ówczesna komunikacja miejska w sofii to temat szeroki jak ujście amazonki, ale chwilowo skupię się na (nie)regulowaniu opłat za przejazdy
obecnie się nie opyla, także proszę nie próbować 
jadąc z polski temat biletów miałem załatwiony niejako "na koszt organizatora" ale dość sporym po mieście jednak jakoś się trzeba poruszać. w sofii nie było za bardzo czegoś takiego jak punkty sprzedaży biletów. pani prowadząca kiosk na przystanku czasem je miała a czasem nie. ratunkiem było zakupienie owych u starszej pani handlującej czymkolwiek na pobliskim rozkładanym stoliku turystycznym, ale nie zawsze była. pod przystankiem autobusowym był co prawda postój marszrutek, ale te po pierwsze odjeżdżały jak chciały, a po drugie kurs do centrum kosztował 500 lewa wobec 35 lewa za bilet na autobus. po zorientowaniu się w temacie relacja cenowa wyjazd-powrót jak łatwo policzyć miała się jak 1000:70 różnica 930. paczka fajek albo 4 piwa w knajpie. czyli dość mało opłacalne. oczywiście można było kupić biletów na zapas tylko po co. zaraz na początku po przyjeździe udałem się z koleżanką, z którą przyjechałem, na spotkanie z inną koleżanką, miejscową. wylądowaliśmy gdzieś w okolicach graf ignatiew/partiach eftimij i koleżanka, ta lokalna zaproponowała przemieszczenie się za pomocą tramwaju 2 przystanki, na jakieś piwo. biletów niestety my przyjezdni nie mieliśmy, i nigdzie w okolicy nie szło ich zakupić, więc postanowiliśmy podjechać na gapę. 2 przystanki tylko, szansa że capną mała. z szansami jest tak, że jedna na milion trafia się w 9 przypadkach na 10 i na następnym przystanku weszło 2 kanarów. nosz dupa blada. pech. koleżanka, ta miejscowa, zaczęła panów urabiać, że biedni studenci z polski, od wczoraj w sofii, u nich można kupić bilety od kontrolerów i w ogóle nawijanie makaronu na uszy.
- masz 200 lewa?
- mam, to za mnie czy za dwójkę?
- za dwójkę
tylko trzykrotna przebitka wobec ceny biletu, coś kurde tanio liczą. nie protestowałem. niemniej jednak wypadałoby jakoś załatwić temat kursowania po mieście dlatego zapragnęło mi się biletu miesięcznego, coby nie latać z biletami bez sensu. teoretycznie powinno wyjść taniej posiadanie takiego, niż kupowanie biletów u starowinki na przystanku. parę dni później udałem się do takiego punktu w celu zakupienia takowego.
- dzień dobry, chciałbym zakupić bilet miesięczny ze zniżką studencką
- indeks poproszę
- nie mam indeksu, mam tylko legitymację ISIC (międzynarodowa) i SUKO (sofijski uniwersytet kliment ochridski)
- bez indeksu nie sprzedam
- ale nie przysługuje mi indeks, jestem z zagranicy i mam tylko te dwie legitymacje
cóż się okazało. otóż w bułgarii, żeby podróżować ze zniżką trzeba było posiadać ważny indeks a legitymacją można było sobie 4 litery podetrzeć, bo poza potwierdzeniem faktu bycia studentem de facto nikt jej nie honorował. no cóż...co kraj, to obyczaj.
- mogę sprzedać normalny
chwila zastanowienia....
- a jest tu jakiś cennik, ile co kosztuje?
- wisi na ścianie
- to za się zastanowię, wpierw poczytam cennik
polazłem pod ścianę pod gablotkę poczytać regulamin przewozu i cenniki.
bilet miesięczny normalny na wszystkie linie: coś pod 7 koła. coś mi nie pasi. jednorazowy 35, załóżmy razy 4 przejazdy dziennie, czyli 35x4x30 daje 4200. gdzie tu sens? gdzie logika? 2,5 kafla zostaje w kieszeni. rozważania nad cennikiem, rozważaniami nad cennikiem, ale moją uwagę przykuła inna rubryka. obezsztetenie za transportni szteti - kara za jazdę bez biletu: 200 lewa. czyli panowie w tramwaju wcale nie wzięli mało. oni po prostu kierując się swojską zasadą PKP 'płać konduktorowi połowę' chcąc od nas 200 lewa, 2x200 po prostu wzięli pół. nawet biorąc pod uwagę, że średnio na kanara wbijałem się co 2 dni, bo faktycznie było ich sporo na mieście, rachunek był dość prosty. 200x15=3000. połowa ceny biletu miesięcznego. i w sumie na to samo, albo i mniej, co kupując bilety jednorazowe. rachunek ekonomiczny zwyciężył nad przyzwoitością. ostatnie bilety jakie kupiłem, to były te u babci pod przystankiem na stoliku tego dnia rano. do tego pan kanar karząc za przejazd bez biletu wręczał odpowiednią karteczkę zaświadczającą ten fakt, gdzie nie było ani daty, ani numeru linii, którą się jechało. do tego zawsze tę karteczkę przedzierał, czasem kompletnie na pół i dysponowało się tylko połówką. w razie kontroli wystarczyło pokazać ten świstek wymawiając przy tym magiczną formułkę "ja już byłem karany" i przeważnie miało się odpuszczone. raz jadąc z kolegą węgrem (tym od sera) jadąc 111 po obwodnicy na ljulin, zaliczyliśmy 3 kontrole w jednym autobusie. ja nie miałem biletu, bo nie miałem, bo i po co, natomiast kolega węgier za pierwszą kontrolą coś tam mamrotał, że nie ma biletu, bo do tej pory kupował, ale akurat nie ma blabla... na co wyciągnąłem z portfela swoją naddartą "obezsztetenkę" wielokrotnego użytku, rozdarłem do końca, wręczyłem mu połówkę:
- mów, że kilka przystanków wcześniej była kontrola, a jak się spyta dlaczego pół, to mów, że kanar rozdarł do końca i tylko tyle dostałeś
- ale...
- nie p#$%^ol, rób jak mówię
co prawda jakby złożyć nasze "karne" bilety, to by wyszło, że to jeden i ten sam, ale jakoś żaden z kontrolerów nie wpadł na ten pomysł, tylko kupował gadkę, że już nas za przejazd bez biletu jego koledzy przed chwilą ukarali. nie muszę chyba dodawać, że babcia z rozkładanego turystycznego stolika na osiedlowym przystanku po tej akcji straciła kolejnego zagranicznego klienta kupującego bilety. biorąc pod uwagę, że cena biletów co miesiąc rosła startując od 35 a kończąc 100 lewa a cena kary cały czas pozostawała na poziomie 200 lewa, z każdym kolejnym miesiącem coraz bardziej nie opłacało się ich kupować
obecnie się nie opyla, także proszę nie próbować 
jadąc z polski temat biletów miałem załatwiony niejako "na koszt organizatora" ale dość sporym po mieście jednak jakoś się trzeba poruszać. w sofii nie było za bardzo czegoś takiego jak punkty sprzedaży biletów. pani prowadząca kiosk na przystanku czasem je miała a czasem nie. ratunkiem było zakupienie owych u starszej pani handlującej czymkolwiek na pobliskim rozkładanym stoliku turystycznym, ale nie zawsze była. pod przystankiem autobusowym był co prawda postój marszrutek, ale te po pierwsze odjeżdżały jak chciały, a po drugie kurs do centrum kosztował 500 lewa wobec 35 lewa za bilet na autobus. po zorientowaniu się w temacie relacja cenowa wyjazd-powrót jak łatwo policzyć miała się jak 1000:70 różnica 930. paczka fajek albo 4 piwa w knajpie. czyli dość mało opłacalne. oczywiście można było kupić biletów na zapas tylko po co. zaraz na początku po przyjeździe udałem się z koleżanką, z którą przyjechałem, na spotkanie z inną koleżanką, miejscową. wylądowaliśmy gdzieś w okolicach graf ignatiew/partiach eftimij i koleżanka, ta lokalna zaproponowała przemieszczenie się za pomocą tramwaju 2 przystanki, na jakieś piwo. biletów niestety my przyjezdni nie mieliśmy, i nigdzie w okolicy nie szło ich zakupić, więc postanowiliśmy podjechać na gapę. 2 przystanki tylko, szansa że capną mała. z szansami jest tak, że jedna na milion trafia się w 9 przypadkach na 10 i na następnym przystanku weszło 2 kanarów. nosz dupa blada. pech. koleżanka, ta miejscowa, zaczęła panów urabiać, że biedni studenci z polski, od wczoraj w sofii, u nich można kupić bilety od kontrolerów i w ogóle nawijanie makaronu na uszy.
- masz 200 lewa?
- mam, to za mnie czy za dwójkę?
- za dwójkę
tylko trzykrotna przebitka wobec ceny biletu, coś kurde tanio liczą. nie protestowałem. niemniej jednak wypadałoby jakoś załatwić temat kursowania po mieście dlatego zapragnęło mi się biletu miesięcznego, coby nie latać z biletami bez sensu. teoretycznie powinno wyjść taniej posiadanie takiego, niż kupowanie biletów u starowinki na przystanku. parę dni później udałem się do takiego punktu w celu zakupienia takowego.
- dzień dobry, chciałbym zakupić bilet miesięczny ze zniżką studencką
- indeks poproszę
- nie mam indeksu, mam tylko legitymację ISIC (międzynarodowa) i SUKO (sofijski uniwersytet kliment ochridski)
- bez indeksu nie sprzedam
- ale nie przysługuje mi indeks, jestem z zagranicy i mam tylko te dwie legitymacje
cóż się okazało. otóż w bułgarii, żeby podróżować ze zniżką trzeba było posiadać ważny indeks a legitymacją można było sobie 4 litery podetrzeć, bo poza potwierdzeniem faktu bycia studentem de facto nikt jej nie honorował. no cóż...co kraj, to obyczaj.
- mogę sprzedać normalny
chwila zastanowienia....
- a jest tu jakiś cennik, ile co kosztuje?
- wisi na ścianie
- to za się zastanowię, wpierw poczytam cennik
polazłem pod ścianę pod gablotkę poczytać regulamin przewozu i cenniki.
bilet miesięczny normalny na wszystkie linie: coś pod 7 koła. coś mi nie pasi. jednorazowy 35, załóżmy razy 4 przejazdy dziennie, czyli 35x4x30 daje 4200. gdzie tu sens? gdzie logika? 2,5 kafla zostaje w kieszeni. rozważania nad cennikiem, rozważaniami nad cennikiem, ale moją uwagę przykuła inna rubryka. obezsztetenie za transportni szteti - kara za jazdę bez biletu: 200 lewa. czyli panowie w tramwaju wcale nie wzięli mało. oni po prostu kierując się swojską zasadą PKP 'płać konduktorowi połowę' chcąc od nas 200 lewa, 2x200 po prostu wzięli pół. nawet biorąc pod uwagę, że średnio na kanara wbijałem się co 2 dni, bo faktycznie było ich sporo na mieście, rachunek był dość prosty. 200x15=3000. połowa ceny biletu miesięcznego. i w sumie na to samo, albo i mniej, co kupując bilety jednorazowe. rachunek ekonomiczny zwyciężył nad przyzwoitością. ostatnie bilety jakie kupiłem, to były te u babci pod przystankiem na stoliku tego dnia rano. do tego pan kanar karząc za przejazd bez biletu wręczał odpowiednią karteczkę zaświadczającą ten fakt, gdzie nie było ani daty, ani numeru linii, którą się jechało. do tego zawsze tę karteczkę przedzierał, czasem kompletnie na pół i dysponowało się tylko połówką. w razie kontroli wystarczyło pokazać ten świstek wymawiając przy tym magiczną formułkę "ja już byłem karany" i przeważnie miało się odpuszczone. raz jadąc z kolegą węgrem (tym od sera) jadąc 111 po obwodnicy na ljulin, zaliczyliśmy 3 kontrole w jednym autobusie. ja nie miałem biletu, bo nie miałem, bo i po co, natomiast kolega węgier za pierwszą kontrolą coś tam mamrotał, że nie ma biletu, bo do tej pory kupował, ale akurat nie ma blabla... na co wyciągnąłem z portfela swoją naddartą "obezsztetenkę" wielokrotnego użytku, rozdarłem do końca, wręczyłem mu połówkę:
- mów, że kilka przystanków wcześniej była kontrola, a jak się spyta dlaczego pół, to mów, że kanar rozdarł do końca i tylko tyle dostałeś
- ale...
- nie p#$%^ol, rób jak mówię
co prawda jakby złożyć nasze "karne" bilety, to by wyszło, że to jeden i ten sam, ale jakoś żaden z kontrolerów nie wpadł na ten pomysł, tylko kupował gadkę, że już nas za przejazd bez biletu jego koledzy przed chwilą ukarali. nie muszę chyba dodawać, że babcia z rozkładanego turystycznego stolika na osiedlowym przystanku po tej akcji straciła kolejnego zagranicznego klienta kupującego bilety. biorąc pod uwagę, że cena biletów co miesiąc rosła startując od 35 a kończąc 100 lewa a cena kary cały czas pozostawała na poziomie 200 lewa, z każdym kolejnym miesiącem coraz bardziej nie opłacało się ich kupować

