? Z pewnością. Czy polecam ? Tak, ale zastanów się czego oczekujesz. Kilometrów plaż na wpół dzikich ? Jedź. Szukasz rozrywki i straganów ? Nie jedź. Na plażę dojeżdżaliśmy codziennie autem, ale jak już wspomniałem - można wynająć apartament w kompleksie sanatorium, nad samym morzem. Nie polecam ośrodków kempingowym - nie chcę sobie nawet przypominać ich stanu budowlanego, zresztą atakują tam hordy meszek, których o dziwo nie ma na plaży i u ujścia rzeki, przy przystani też nie ( to te pseudo centrum ), tym bardziej w Oasis. W Bliznaci jest parę sklepów, mehana - zaopatrzenie ok, do kantoru w Str. Oyrahowo ok. 10 km. Pamiętajcie, że Kamchija to nie miejscowość - nie ma tu sklepów, domów, miejsc do rozrywki. Natomiast to idealne miejsce do wyciszenia, odpoczynku od codziennego zgiełku, długich spacerów, przypomnienia sobie jak wygląda przyroda nie stłamszona przez betonowe zapędy architektoniczne.
Wracając, zastanawiamy się głośno, gdzie chcemy się udać za rok - Sinemorec, Ahtopol, może płn wybrzeże ?
a może zdradzimy Bułgarię...
ks. Tischner
„Prawdy są trzy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda”
„Prawdy są trzy: cała prawda, święta prawda i gówno prawda”

