04.02.2016 22:46:07
jedna ze smutniejszych historii, jakie mi się trafiły. panie proszone o wyciągnięcie chusteczek.
czas w jaki trafiłem, czyli w sam środek kryzysu gospodarczego, dla czworonogów czasem dobrym raczej nie był. ludzi po prostu nie było stać na posiadanie psa i cała ich masa nagle wylądowała na ulicach. psy łączyły się w stada, rozmnażały w sposób niekontrolowany, więc po mieście, zwłaszcza po dużych blokowiskach, wałęsały się całe hordy walcząc między sobą o dostęp do pożywienia. ponieważ bida jednak była, więc równie częstym obrazkiem była walka z bezdomnymi o zawartość śmietnika. raczej nie wchodziliśmy sobie w drogę i żaden z nich nigdy do mnie nie wyskoczył czy nie podszedł. do czasu. w pewnym momencie na osiedlu pojawił się pies samotnik w typie naszego owczarka nizinnego, długi i gęsty włos, umaszczenie biało-czarne. najprawdopodobniej świeżo wyrzucony, bo jak go spotkałem po raz pierwszy to wyglądał na w miarę zadbanego. w pewnym momencie wychodząc z domu zauważyłem przebiegającą obok włochatą kulę. zatrzymałem się po paru sekundach ze zwykłej ciekawości "a ten to chyba jakiś inny" odwróciłem głowę... a włochata kula stoi 10 metrów dalej i się na mnie gapi. zamiast ruszyć od razu dalej empatia mi się włączyła i przez parę sekund po głowie łaziła myśl "przecież i tak nie mam, co z nim zrobić" i widocznie było to o te parę sekund za długo, bo za chwilę miałem włochatą kulę przy nodze. ruszyłem dalej, kula za mną "cholera, dopiero teraz nie masz co z nim zrobić". szybki rachunek sumienia. mógłbym go wziąć do domu, ale co potem? zabrać go do polski nie ma jak, znów wyląduje na ulicy, a tego mu nie zrobię. jedyne, co w tej sytuacji mogłem zrobić, to zapewnić mu od czasu do czasu jakąś michę i liczyć na to, że prędzej czy później się załapie do jakiegoś stada. dokarmiałem go przez jakiś czas, potem gdzieś zniknął. spotkałem go ponownie gdzieś po dwóch miesiącach, wychudzonego, zabiedzonego. przeszedł, podniósł głowę, popatrzył na mnie, poszedł dalej nawet się nie zatrzymując. skoro przez tyle czasu nie zdołał się nigdzie przyłączyć, to przyszłość czekała go raczej marna. raz w życiu w stosunku do zwierzaka autentycznie serce mi się krajało z totalnej bezsilności, że kompletnie nie mam możliwości jak mu pomóc. uprzedzając pytanie. nikt ze znajomych nie miał możliwości wziąć go do siebie, a o reakcjach sąsiadów nawet się nie zająknę, bo szkoda gadać.
czas w jaki trafiłem, czyli w sam środek kryzysu gospodarczego, dla czworonogów czasem dobrym raczej nie był. ludzi po prostu nie było stać na posiadanie psa i cała ich masa nagle wylądowała na ulicach. psy łączyły się w stada, rozmnażały w sposób niekontrolowany, więc po mieście, zwłaszcza po dużych blokowiskach, wałęsały się całe hordy walcząc między sobą o dostęp do pożywienia. ponieważ bida jednak była, więc równie częstym obrazkiem była walka z bezdomnymi o zawartość śmietnika. raczej nie wchodziliśmy sobie w drogę i żaden z nich nigdy do mnie nie wyskoczył czy nie podszedł. do czasu. w pewnym momencie na osiedlu pojawił się pies samotnik w typie naszego owczarka nizinnego, długi i gęsty włos, umaszczenie biało-czarne. najprawdopodobniej świeżo wyrzucony, bo jak go spotkałem po raz pierwszy to wyglądał na w miarę zadbanego. w pewnym momencie wychodząc z domu zauważyłem przebiegającą obok włochatą kulę. zatrzymałem się po paru sekundach ze zwykłej ciekawości "a ten to chyba jakiś inny" odwróciłem głowę... a włochata kula stoi 10 metrów dalej i się na mnie gapi. zamiast ruszyć od razu dalej empatia mi się włączyła i przez parę sekund po głowie łaziła myśl "przecież i tak nie mam, co z nim zrobić" i widocznie było to o te parę sekund za długo, bo za chwilę miałem włochatą kulę przy nodze. ruszyłem dalej, kula za mną "cholera, dopiero teraz nie masz co z nim zrobić". szybki rachunek sumienia. mógłbym go wziąć do domu, ale co potem? zabrać go do polski nie ma jak, znów wyląduje na ulicy, a tego mu nie zrobię. jedyne, co w tej sytuacji mogłem zrobić, to zapewnić mu od czasu do czasu jakąś michę i liczyć na to, że prędzej czy później się załapie do jakiegoś stada. dokarmiałem go przez jakiś czas, potem gdzieś zniknął. spotkałem go ponownie gdzieś po dwóch miesiącach, wychudzonego, zabiedzonego. przeszedł, podniósł głowę, popatrzył na mnie, poszedł dalej nawet się nie zatrzymując. skoro przez tyle czasu nie zdołał się nigdzie przyłączyć, to przyszłość czekała go raczej marna. raz w życiu w stosunku do zwierzaka autentycznie serce mi się krajało z totalnej bezsilności, że kompletnie nie mam możliwości jak mu pomóc. uprzedzając pytanie. nikt ze znajomych nie miał możliwości wziąć go do siebie, a o reakcjach sąsiadów nawet się nie zająknę, bo szkoda gadać.

