Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
1997, czyli sproketa bułgarskie różne dziwne przypadki ;)
#11
o biletach było poprzednio, to teraz trochę o samym transporcie. pierwsza i najważniejsza rzecz: podobno było coś takiego jak "rozkład jazdy", ale nikt nigdy żadnego, na żadnym przystanku nie widział. na przystanku przy numerze linii była za to podana godzina pierwszego i ostatniego odjazdu, którą należało traktować zdecydowanie nie jako odjazd "o" tylko odjazd "w porywach -/+ 10 minut". ktoś chcący zdążyć na ostatni autobus musiał celować jakiś kwadrans przed godziną namalowaną na słupku, tym bardziej, że coś takiego jak komunikacja nocna nie istniała. o godzinie 23 ruch zamierał, marszrutki po nocy też raczej nie jeździły, chyba że od wielkiego dzwonu w postaci świąt wielkanocnych, więc jak ktoś nie zdążył, to albo doginał do domu parę kilometrów z buta, albo brał taksówkę, co do tanich zabaw raczej nie należało (z centrum do mnie na obrzeża wychodziło jakieś 4 tys. lewa).

alternatywą dla transportu miejskiego były marszrutki. busiki jeżdżące po stałych wyznaczonych trasach, z numerami linii, a było ich coś ze 20, przypisanymi do tych tras, jeżdżące w kompletnie nieoznaczonych terminach. przyjechał, to był. startował z początku trasy dopiero albo jak się zapełnił, albo jak długo się zapełnić nie mógł i jednak wypadałoby już odjechać. cena za przejazd stała 500 lewa. szybsze od autobusów i można było z takiej wyskoczyć w dowolnym miejscu.

zawsze można też było liczyć w godzinach wieczornych i nocnych na prywatną inicjatywę podwożącą ludzi na łebka za cenę do dogadania. w dowolnej walucie wymienialnej również, aczkolwiek preferowane były dojczmarki. wychodziło sporo taniej od tych zawodowych. czasem jakieś tajnej akcji "policjant też człowiek" w ramach prywatnej inicjatywy można było również podjechać do domu radiowozem, o ile oczywiście punkt docelowy znajdował się w objeżdżanym rewirze. paliwo i tak służbowe, rewir objechany a i jeszcze było na śniadanie. zdarzyło mi się dwukrotnie, ale jak panowie usłyszeli dokąd chcę jechać, to stwierdzali, że jednak tak daleko nie mogą i niestety muszę poczekać na taryfę Wink

sama jazda komunikacją miejską, może nie była jeszcze z tej półki wrażeń ekstremalnych, ale z powodu sypiących się dróg, gdzie drogowcy nie nadążali z łataniem kolejnych dziur, oraz dość mocno przechodzonego, z małymi wyjątkami, taboru - rzucało i trzęsło. o taborze będzie później, jak zdjęcia wygrzebię z netu. teraz trochę o zwyczajach. do jeżdżenia komunikacją miejską zwłaszcza w godzinach szczytu potrzebne były przede wszystkim dobrze rozpychające się łokcie. o ile z jednej strony kulturalnie panowie paniom wychodzącym po schodach rękę podawali, co było naprawdę dość częstym widokiem, o tyle z drugiej strony można było kompletnie zapomnieć o tym, że chcąc z autobusu wyjść, ktokolwiek się kawałek odsunie, chociażby na centymetr, żeby cię przepuścić. przy drzwiach to samo. wyjść, żeby kogoś wypuścić i wejść z powrotem, to zwyczaj kompletnie nieznany. masz człowieku łokcie, to się przepychaj. o kontrolach pisałem wcześniej. były bardzo częste. ale wystarczyło mieć w pogotowiu 200 lewa i w sumie bez słowa dawało się kanarowi zamiast biletu i w zamian dostawało karteczkę. nie wyglądało to tak, jak u nas, że było wypisywanie czegokolwiek połączone z wyjściem z autobusu, tylko całość trwała góra 5 sekund. czasem trafił się jakiś wrundel-służbista, ale wtedy wysupływało się z portfela banknot o możliwie dużym nominale np. 10000 i prosiło o 9800 reszty i delikwentowi para natychmiast schodziła.

bardzo często, zwłaszcza na węższych ulicach kierowca widząc kolegę nadjeżdżającego z naprzeciwka dawał po hamulcach i stawał na środku ulicy. ten drugi robił to samo. panowie otwierali okienka i zaczynali rozmowę. ponieważ nie szło ich wyminąć, w związku z tym za oboma autobusami tworzył się sznurek aut. u nas wkurzenie byłoby pewnie niebotyczne a tam nawet nikt nie zatrąbił. ot spotkał kumpla, widocznie musi pogadać. bo przecież "wreme bawno tecze" i nikomu się nigdzie nie spieszy Wink
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
RE: 1997, czyli sproketa bułgarskie różne dziwne przypadki ;) - przez sproket - 04.02.2016 19:54:25
RE: Luźne pogawędki o Bułgarii :) - przez sproket - 03.02.2016 18:25:49
RE: Luźne pogawędki o Bułgarii :) - przez sproket - 03.02.2016 20:47:37

Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Bułgarskie wakacje 2021 by Bulgarius w covidowym czasie Bulgarius 30 2,287 15.08.2021 16:36:12
Ostatni post: dżek
  Sozopol 2020 ... czyli CovidTravel 2020 PAP 14 1,684 14.04.2021 20:25:33
Ostatni post: PAP
Wink Bułgarskie podróże i przemyślenia Jacka i Malutkiej wolffer 75 24,407 27.12.2020 02:27:18
Ostatni post: wolffer
  Wte i we wte czyli okrężną drogą tradycyjnie do Sozopola 2020 dżek 52 4,117 20.05.2020 10:49:03
Ostatni post: myszabe
  Rodopy 2018 - czyli opowieści dziwnej treści przy butelce rakiji kris68 43 7,157 14.07.2019 20:22:06
Ostatni post: igi123
  Riła 2016, czyli górskie wędrówki petera peter 86 30,612 19.05.2018 13:05:50
Ostatni post: dżek
  Być w siódmym niebie oczami Radka, czyli Riła 2017 myszabe 19 7,618 26.12.2017 19:51:53
Ostatni post: myszabe
  Bułgarskie wakacje po raz drugi... CarlosPL 30 10,529 06.11.2017 14:17:47
Ostatni post: pomidorowa
  Mój pierwszy raz w Bułgarii... znaczy się moje pierwsze bułgarskie wakacje :-) CarlosPL 83 33,298 14.09.2016 11:02:14
Ostatni post: sikornik
  Historyjka z morałem, czyli jak to rodzinkę nad morze zabrałem :) (sierpień 2012) frytowski 5 4,346 01.06.2015 00:45:38
Ostatni post: Bulgarius

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości